Włochy

Wenecja na pierwszy raz: między zachwytem a rozczarowaniem

Czy warto pojechać do Wenecji? Jakie jest to miasto, które jedni kochają a inni nienawidzą? I co znajduję tam dla siebie?

Wenecja, w swojej niezmierzonej gracji, unosi się nad wodami Adriatyku jak senne widmo dawnej potęgi. Tu, gdzie historie są szeptane przez kamienne ściany starożytnych pałaców, a echa przeszłości rozbrzmiewają w każdym kroku odbitym o brukowane alejki, czas wydaje się poruszać inaczej. Podobnie jak woda w weneckich kanałach. Ludzie przybywają tu tłumnie, motywowani pragnieniem dotknięcia historii, którą można odczuć pod palcami, unoszącym się wokół zapachem wód Adriatyku, odgłosami miasta, które rozbrzmiewają echem w cichych patio. Wenecja to obietnica spotkania z przeszłością, to teatr życia, gdzie każdy może stać się na chwilę częścią spektaklu trwającego od wieków. Jest w niej siła, która przyciąga i uwalnia zarazem, pozwalając na chwilę zapomnieć o świecie poza jej wodami, o czasie, który gdzie indziej płynie inaczej, szybciej. Wenecja to nie tylko miejsce, to stan ducha, przestrzeń, w której każdy krok wydaje się być częścią większej, niekończącej się opowieści. W Wenecji, ponad wszystko, nie słychać silników samochodów, dzwonków rowerów, świstu hulajnóg. Są jedynie wlekące się po kostce stopy i szum fal obijających się o łodzie.

O świcie pierwsze promienie słońca przebijają się przez mgłę, odkrywając przede mną miasto, które narodziło się z odwagi i wyobraźni – miasto, które wyrosło na palach, wzniesionych przez ludzi, którym wyzwanie rzuciło morze. Wenecja, z jej labiryntem kanałów i siecią wąskich uliczek, jest żywym muzeum – mawiają jedni – świadectwem człowieczej determinacji i wizji, której splendor przetrwał próbę czasu. Inni wciąż zauważają w niej życie – tak, jakby nic się nie zmieniło.

W Wenecji każda cegła i każda elewacja, o którą obija się falująca woda, ma swoją opowieść. Historia żyje dalej – w tętniących życiem placach, w cichych zakątkach, w sercach gondolierów puszczających wodze fantazji w rytm wiosła. Jaka jest naprawdę ta Wenecja? W końcu musiałem się przekonać.

Późna jesień, końcówka października, wspaniały czas, który zaskoczył niezwykłą pogodą tak w Polsce jak i We Włoszech. Wtedy też przekroczyłem granice Wenecji, miasta otulonego legendami, splątanego w swych paradoksach. Czas ten, przełom października i listopada, to moment zawieszenia, gdy ostatnie odgłosy lata zmywa powoli szara fala nadchodzącej acqua alta – wody podmywającej budynki i place. Ta jeszcze nie zdążyła zaatakować miasto. Turyści nie do końca zdążyli z niego ulecieć. A jednak nie było źle, było wręcz idealnie. Miasto zdawało się oddychać głębiej, oczekując na zmianę, przeczuwając niejako zmierzch kolejnego turystycznego oblężenia i szykując się na chwilę spokoju przed szaleństwem karnawału.

Odkrywanie autentyczności za maską turystycznej Mekki

Do Wenecji przybyłem z nieufnością, jak wielu, którzy słyszeli, że miejsce owo to nic więcej niż teatr na wodzie wyreżyserowany dla tłumów, których kroki wydeptały już z kamieni ich autentyczność. Ale między ostatnim echem tłumów a cichym szmerem wody, która wkrótce miała zacząć skradać się po placach i zaułkach, odnalazłem Wenecję ciekawą, pełną tajemnic i spokojnej godności. Ulice, zwykle przesycone gwarem, oddychały teraz pustką, a miasto ukazywało mi swoje ujmujące oblicze – Wenecję, która żyje cicho, kocha, starzeje się i wciąż opowiada swoje historie, daleko od wzroku obiektywów i przewodników. Dobre to było doznanie. 

