Azja Kambodża orient

Zwiedzanie Angkor Wat, czyli w sercu Kambodży

Dziś opowiem Wam o czymś, co jest dla mnie wyjątkowe. Opowiem Wam o Angkor Wat, o symbolu Kambodży i o jednym z tych miejsc, które wryły się w moją świadomość w czasach młodzieńczych. Od razu chcciałbym sprecyzować coś, co często powoduje nieporozumienia. Angkor – to cały kompleks, rozliczne świątynie, fosy, bramy, dosłownie całe gigantyczne miasto. Angkor Wat to z kolei najlepiej zachowana swiątynia całego kompleksu, najbardziej okazała, i najbardziej na świecie rozpoznawalna.

Gdy byłem dzieckiem, nie myślałem za bardzo o przyszłości. W ogóle nie myślałem kim będę. Rzeczywistość była prozaiczna, po prostu najzwyklejsza w świecie. Wczesne lata dziewięćdziesiąte, zaraz po upadku ZSRR, w codziennej Polsce myślało się wtedy o tym, co przyniesie następny dzień. Ja, chłopak wyrastający na wsi, lubiłem książki, choć nie miałem ich zbyt wiele. Miałem za to jedną, którą pokochałem – jednotomową, prostą wersję encyklopedii PWN redagowaną w czasach pełnego socjalizmu. Na końcu tej encyklopedii znajdowała się mapa świata i flagi państw, które namiętnie zapamiętywałem. To do czasów tej prostej encyklopedii wracam wspomnieniami, gdy raz po raz spełniam swoje marzenia z dzieciństwa, które przyznam szczerze, nie wierzyłem, że kiedykolwiek się spełnią.

Jest kilka miejsc, które mój umysł zakodował i od lat trzyma w zakamarkach mojej pamięci. Kilka miejsc, które zdecydowanie chciałem lub nadal chcę zobaczyć zanim z tego świata zniknę: Wielki Mur Chiński (byłem!), Taj Mahal (też!), Nowy Jork (nie raz!), Watykan (tak!), Machu Picchu (oby kiedyś!), Wyspa Wielkanocna (oby!), Plac Czerwony w Moskwie (przecież to tak blisko! Kiedyś!) i w końcu Angkor Wat (nareszcie!).

Gdy w styczniu 2008 roku stawiałem pierwsze kroki na Chińskim Murze, brzmiało mi w uszach chińskie powiedzenia: nie jest prawdziwym mężczyzną ten, kto nie był na chińskim murze. W dniu, kiedy odwiedzałem najważniejszy zabytek Kambodży, wracały do mnie słowa tego Saumerseta Maughana:  nie można umrzeć nie zobaczywszy Angkoru!

Dla tego miejsca wytyczyliśmy naszą trasę tak, aby tam trafić. To specjalnie dla Angkoru przylecieliśmy do Kambodży. I w sumie z perspektywy czasu żałuję, że  w tym kraju nie zostałem dłużej. Ale ponieważ mam w zwyczaju wracać do miejsc, które lubię, z pewnością kiedyś jeszcze tam trafię! Wystarczy, że pewnego dnia stwierdzę, że jeszcze Laos i WIetnam muszę odwiedzić, a wtedy do Angkoru droga będzie prosta!

Nasze zwiedzanie tego majestatycznego miejsca rozpoczęliśmy następnego dnia po przylocie do Kambodży. Była nas szóstka, w tym tylko dwóch zapalonych rowerzystów (ja i Michał), więc nie oczekiwaliśmy, że w ponad trzydziestostopniowym upale wszyscy będą chcieć pedałować po gigantycznym obszarze Angkoru. Dlatego też postanowiliśmy wynająć dwie riksze. Każda z nich zabiera 3 osoby. Wynajęcie rikszy na cały dzień to od 18 do 20 dolarów za jedną (więc od 6 do niecałych 7 dolarów za osobę). Już wynajętymi rikszami udajemy się na stacje benzynowe, żeby zatankować do pełna, i ruszamy z centrum Siem Reap w kierunku wjazdu na teren Agnkoru.

tuk tukiem po Angkorze
tuk tukiem po Angkorze

WEJŚCIE

Już jadąc w tamtym kierunku wiesz, czego możesz oczekiwać na miejscu. Na głównej drodze łączącej miasto z kompleksem Angkor ciągną tabuny ludzi, rowerów, riksz, motorów, skuterów, samochodów i autokarów. Już wiesz, co się szykuje, ale jeszcze oszukujesz siebie, że doznasz magicznych uniesień w ciszy świątyń Angkoru.

