Był taki moment, gdy na spotkaniu z klientem, prezesem firmy produkcyjnej, zmęczonym człowiekiem w garniturze, który przychodził do mnie po raz kolejny z tym samym problemem, poczułem, że rozmawiamy o czymś zupełnie innym niż o tym, co mówił. Mówił o restrukturyzacji, o procesach, o tym, że ludzie nie dowożą. Ale słyszałem co innego. Słyszałem kogoś, kto jest po prostu bardzo samotny w tym, co robi. I kto od lat nie pozwala sobie na to, żeby to powiedzieć wprost.
Powiedziałem mu o tym. Zamilkł. Przez długą chwilę nic się nie działo. Potem powiedział: skąd wiedziałeś. Nie wiedziałem. Po prostu byłem tam razem z nim i widziałem to, co było.
To jest moment, który najlepiej opisuje to, co wydarzyło się w mojej pracy w ostatnich latach. Nie tyle zmiana zawodu. Raczej pogłębienie. Dotarcie do warstwy, która zawsze była gdzieś pod spodem, ale przez lata nie miałem języka ani narzędzi, żeby do niej zejść.
Jak się to zaczyna
Nie wiem, czy jest jeden moment, w którym człowiek postanawia zostać psychoterapeutą. U mnie nie było. Była seria małych decyzji, obserwacji, rozmów. I jedno duże pytanie, które zaczęło się pojawiać coraz częściej: co tak naprawdę pomaga ludziom się zmieniać?
Szesnaście lat w biznesie. Operacje, struktury, P&L, zarządzanie zespołami. Przez lata wchodziłem do organizacji i porządkowałem chaos. Budowałem procesy, naprawiałem relacje, pomagałem liderom podejmować decyzje. I widziałem, że ta praca działa ale tylko do pewnego momentu. Że jest sufit, za którym samo „naprawienie struktury” nie wystarczy. Że za każdym problemem biznesowym jest człowiek, który coś czuje, czegoś się boi, coś przed sobą ukrywa.
Zacząłem się szkolić w Gestalcie kilka lat temu. Nie z myślą, że „zostanę terapeutą”. Raczej po to, żeby lepiej rozumieć: siebie, drugiego człowieka, to, co się dzieje między ludźmi. Ale szkolenie Gestalt robi z człowiekiem coś, na co trudno się przygotować. Zaczyna go zmieniać od środka. Nie przez teorię. Przez doświadczenie. I tak, niezauważalnie, zacząłem stawać się kimś innym. Kimś, kto nie tylko diagnozuje i rekomenduje ale kto siedzi z człowiekiem w tym, co trudne, i nie ucieka.
Co się dzieje pomiędzy
Nie skończyłem z biznesem. Nadal doradzam właścicielom firm. Nadal pracuję jako Strategic Advisor, konsultant, mentor. Ale coś w tej pracy się przesunęło. Jeszcze kilka lat temu przychodziłem do firm z zestawem pytań o strukturę i strategię. Dziś przychodzę z czymś innym: z uważnością na to, co człowiek mówi, ale też na to, czego nie mówi. Na to, jak siedzi. Na to, w którym momencie jego głos się zmienia. Nie powiem, że to jest „lepsze”. To jest inne. I według mnie bardziej kompletne.
Mentoring, który prowadzę z właścicielami firm, liderami, osobami w zawodowej i życiowej zmianie, w naturalny sposób dotyka granic między doradztwem a czymś głębszym. Nie nazywam tego terapią. Bo nie jestem jeszcze terapeutą. Ale jestem kimś, kto rozumie, że zmiana , ta prawdziwa zmiana, rzadko zaczyna się od strategii.
Jak zostaje się psychoterapeutą w Polsce
To nie jest proste. I dobrze, że nie jest.
Szkolę się w Gestalt Instytut, jednym z dwóch krakowskich ośrodków i jednym z niewielu ośrodków w Polsce posiadających pełną akredytację EAGT (European Association for Gestalt Therapy). Program trwa cztery lata. Za mną półtora roku, dużo wiedzy i doświadczenia, zdana psychopatologia. Przede mną staż kliniczny, pierwsze prawdziwe wejście w kontakt z pacjentem w warunkach klinicznych, zaś po egzaminie pod koniec roku stanę się tak zwanym „terapeutą w procesie szkolenia”. Co to oznacza? Osoba z tym tytułem prowadzi terapię pod superwizją certyfikowanych specjalistów, oferując profesjonalne wsparcie, często w niższej cenie.