Taką Wenecję przedstawiła mi niewielka książeczka o tytule „Wenecjowanie”. Autor jej, niesławny ostatnio dzięki swym nieudanym obietnicom, dobrze znany wielu – Janusz Palikot – choć człowiek kontrowersyjny, talent to pióra ma. I to właśnie jego niewielka broszurka, trudno bowiem nazwać to dzieło wydane przez Austerię, czymś więcej – to małe dzieło właśnie – sprawiło, że latem wyklikałem sobie bilet, który jesienią zawiódł mnie do miasta na wodzie. I tak zanurzyłem się w końcu w tkankę, o której tak często opowiadali nasi znajomi, wielcy pasjonaci La Serenissimy.

Atrakcje Wenecji: przewodnik po niezapomnianych zabytkach i doświadczeniach

Najpiękniejsze, co można dla siebie zrobić, to wejść w to miejsce bez jakichkolwiek założeń. Bez przewodnika nawet, bez punktów „must do”, jak mawiają Amerykanie. Zgubić się po prostu – jak mawia wielu. Wenecja to bowiem miasto labirynt, spowite magią i melancholią, przyciąga ludzkie dusze niczym syrena swoim śpiewem. Jest w niej coś nieuchwytnego, coś, co wykracza poza zasięg kamery czy pędzla – to emocjonalny rezonans, który wibruje w powietrzu, jest w każdym refleksie światła na ruchomej tafli kanału, w zatartej krawędzi cienia na wypolerowanej przez stulecia kostce bruku. To piękno nieustannie bombardujące nasze oczy. Jak w tym pięknie skupić się na „top things to see”, skoro wszystko wydaje się ważne, istotne, nie do przeoczenia.

Pierwsze spotkanie z Wenecją planowałem z precyzją zegarmistrza oraz z duszą poety, zdając sobie sprawę, że to miasto, w którym najpiękniejsze plany powinny ulegać zaskakującym zmianom. „Perła Adriatyku” z jej labiryntem kanałów i mostów, sprawia, że mapy stają się zbędne, a serce i intuicja to najlepsi przewodnicy.

W planach miałem przemierzanie Piazza San Marco o świcie, kiedy turyści jeszcze śpią, by poczuć jego piękno absolutne i wsłuchać się w poranne melodie miasta, które dopiero budzi się do życia. Na Wielkim Kanale, z pokładu gondoli, chciałem z kolei prześledzić historię zapisaną w kamieniach starożytnych pałaców, odbijającą się echem w wodzie. Wszystko udało się zrobić. To minimum i o wiele więcej.

Wszedłem więc o poranku na pękaty brzeg Wenecji, a przede mną rozciągał się Piazza San Marco, za dnia plac pulsujący życiem jak serce wielkiego organizmu. W otoczeniu złotych mozaik Bazyliki i majestatycznego Dzwonnika, zatraciłem się niezwykłej ciszy, która zapisała pełnoprawny rozdział w księdze mojego podróżowania. Pałac Dożów otwierał więc przede mną z każdym promieniem słońca swoiste wrota czasu. Z każdą chwilą, spędzoną w otoczeniu dzieł sztuki i renesansowej splendoru, coraz głębiej zapadałem się w kanony i historię tej dumnej rezydencji.

Bazylika św. Marka to duchowe centrum Wenecji oraz arcydzieło sztuki bizantyjskiej. Jej złote mozaiki, świecące tajemniczym blaskiem na sufitach i ścianach, opowiadają historie wiary i piękna, które przetrwały próbę czasu. Zbudowana po to, aby przechowywać relikwie patrona miasta, bazylika ta jest wyrazem bogactwa i potęgi Republiki Weneckiej. Pod jej kopułami odnajdujemy skarby sztuki i religii, które poruszają zarówno wierzących, jak i miłośników historii miasta, które zawsze w jakiś sposób łączyło Wschód z Zachodem.

Po odwiedzinach w sercu Wenecji poświęciłem się przeżywaniu miasta z perspektywy wody. W drodze do mojej gondoli wpadłem na legendarny Most Rialto. Znów wszedłem niczym na scenę, gdzie każdy kamień był świadkiem rozgrywających się tu od wieków dramatów i triumfów.

Wkrótce moja gondola przecinała Wielki Kanał a falujące wody szeptały mi jakieś niezrozumiałe historie, które zrozumiałby wytrawny wielbiciel i adorator tego miasta. Nagle obok mnie wyłania się Santa Maria della Salute, świątynia, która jakby zrywała się ku niebu, jakby chciała wydostać się z tej akwareli i dołączyć do chóru aniołów. Na nią jednak widok najpiękniejszy doświadcza turysta z pewnego mostu.