Przy bramie wjazdowej wysiada się z czegokolwiek czym się przyjechało, i podchodzi się do kas biletowych zorganizowanych według tego, jak długo chcesz Angkor zwiedzać:

  • 1 Day pass: 20 dolarów
  • 3 Days pass: 40 dolarów (ważny do wykorzystania 3 dni w ciągu tygodnia, nie trzeba przychodzić pod rząd)
  • 7 Days pass: 60 dolarów (ważny do wykorzystania 7 dni w ciągu miesiąca)

My wykupujemy jednodniowe wejściówki. Oczywiście płaci się amerykańskimi dolarami. Po opłaceniu wejścia nie otrzymuje się zwykłego biletu, tylko wejściówkę ze swoim zdjęciem. Te Angkor Passy kontrolowane są przez kontrolerów przy różnych świątyniach.

przepustka do Agnkoru
przepustka do Agnkoru

O CO W TYM WSZYSTKIM CHODZI?

Angkor to wg mnie jeden z cudów świata. Wpisany jest na listę Guinessa i powszechnie uważany za największy kompleks świątynny świata. Jest pomnikiem potęgi człowieka, świetności Khmerów oraz dowodem walki człowieka z naturą. Angkor to po khmersku „miasto”. To centrum kulturowe i polityczne imperium Khmerskiego powstało i istniało na przestrzeni od IX do XV wieku naszej ery i było największą metropolia ówczesnego świata. Liczył milion mieszkańców w czasach, kiedy w Paryżu mieszkało 250,000 ludzi, zaś w Krakowie 20,000. To z tego miejsca khmerscy królowie władali ziemiami rozciągającymi się na większości terytoriów zwanych obecnie Indochinami. Schyłek tej potęgi nadszedł w XV wieku, kiedy Syjam (czyli współczesna Tajlandia) najechał i całkowicie zgrabił i zdewastował to miejsce. Król wraz z ludnością, która przeżyła atak, na zawsze opuścili to miejsce, które z czasem popadło w totalną ruinę i zostało bezlitośnie wchłonięte przez dżunglę. Przez wieki natura niszczyła dawną potęgę i skutecznie izolowała ją od ludzkości. Niewielkie grupy ludzi mieszkające nieopodal bały się wkraczać w te rejony będąc przekonanym, że żyją tam niebezpieczne zwierzęta. 

Ponownie dla ludzkości miejsce to odkrył podróżnik Henri Mouhot. Jego odkrycie uważane było za najbardziej sensacyjną wiadomość epoki. Ten Francuz, i ogólnie rzecz ujmując, Francja, przyczyniły się do propagowania wiedzy na ten temat. Faktem jest, że o Agnkorze wspominali dużo wcześniej inni podróżnicy, czy też misjonarze, zapuszczający się w tamte rejony, jednakże nikt im nie dowierzał. Dopiero Mouhot przekonał ludzkość do tego niezwykłego znaleziska. Wydarzeniem, które przypieczętowało los Agnoru jako miejsca, do którego podróżować będą tabuny ludzi, była wielka wystawa kolonialna zorganizowana w 1931 roku w Paryżu. Za bajeczną sumę ponad 12 milionów franków odtworzono w ciągu 6 lat świątynie Angkor Wat w skali 1 : 1. Wybudowano ją z drewna, zaś sama wystawa kolonialna odniosła niebywały sukces. Nie wnikając we wszelkie trudne aspekty kolonializmu, należy pamiętać o tym, że to właśnie Francuzi, a potem różni ludzie i różne kraje z całego globu, przyczynili się do wydobycia Angkoru ze szpon dżungli. Po utracie przez Francję kolonii w Indochinach, nowe władze Kambodży zezwoliły Francuzom na dalsze prace w Angkorze, jednak w latach 70 przyszły tragiczne w skutkach, bardzo niespokojne czasy. Do władzy doszli jedni z najbardziej radykalnych komunistów jakich historia wydała na świat. Czerwoni Khmerzy pod wodzą Pol Pota, dosłownie zniszczyli kraj, wybili sporą część jego mieszkańców, unicestwili inteligencję i wyrzucili wszystkich obcokrajowców. Teren Angkoru został poddany bezmyślnej destrukcji. Mało tego, ten gigantyczny obszar zaminowano tysiącami min, które potem, przez lata, usuwano. Angkor ponownie zamknął się dla ludzi. Musiała minąć dyktatura Czerwonych Khmerów, musiała nadejść inwazja Wietnamska, która obaliła szaloną dyktaturę, jednak pomimo usunięcia Czerwonych Khmerów, w Kambodży nadal było niespokojnie. Praktycznie nie istniała ona na mapach turystycznych do 1993 roku, kiedy do tego niezwykle interesującego kraju, ponownie zaczęli zjeżdżać turyści.

