Ameryka USA

Do USA przez Kanadę. Najlepszy sposób na dotarcie do Ameryki

Kombinować. Słowo w Polsce jakże popularne. Wszyscy kombinowali, kombinują i kombinować będą, aby żyć lepiej, aby zrobić coś lepiej, aby było po prostu lepiej. By żyło się lepiej. Ja kombinuję w podróżowaniu. Bo gdybym tego nie zrobił, spłukałbym się na samych biletach lotniczych.

Podczas wczorajszego lotu do Stanów rozmawiałem z kilkoma podróżnymi, którzy siedzieli obok. Jak to bywa, wymienialiśmy się historiami i spostrzeżeniami. Jeden z nich, Nick, leciał akurat z Frankfurtu do Kanady po wcześniejszym długim locie z Johannesburga w RPA. Za swój bilet zapłacił 2500 euro, czyli ponad 10 tysięcy złotych w dwie strony. I to nie w klasie biznes, a ekonomicznej. Siedział obok mnie w rzędzie czterech foteli po środku samolotu linii Air Canada. Frank, Niemiec, który leciał do Charlottetown, cieszył się bardzo, że udało mu się upolować bilet za 800 euro. Catherine, która towarzyszyła mi na pokładzie małego samolotu z Montrealu do Newark, za swój lot zapłaciła 650 dolarów w dwie strony. Cała trójka nie mogła pojąć jakim cudem lecę do Stanów przez Niemcy i Kanadę za 750 złotych w dwie strony, czyli 225 dolarów za całość. Każde z nich z dokładnością zapisywało strony, o których im wspominałem – fly4free oraz holidaypirates. Każde z nich wzięło także do mnie maila, by zapytać o poradę. Tak powstaje malutkie biuro podróży Wesołowski Travel International 🙂

Owszem, miniony lot do USA był najdłuższym jaki zaliczyliśmy jeśli policzyć cały czas bycia w podróży. Wstaliśmy o 3 rano, o 6:30 startowaliśmy do Frankfurtu, o 10:30 startowaliśmy do Montrealu w Kanadzie, zaś o 15:30 czasu lokalnego (21:30 w Polsce) wylądowaliśmy w Newark w USA. Po kolejnych ponad 2 godzinach jazdy samochodem w końcu znaleźliśmy się u rodziców w Hartford, Connecticut.

Byliśmy w podróży ponad 20 godzin, jednak jedna mała rzecz sprawiła, że kompletnie nie narzekaliśmy na tą długość. Otóż zmorą przylotów na lotniska w USA jest immigration, czyli kontrola paszportowa po przylocie do kraju. Najgorsza, jaką doświadczyłem, miała miejsce w 2009 roku, kiedy przylecieliśmy do Stanów rejsem LOT-u. Na tym samym terminalu lotniska JFK wylądowały wtedy loty z Ugandy, Rosji, Ukrainy, Białorusi i innych dziwnych dla amerykańskich urzędników miejsc. Możecie sobie wyobrazić stereotypowe myślenie urzędników, którzy mają przed sobą kontrolę tych przyjezdnych. Dla nich wszyscy byliśmy potencjalnymi nielegalnymi imigrantami, którzy dzień po przylocie dołączą do czarnej strefy. Drugi przypadek był o niebo lepszy – lecieliśmy British Airways z Londynu do JFK, jednak samolot lądował na terminalu, gdzie nie było Ugandy, Rosji, Białorusi i Ukrainy. Sami ludzie Zachodu. Czy atmosfera i zachowanie urzędników było inne? Tak, było. Przykra prawda. Kolejny raz nie był ani zły, ani dobry. Za każdym razem w kolejce tłumów czekających na wejście na terytorium USA spędzaliśmy godzinę lub półtorej.

Nie tym razem. Od teraz chcielibyśmy latać tylko przez Kanadę. Dlaczego?

Powodem jest takie swoiste amerykańskie Schengen. Przylecieliśmy na lotnisko w Montrealu (gdzie pomimo małej ilości czasu zdążyłem kupić piękny magnes), przeszliśmy osobnym wejściem typu ‚Connections’ mijając równie wielkie kolejki do wejścia na terytorium Kanady. I tutaj piękna sprawa. Gdy ma się lot łączony typu „lot łączony z destynacji międzynarodowej przez kanadę do USA„, nie trzeba odbierać swojego bagażu i przechodzić przez ponowną kontrolę (co trzeba robić we wszystkich innych wypadkach). Mało tego, podchodzi się do małej salki, gdzie podaje się nazwisko i oczekuję na komunikat, że bagaż został przeniesiony, po czym podchodzi się do… amerykańskiego urzędnika imigracyjnego i wchodzi się na terytorium USA na lotnisku w Kanadzie.