To Ponte dell’Accademia, gdzie zatrzymałem się, by nasycać oczy widokami, które malowały się na mojej siatkówce jak najpiękniejsze dzieła mistrzów pędzla. To stąd pochodzą pocztówkowe widoki i stąd Santa Maria della Salute ukazuje swoje wielkie piękno w sposób szczególny.

Most ten to także brama do wspaniałej dzielnicy Wenecji, jednej z moich ulubionych. Dzielnica Dorsoduro w Wenecji jest jak malownicza oaza sztuki i kultury, rozciągająca się wśród szeleszczących wód kanałów i historycznych uliczek. Ta dzielnica, często określana jako akademickie serce miasta , tętni życiem tak uniwersyteckim jak i artystycznym. Dorsoduro to epicentrum licznych galerii i muzeów. Spacerując wąskimi uliczkami, można natknąć się na małe, niezależne galerie. Warto w końcu zajść do istnej oazy – Peggy Guggenheim – gdzie znalazłem echa współczesności, które w Wenecji biją równie mocno co w każdej metropolii świata.

Jednak dopiero w Cannaregio, wśród cichych, spokojnych uliczek, Wenecja wyznała mi swoje sekrety. Jeden z nich – jeśli chcesz, zawsze znajdziesz ciszę, spokój i pustkę. Nawet w mieście zadeptanym przez trzydzieści milionów turystów rocznie.

Wenecja nie była już miejscem na mapie – stała się dla mnie żywą opowieścią, zapisaną głęboko w sercu, obietnicą powrotu, której nie sposób było nie dotrzymać.

Mestre: sypialnia Wenecji

Spać w Wenecji czy w Mestre? To pytanie, które zadaje sobie wielu podróżników, zmagając się z dylematem między kosztem a doświadczeniem. Nie ma się co przejmować – pytanie to zadało sobie także ponad sto tysięcy Wenecjan, którzy opuścili miasto niejako „zmotywowani” przez nas, turystów. Wielu z nich dotarło do Mestre. Tak samo, jak wielu turystów, którzy decydują się na odwiedziny w Wenecji.

Mestre, będące lądową sypialnią swojego sławnego sąsiada, oferuje praktyczność i oszczędność, stanowiąc ekonomiczną alternatywę dla lśniących świateł Wenecji. To miejsce, gdzie noclegi nie nadwyrężają portfela, a dojazd do serca miasta na wodzie zajmuje zaledwie kilkanaście minut. To także miejsce, w którym w piątkowy wieczór bawią się tłumy Włochów rozpoczynających weekend, wielu z nich, specjalnie, z dala od Wenecji „okupowanej” przez turystów.

Z Mestre właśnie, jak z peronu stacji granicznej, każdego ranka wyruszają tłumy, by przekroczyć magiczną granicę, dzielącą ich od świata Canaletta i Tycjana. Cenione za swą prostotę, Mestre jest miejscem, gdzie Wenecja nadal pozostaje osiągalnym snem, a nie wyłącznie luksusem.

Natomiast nocleg w Wenecji to jak wybór pierwszej klasy w podróży przez historię. To tam, każdego wieczoru, można zasnąć do kołysanki płynącej z kanałów, a rankiem otworzyć okno na scenę, która od wieków nie zmieniła swojego dekoru. To wybór dla tych, którzy pragną w pełni zanurzyć się w atmosferę tego miejsca, nie martwiąc się o każdą wydaną monetę. Ale Wenecja ma swoją cenę – dosłownie i w przenośni. Zatłoczenie i wysokie koszty mogą być ciężarem dla tych, którzy szukają ciszy i spokoju po dniu pełnym wrażeń.