JAK JEST TERAZ?

Tragicznie. Tak mógłbym określić to w skrócie. Ale nie byłaby to do końca pełna prawda. Otóż owszem, wchodząc na ten teren, widząc najpierw z oddali, a potem z bliska, główną świątynię kompleksu, czyli Angkor Wat, miałem ciarki na skórze, wiedziałem, że widzę coś wyjątkowego, coś pięknego. Jednakże to, co zastałem, skonfrontowało się z moimi wyidealizowanymi wyobrażeniami o tym miejscu. Gdy przeglądałem relacje na blogach różnych osób, które tam były, często widziałem zdjęcia z czasu, gdy w Kambodży panuje pora deszczowa. Angkor ma pewien specyficzny urok, gdy jest mokro, odrobinę ciemno, tajemniczo. Na zdjęciach nie przewijały się tabuny ludzi, za to panował spokój zamkniętych w potrzasku dżungli kamieni. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, słońce już porządnie oświetlało całą okolicę, zaś ilość odwiedzających zastanych na miejscu, była po prostu nie do ogarnięcia. Cóż, nie mam niby prawa narzekać na masową turystykę, której i tak jestem częścią (nawet jako indywidualny podróżujący), ale na swoim blogu ponarzekać trochę mogę, prawda?

Otóż w Angkor nie ma takiej chwili, gdy jest mało ludzi. Przynajmniej w okresie suchym, kiedy odwiedzających jest po prostu masa. Nie wiem, być może w porze deszczowej jest lepiej. Kiedyś polecę i sprawdzę! Czymś, co w Angkorze cieszy się wielką popularnością jest wschód słońca i zachód słońca. Każde z tych dwóch odpuściłem. Możecie myśleć, że wstawanie o 5 rano zapewni Wam odrobinę spokoju na miejscu. Nic bardziej mylnego! Na wschód słońca zjeżdża się całe miasto zaspanych turystów. Robią zdjęcia, potem wracają do hotelu na śniadanie. Ponoć najlepiej zacząć zwiedzać Angkor w tym czasie, kiedy cała reszta je śniadania. Potem nie ma już czasu bez ludzi. Kompleks zamyka się po zachodzie słońca, na który także zjeżdża się masa odwiedzających. Jeśli masz ten komfort i możliwość, by spędzić tam dłużej czasu, myślę, że odnalezienie chwili spokoju jest możliwe. Po prostu trzeba odrobinę poszukać oraz zboczyć z udeptanych ścieżek.

Trzy sytuacje związane z turystami:

  • idąc do głównej części Angkor Wat musieliśmy czekać 10 minut aż wycieczka Nikonów (nazwa którą stosuję zbiorczo do Chińczyków, Japończyków i Koreańczyków obwieszonych wielkimi aparatami) skończy przechodzić przez jedyne drzwi, które prowadziły do dalszej części (na zdjęciu)
  • postanowiłem nie wchodzić na szczyt wieży Angkor Wat, gdyż stała do niej gigantyczna kolejka (a ja po prostu nienawidzę kolejek)
  • zwiedzając niektóre naprawdę bajeczne miejsca w Angkorze, byłem dosłownie wybudzany przez nagły wrzask nadchodzących grup Chińczyków (najgłośniejsze Nikony!)

CZYM SIĘ ZACHWYCAMY?

ANGKOR WAT

Na początku zaczynamy od tego, co najważniejsze, czyli głównej świątyni całego kompleksu – Angkor Wat. Angkor, jak już wcześniej wspominałem, po khmersku oznacza „miasto”, Wat oznacza zaś „świątynię”. Angkor Wat to po prostu świątynia-miasto, ogromna świątynia. Zbudowana w połowie XII wieku przez króla Suryavarmana II, jest symbolem Kambodży. Znajduje się ona na fladze państwowej, zdobi paczki papierosów, plakietki na piwach, banknoty, jest dosłownie wszędzie.