To, co opisuję, to tylko część drogi. Żeby zrozumieć jej skalę, warto wiedzieć, co tak naprawdę ta ścieżka obejmuje.
Cztery lata zajęć to fundament, ale tylko fundament. Równolegle od pierwszego roku student zobowiązany jest do prowadzenia własnej psychoterapii indywidualnej w trakcie szkolenia psychoterapeutycznego. Nie jako opcja. Jako wymóg. Bo w Gestalcie zakłada się, że terapeuta, który sam nie przeszedł przez własny proces, nie jest w stanie towarzyszyć drugiemu człowiekowi bez ryzyka, że będzie pracował własnym materiałem zamiast materiałem klienta.
Od drugiego roku zaczyna się staż kliniczny – praca w prawdziwej placówce, z prawdziwymi pacjentami, pod nadzorem. Każdy dzień stażu opisywany jest w formie raportu fenomenologicznego: co pojawiło się we mnie, jakie emocje, jakie myśli, jakie wrażenia w ciele. To nie jest biurokratyczny wymóg. To ćwiczenie obecności i samoświadomości.

Po zdaniu egzaminu praktycznego po drugim roku można, za zgodą starszego trenera i superwizora, zacząć pracować z pierwszymi klientami. Na początku z jedynie kilkoma. Maksymalnie Każda godzina pracy z klientem jest superwizowana.
Od trzeciego roku dochodzi superwizja indywidualna – minimum pięćdziesiąt godzin z jednym superwizorem. Na czwartym roku powstaje z kolei praca dyplomowa, a potem egzamin zewnętrzny przeprowadzany przez niezależną komisję, nie przez szkołę.
Po uzyskaniu certyfikatu Gestalt Instytutu otwiera się droga do certyfikacji EAGT na poziomie europejskim oraz PTPG (Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Gestalt) na poziomie krajowym. EAGT wymaga zgodności ze standardem minimum 1450 godzin kształcenia. PTPG certyfikuje psychoterapeutów po co najmniej czteroletniej udokumentowanej praktyce pod stałą superwizją, na podstawie egzaminu przed niezależną komisją. Certyfikat PTPG jest uznawany przez NFZ, CMKP i Ministerstwo Zdrowia.
Innymi słowy – żeby stać się certyfikowanym psychoterapeutą Gestalt, potrzeba co najmniej czterech lat od rozpoczęcia szkolenia w tym praktyki, setki godzin superwizji, własna terapia, praca dyplomowa, egzamin. To jest zawód, który wymaga zaangażowania całego człowieka. Nie tylko jego czasu i pieniędzy ale też gotowości do patrzenia na siebie bez taryfy ulgowej.
Polski spór o psychoterapię, który trwa w tle
W Polsce od lat toczy się dyskusja o tym, kto może być psychoterapeutą. Trwają prace nad ustawą o zawodzie psychoterapeuty, pierwszą, która ma to uregulować systemowo. Równolegle Sejm uchwalił w styczniu 2026 roku ustawę o zawodzie psychologa, której zapisy w sprawie psychoterapii wywołały poważny spór środowiskowy.
Część środowiska – psychologowie i psychiatrzy – twierdzi, że psychoterapię powinny prowadzić wyłącznie osoby z wykształceniem psychologicznym lub medycznym. Profesor Wojciech Dragan z Komitetu Psychologii PAN stwierdził wprost, że psychoterapia bazuje na wiedzy zdobywanej na studiach psychologicznych i oddzielanie jej jako osobnego zawodu nie ma podstaw merytorycznych. Podobne stanowisko zajmuje część środowiska klinicznego: że osoba bez formalnego wykształcenia psychologicznego nie powinna pracować z zaburzeniami.
Rozumiem to stanowisko. Ale się z nim nie zgadzam. I to nie dlatego, że bronię własnego interesu. Raczej dlatego, że obserwuję w tej dyskusji pewien błąd kategorialny. Psychoterapia nie jest stosowaniem wiedzy akademickiej. Psychoterapia jest spotkaniem dwojga ludzi, w którym jeden z nich – terapeuta – jest narzędziem. Jego narzędziem jest on sam. To, jak jest obecny. To, jak reaguje. To, co czuje i co z tym czuciem robi. To, czy potrafi wytrzymać trudność bez uciekania.