O tym, jak przyjemnie było, świadczy ilość żartów, które wymienialiśmy z pracownikami amerykańskiej obsługi na miejscu:

  • Co teraz? – pytamy.
  • Teraz czekacie aż koło Waszego nazwiska na ekranie pojawi się informacja, że bagaż jest gotowy.
  • I co mamy zrobić? Odebrać go do kontroli?
  • Nieee! – śmieje się miła urzędniczka – musicie tylko na zdjęciu zidentyfikować, czy to Wasze. Idziecie do tego miłego pana – wskazuje na amerykańskiego urzędnika US Immigration and Border Protection – i już jesteście w USA.
  • Ojej, tak posto!? Przyzwyczailiśmy się do długiego czekania na JFK!
  • Dlatego jesteście tacy podejrzliwi?
  • Nie może być tak prosto!?
  • Ale jest! Jakby tu było 200 osób zamiast 10, to byśmy ich szybko przepchnęli, żeby zdążyli na swój lot. Wiecie, takie ułatwienie zrobiliśmy dla osób latających do Stanów. Ok, Wasza kolej!
  • Hello! – wita nas amerykański urzędnik.
  • Mamy dla Pana 3 paszporty, w jednym jest wiza żony sprzed ślubu, bo niedawno mieliśmy ślub.
  • Oooo, gratulacje! Podróż poślubna? – pyta.
  • Nie, tą już mieliśmy. Teraz na zakupy, wie Pan, nowy iPhone wyszedł!
  • A no tak! – bum pieczątka, 6 miesięcy pozwolenia na pobyt i miłego dnia!

Gdy chwilę później lądowaliśmy w Stanach, w ogóle nie czuliśmy się, jakbyśmy przylecieli do tego kraju: wyjście z samolotu, odbiór bagażu i już jesteśmy na zewnątrz, zupełnie jakbyśmy wylądowali na terminalu krajowym w Krakowie. Jak dla mnie, nie ma lepszej drogi do Stanów niż przez Kanadę.

Już na miejscu zaskoczyła mnie pogoda. Bo po raz pierwszy przyleciałem do Stanów w inny miesiąc niż marzec, listopad czy grudzień. Na Magdzie piękne barwy jesieni nie robiły żadnego wrażenia, gdyż była w Stanach o każdej porze roku i tyle razy, że już nie liczy. Dla mnie fakt, że było 26 stopni, gdy wyszliśmy z lotniska, był wielką odmianą od ostatnich podróży. Mogłem nareszcie pozbyć się wszelkich jesiennych elementów garderoby i nacieszyć kolorami Stanów, które tak intensywne nie były mi znane poza jednym wiosennym epizodem w Waszyngtonie. Jak będzie przez najbliższe dni? Temperatura odrobinę spada, ale nadal jest to ponad 20 stopni, więc ładuję baterię na pozostałe miesiące roku.

Przed nami czas relaksu bardziej niż intensywnego zwiedzania. Bo Stany robimy na raty, takie rozłożone na lata. Chcemy nacieszyć się rodziną i znajomymi, potem wybierzemy się na kilka dni do Nowego Jorku i Waszyngtonu. Następnie zakupy, jedzenie donatów i tycie do amerykańskich rozmiarów.

Stay tuned! 

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

5 comments on “Do USA przez Kanadę. Najlepszy sposób na dotarcie do Ameryki

  1. Justyna

    hej, a mozesz napisac ile czasu trzeba liczyc na taka przesiadke? Myslisz ze 1h50min powinno wystarczyc?

    Lubię

  2. Leciałem do USA w podobny sposób, tyle że przez Toronto. procedura wygłądała dokładnie tak jak zostało to tu opisane. Teraz już mieszkam na stałe w USA bo znalazłem tu swoją miłość 🙂

    Lubię

  3. Dziękuję bardzo za opinię, rozwiała moją wątpliwość co do lotu na Hawaje przez Kanadę. Pomimo, że lot przez Kanadę jest tańszy niż przez Stany, to obawiałam się zawiłości procedur w Kanadzie.

    Lubię

  4. Pingback: Wyjazd do USA. Przewodnik praktyczny | Wojażer | relacje i reportaże ze świata

  5. Pingback: 2014. Rok niesamowitości | WOJAŻER

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s