Zbudowany na planie prostokąta i zajmujący powierzchnię 20 hektarów, Angkor Wat, zajmuje powierzchnię pięciokrotnie większą niż Watykan. Był budowany przez 30 lat ku czci hinduskiego bóstwa Wisznu, z którym się utożsamiał. Angkor budowało 5 tysięcy rzemieślników i 50 tysięcy robotników. Od tej chwili, każdy nowy władca Khmerski zobowiązany był wznieść budowlę tego typu, która po jego śmierci stawała się zarazem jego mauzoleum. Mój ulubiony pisarz i podróżnik, Tiziano Terzani, pisał, że świątynia ta to jedno z tych miejsc, gdzie człowiek czuje się dumny z przynależności do rasy ludzkiej.

Dotarcie do centrum świątyni to spacer przez: most na ogromnej otaczającej kompleks fosie, następnie długa, brukowana droga prowadząca od murów zewnętrznych do murów wewnętrznych. Następnie spaceruje się arkadami i przechodzi się schodami na coraz wyższe piętra tej ogromnej piramidy. W końcu dociera się do centrum świątyni, a tam można wspiąć się na jej najwyższy punkt (jeśli chce się stać w kolejce).

BAJON

Obok Angkor Wat znajduje się ogromny obszar Angkor Thom (kolejne „miasto” wchodzące w skład całego Angkoru). Pierwszym miejscem, przy którym zatrzymujemy się w tej okolicy, jest Bajon. Znajduje się on w centrum ufortyfikowanego miasta i różni się tym od Angkor Wat, że reprezentuje już inny styl w architekturze. Nie jest już taki „klasycystyczny” jak Angkor z jego idealnymi wymiarami i świetnie dobranymi proporcjami. Bajon to emanacja potęgi władcy Dżajawarmana VII, który uważał siebie za wcielenie Buddy. Styl ma w sobie coś bardziej z baroku, aniżeli z klasycyzmu, a całość budowli przytłacza grozą. Wyobraźcie sobie przez chwilę czasy świetności tego miejsca. Wieśniak przybywa do krainy khmerskich królów i widzi wieże z twarzami władcy. Nie były one, jak obecnie, szare, tylko pozłacane żywym złotem. Możecie wyobrazić sobie, co musiał czuć prosty człowiek wkraczający na ten niezwykły teren. Dzajawarman VIIļ, który panował w czasach szczytu khmerskiej potęgi, dokonał także istotnej przemiany religijnej regionu. O ile Angkor Wat powstało jako świątynia boga Wisznu, czyli boga Hinduizmu, o tyle Bajon było już symbolem przejścia na nową wiarę, bardziej restrykcyjną, na buddyzm, który zdobywał te terytoria.

Po poprzyglądaniu się twarzom na wieżach świątyni, wybraliśmy się (każdy para w innym kierunku), po różnych miejscach Angkor Thom. Jest to ogromny obszar, więc do eksplorowania jest naprawdę sporo!

TA PROHM

Ostatnim założonym przez nas punktem w całym kompleksie Angkoru była Ta Prohm, świątynia najbardziej znana z tego, że to na jej terenie kręcono Tomb Raidera i to tam, swoje przygody przeżywała grana przez Angelinę Jolie, piękna pani archeolog – Lara Croft.

Sanktuarium-klasztor Ta Prohm to jeden z najwspanialszych przykładów stylu khmerskiego. To właśnie w tym miejscu, chyba najbardziej dotkniętym przez niszczące siły natury, zobaczymy najwięcej tych najbardziej znanych, pocztówkowych obrazków z Angkoru, gdzie ogromne drzewa oplatające swoimi korzeniami kamienne posągi i mury. To drzewo to ceiba pentandraznana jako puchowiec. Wciska się ona we wszystkie szpary budowli, rozpiera ogromne mury, modeluje to ludzie dzieło niejako od nowa, siłą natury. Ta Prohm została pozostawiona sama sobie, niejako złożona w ofierze dżungli. Jakiekolwiek prace polegające na usunięciu gigantycznych korzeni i rekonstrukcji świątyni, nie miałyby najmniejszego sensu. Obecnie miejsce to potraktować można jako najlepszą scenerię do nauki pokory wobec siły natury.

ZDOBIENIA

Przeróżne kompleksy świątynne Angkoru to nie tylko budynki jako takie, ale także detale zawarte na ich fasadach, w krużgankach, przejściach, portalach, dosłownie na każdym kroku. Ściany pełne są khmerskiej historii spisanej w bardzo artystyczny sposób. Oprócz tego spotykać będziemy niesamowitą ilość rzeźb rozsianych po całym obszarze. Wszystkie te rzeczy stanowią zapis historyczny i artystyczny kultury khmerskiej, o której ludzkość nadal wie dosyć niewiele.