Ta zdolność nie jest pochodną studiów psychologicznych. Jest pochodną pracy – nad sobą, z innymi, przez lata, w różnych kontekstach. Pracy, którą sam wykonałem – przez szesnaście lat budując relacje w organizacjach, prowadząc negocjacje, towarzysząc ludziom w kryzysach decyzyjnych i życiowych, a potem przez lata własnej terapii i intensywnego szkolenia.
Człowiek, który przez dekadę zarządzał złożonymi organizacjami, prowadził trudne rozmowy, rozwiązywał konflikty, budował i tracił relacje i który przeszedł przez rygorystyczny, wieloletni proces kształcenia terapeutycznego, superwizji i własnej psychoterapii, może być znakomitym terapeutą. Niekoniecznie gorszym od psychologa, który ukończył studia i cztery lata szkolenia, ale nie doświadczył złożoności relacji społecznych w takim stopniu.
Oczywiście nie każde doświadczenie życiowe czyni z człowieka terapeutę. I tu środowisko ma rację: bez twardych wymogów szkoleniowych, bez superwizji, bez własnej terapii, nie powinno się siadać po drugiej stronie i twierdzić, że się pomaga. Ale te wymogi są i powinny być egzekwowane, niezależnie od tego, jaki dyplom wisi na ścianie.
Jedna z uczestniczek dyskusji sejmowej powiedziała, że nie możemy dopuścić do sytuacji, w której psychoterapię będą prowadzić osoby bez wykształcenia psychologicznego, bo to ryzyko dla pacjenta. To zdanie brzmi rozsądnie. Ale milczy o tym, że ryzyko dla pacjenta nie pochodzi z braku dyplomu. Pochodzi z braku kompetencji a te można zbudować różnymi drogami.
Projekt ustawy o zawodzie psychoterapeuty, który jest procedowany w Sejmie, idzie w tym kierunku: wymaga czteroletniego szkolenia i minimum 1200 godzin kształcenia podyplomowego, własnej terapii, superwizji, stażu. Nie wymaga wykształcenia psychologicznego jako warunku koniecznego. I moim zdaniem słusznie.
Co mnie tu przyciągnęło
Wróćmy do początku. Do tamtego spotkania z prezesem w garniturze.
Nie wiedziałem, że za kilka lat będę siedział na ławce studenta i uczył się fenomenologii, teorii pola i psychopatologii według ICD-11. Nie planowałem tego. Ale widziałem wyraźnie, że w pracy z ludźmi jest obszar, do którego nie miałem jeszcze dostępu i który mnie przyciągał.
Gestalt przyciągnął mnie filozofią kontaktu. Ideą, że człowiek nie istnieje w izolacji, że zawsze jest między czymś lub kimś. Że zmiana nie dzieje się tylko przez wgląd intelektualny, ale przede wszystkim przez doświadczenie, przez to, co wydarza się tu i teraz, w relacji. Że terapeuta nie jest ekspertem od cudzego życia, lecz towarzyszem w jego eksploracji. To mi pasowało. Zarówno do tego, jak myślę o ludziach, jak i do tego, jak rozumiałem swoją pracę doradczą.
W listopadzie przystąpię do egzaminu. Jeśli go zdam – a zamierzam – stanę się praktykiem psychoterapii i zacznę pierwszą pracę indywidualną w tym obszarze, nie porzucając biznesu a jedynie wydzielając czas w tygodniu na to, co teraz także dla mnie ważne – rozwój doświadczenia klinicznego i relacyjnego. Kilka lat później, po kolejnych setkach godzin superwizji i pracy z klientami, będę mógł starać się o certyfikat PTPG i EAGT.
To długa droga. Ale to właśnie długość tej drogi – i to wszystko, co na niej się wydarza – sprawia, że ma sens. Nie dlatego, że chcę się przebranżowić. Raczej dlatego, że chcę być bardziej kompletny w tym, co robię. Dla ludzi, z którymi pracuję. I dla siebie.

Jeśli jesteś w miejscu, w którym coś się nie domyka zawodowo, decyzyjnie, życiowo i szukasz kogoś, z kim można to spokojnie przejrzeć, pracuję teraz indywidualnie jako mentor. Z właścicielami firm, liderami i osobami w zmianie. Pierwsza rozmowa trwa trzydzieści minut i jest bezpłatna. Szczegóły znajdziesz tutaj.

















Zostaw odpowiedź