Mestre czy Wenecja? Odpowiedź nie leży w cenach i odległościach, leży w tym, czego pragniemy albo czego akurat w danej chwili potrzebujemy. Podczas tej, pierwszej i na pewnie nie ostatniej wizyty, postanowiłem zatrzymać się w sieci, którą często używam podczas europejskich podróży. To miejsce, które jest idealne na wyjazdy podczas których wracam do hotelu jedynie po to, aby się przespać. Przy tym jednak oferuje bardzo miłą atmosferę w lobby, gdzie można zrelaksować się przy karafce wina i przy dobrej pizzy.

a&o Hotel and Hostel Wenecja to świetna propozycja dla podróżnych szukających komfortowego i przystępnego cenowo miejsca noclegowego z łatwym dostępem do serca Wenecji. Położony rzut beretem pociągiem lub autobusem od zabytkowego centrum, hostel ten oferuje nowoczesne i czyste pokoje z wszystkimi niezbędnymi udogodnieniami. Jak zawsze wybrałem pokój prywatny z własną łazienką. W przestronnych wspólnych pomieszczeniach spędzałem z kolei ostatnie minuty przed krótkim snem, w który szybko zapadałem. Jak bowiem spać, gdy za wodą czeka takie piękno?

Weneckie Powroty

O powrotach do Wenecji opowiadało wielu moich znajomych. W zupełności ich teraz rozumiem. Wenecja jest niczym tajemnicza melodia, która gra na strunach serc podróżników. Pierwszy raz to często jedynie zapoznanie. Każdego roku, miasto na wodzie wita bowiem rzesze entuzjastów, którzy z różnych zakątków świata powracają tu, by ponownie zanurzyć się w jego bezczasowej atmosferze.

Pierwszym akordem, który przyciąga ludzi jak magnes, jest oczywiście słynny Karnawał Wenecji. Ten festiwal maski i tradycji, który swój początek miał w XI wieku, jest obecnie synonimem nieskrępowanej zabawy i elegancji. Turyści powracają tu rokrocznie, by wziąć udział w balach maskowych i poczuć dreszcz tajemnicy, który niesie ze sobą każda maska.

Ale Wenecja to nie tylko karnawał. Miasto przyciąga także miłośników sztuki, którzy nie mogą oprzeć się pokusie Biennale – prestiżowego festiwalu sztuki współczesnej, który co dwa lata transformuje Wenecję w globalne centrum kreatywności. To tutaj, w labiryncie wąskich uliczek i na przestronnych placach, artyści i koneserzy z całego świata wymieniają się pomysłami i doświadczeniami.

Wenecja to również miejsce, gdzie historia spotyka się z teraźniejszością. Dla wielu, powroty do Wenecji są niczym pielgrzymki do przeszłości. Spacerując po zatłoczonym Rynku Św. Marka, obok średniowiecznego Mostu Rialto czy podziwiając złote mozaiki w Bazylice Św. Marka, odwiedzający mają wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Dla innych, Wenecja to przede wszystkim festiwal filmowy – jedno z najstarszych i najbardziej prestiżowych wydarzeń filmowych na świecie.

Wenecja to także miejsce, które inspiruje do miłosnych uniesień. Wielu zakochanych wybiera Wenecję na miejsce swojego ślubu, zaręczyn lub po prostu romantycznego wyjazdu. Przejażdżka gondolą przy blasku księżyca, kolacja przy świetle świec w jednej z ukrytych restauracji, to doświadczenia, które sprawiają, że pary powracają tu, by na nowo rozpalić romantyczny żar.

Ostatnie strony historii Wenecji piszą także ekolodzy i naukowcy, którzy walczą o zachowanie tego unikatowego miejsca na Ziemi. Wzrost poziomu wody i erozja fundamentów miasta to problemy, które przyciągają specjalistów i aktywistów, pragnących ratować Wenecję dla przyszłych pokoleń.

Wszystkie te nitki tkaniny, jaką jest Wenecja, splatają się w jedną historię – historię powrotów. Niezależnie od motywacji, Wenecja ma niezwykłą moc przyciągania ludzi, którzy raz jej doświadczą, pragną do niej wrócić, by ponownie i ponownie odkrywać jej niekończące się tajemnice. W mojej podróży do Wenecji, między zachwytem a rozczarowaniem, to drugie się nie pojawiło.

Rocznik 1985. Hybryda czasów analogowych i cyfrowych, człowiek, który pamięta jak było przed internetem a w internecie czuje się jak ryba w wodzie. Urodzony w Krakowie, w nim wykształcony i z nim zawodowo związany. Po krótkim okresie życia w Chinach, na dobre zajął się normalnym życiem i intensywnym podróżowaniem. Zawodowo specjalista branży podróżniczej, hotelarskiej i rezerwacyjnej.

1 komentarz dotyczący “Wenecja na pierwszy raz: między zachwytem a rozczarowaniem

  1. Wahałam się, by tam pojechać, a teraz po prostu chcę wrócić

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.