Spotkać możecie między innymi:

  • Dewata (nie mylić w dewotą) – kobieta z okrągłymi piersiami, istota niebiańska
  • Płaskorzeźby w Angkor Wat oraz Bajon przedstawiające żołnierzy i sceny bitewne – źródło wiedzy o czasach świetności imperium Khmerów.
  • Posągi Buddy
  • Posągi Wisznu
  • Apsara – symbol ideału kobiecości przedstawiany w tanecznej pozie
  • posągi lwów wszechobecne w khmerskiej kulturze

ŻYCIE W ANGKOR

Oprócz podziwiania zabytków wspaniałej cywilizacji khmerskiej, pięknych świątyń, zdobień, a także tego, co natura potrafi zrobić z dziełami człowieka, w Angkorze można obserwować to, co najbardziej prozaiczne – toczące się życie. Lokalna ludność jest tam obecna i jest widoczna. Miejsce to, przynajmniej w godzinach otwarcia, gdy można je odwiedzać, tętni życiem. Po pierwsze, dla wyznawców buddyzmy, szczególnie tych pochodzących z Kambodży, jest to miejsce święte, do którego pielgrzymują tak samo, jak ludzie pielgrzymują do Mekki w Arabii Saudyjskiej, do Varanasi w Indiach, czy do Jerozolimy w Izraelu. Dlatego też można spotkać na miejscu mnichów buddyjskich ubranych w charakterystyczne szafranowe szaty. Spacerują, zajmują się pomniejszymi świątyniami, czy też po prostu modlą się. Nie mogę zapomnieć jednej scenki, która jakoś tak po prostu zapisała mi się w pamięci. Amerykańska para, on z oczywistą nadwagą, ona nie lepsza. Spacerują to Angkor Thom w asyście lokalnego przewodnika. Podchodzą do wielkiego posągu Buddy nieopodal Bajon, gość pozwala nałożyć sobie kwiaty, skłania się w kierunku posągu, obraca się, by uzyskać aprobatę przewodnika, który potwierdza, że robi to dobrze. Oddaje ukłon, potem wciska 10 dolarów siedzącej obok kobiecie. Idzie kilka kroków dalej, spotyka samotnie spacerującego mnicha ubranego w swoje szafranowe szaty. Pyta się, czy może zrobić z nim zdjęcie. Robią sobie zdjęcie, mnich odchodzi, a ten Amerykaniec leci za nim i wciska mu 5 dolarów do ręki. Mnich, zakłopotany, nie wie co robić, w końcu Amerykaniec zostawia mu ten pieniądz w ręku, a mnich stoi jak zastygła rzeźna i spogląda na te pieniądze. Jeśliby policzyć ilość takich sytuacji, mniemam, iż ów Amerykanin zostawił w Angkorze z jakieś 100 dolarów jak nic. Tylko czy jest to dobra metoda „pomocy” lokalnym ludziom? Tak powinno się nas odbierać? Tak jak odbiera się nas, białych z Zachodu, w Indiach… czyli jak chodzące portfele bez dna?

Spacerując między świątyniami, lub też przemieszczając się tuk tukiem po tym ogromnym obszarze, widać, że dużo się tam dzieje. Mobilne ekipy sprzątające na rowerach przemieszczają się od miejsca do miejsca, unoszą kurz, przenoszą go z jednego punktu do drugiego. W innym miejscu widać rusztowania i tablicę z napisem, że rząd niemiecki finansuje odbudową takiej a takiej świątyni. Angkor naprawdę wymaga niesamowitego zaangażowania ekip z całego świata. I takie coś właśnie się dzieje. Tu tablica o pracach prowadzonych przez Indie, tam przez Francję, a i Polacy w historii rewaloryzacji Angkoru mają swój wkład. Jadę dalej i widzę przy krzakach gdzieś w tyle, na prowizorycznym parkingu, małą gastronomię. Nie, nie musisz zabierać plecaka pełnego zapasów. Wszystko znajdziesz na miejscu. Choć zapasy wody i tak zawsze warto mieć przy sobie. Bez problemy zjesz jednak lunch, wypijesz sok z kokosa, a nawet lokalne, niezwykle smaczne piwo, a jakże, Angkor.

Oprócz małej gastronomii, mnichów, pracowników odbudowujących świątynie i innych, nieokreślonych typów, na całym obszarze odbywa się jeden wielki handel. Wszystko, no prawie wszystko, za 1 dolara! A tu podejdzie ktoś ze książką o Angkorze (polecam sprawdzenie oferowanych po angielsku tytułów – niekiedy książki warte 25$ (wg ceny na okładce) można kupić za 7 dolarów, a przed zamknięciem kompleksu, nawet za jednego. Oprócz książek dopadną Cię kobiety z szalikami, owocami, przeróżnymi pamiątkami i wszelkiego typu ogólnym szajsem, którego raczej nie masz zamiaru kupić. Wszystko oczywiście hand made, najlepiej przez dziadka, przodka, cholera wie kogo jeszcze. Najgorsze są jednak dzieci, tak zwane dzieci Angkoru. Co jak co, ale dzieci zaprzęgane, czy to z własnej, czy niewłasnej woli, do nagabywania turystów i tym samym zarabiania pieniędzy, zawsze budziły u mnie negatywne reakcje. Bo nigdy nie wiesz, czy ten dolar, który im dasz, trafi do nich, czy do cholera wie kogo. Więc po prostu nie daję. Na szczęście tamtejsze dzieci nie są w żadnym stopniu tak agresywne i natarczywe jak hordy dzikich dzieciaków, które atakowały nas w Indiach.

W Angkorze życie toczy się swoim rytmem. Nie wyznacza go jednak jakiś antyczny porządek, lecz raczej powtarzalność turystycznego ruchu, z którego żyje cała okolica.

Gdy piszę tego posta, dochodzę do wniosku, że w Kambodży byłem za krótko i za krótko byłem w Angkor Wat. A że do miejsc, które lubię, wracam, utwierdzam się w przekonaniu, że powrócę właśnie tam. I postaram się odnaleźć odrobinę więcej magii i spokoju w tym miejscu, które co roku zadeptuje ponad milion odwiedzających!

______

Wszystkim zainteresowanym i wybierającym się do Angkoru, polecam książkę Jacka Pałkiewicza – ANGKOR. Pałkiewicz, słabo w Polsce znany człowiek, to ikona świata podróżniczego, podróżnik znany za granicami naszego kraju, jeden z pierwszych, którzy docierali do Angkoru w czasach tuż po mrocznej izolacji dyktatury czerwonych Khmerów.

Reklamy

21 comments on “Zwiedzanie Angkor Wat, czyli w sercu Kambodży

  1. Znakomity blog. Ciekawe kierunki i opisy nie tylko samych atrakcji. Gratuluje i życzę dalszych ciekawych przygód.
    Mam pytanie o zwiedzanie Angkoru na rowerze? Jak organizacyjnie wygląda wynajem roweru? Czy orientujesz się co w trakcie zwiedzania świątyń należy zrobić z rowerem? trzeba mieć go przy sobie czy gdzieś się zostawia?

    Lubię to

    • Pozwolę sobie odpowiedzieć bo niedawno sam zwiedzałem na rowerach. Do każdego roweru dostaje się zapięcie i trzeba tylko znaleźć miejsce gdzie go przypiąć, no i nie zgubić kluczyka. Zwiedzanie rowerem jest dość męczące ale jak dla mnie więcej można zobaczyć.

      Lubię to

  2. Hej, super zdjęcia! Podpowiesz gdzie trzeba było iść aby mieć takie piękne ujęcie jak na pierwszym zdjęciu /angkor31.jpg? Będę tam w listopadzie i już się nie mogę doczekać takiego apetytu sobie narobiłem Twoją relacją 😉

    Lubię to

  3. Pingback: Bucket List Wojażera | Wojażer | relacje i reportaże ze świata

  4. Rozmawiałam z przyjaciółmi kiedyś co jest lepsze: Angkor w Kambodży czy Bagan w Birmie – nie można się było zgodzić, aż w końcu doszliśmy do wniosku, że wszystko zależy od tego co widzieliśmy jako pierwsze.
    Dla mnie Angkor był pierwszym takim wielkim pozaeuropejskim kompleksem więc pewnie na zawsze zostanie dla mnie NAJ.

    Lubię to

  5. Hihi, znalazłam jeszcze 2 Ang* pod koniec tekstu 😉

    „Mój ulubiony pisarz i podróżnik, Tiziano Terzani” – mój też 😀
    Świetnie się czytało ten tekst. Zasługuje by być baaaaaaaaaaaardzo wysoko w google’u. Mam pytanie, bo wybieram się tam w nieznanej przyszłości (czyt. jak będą tanie bilety do Bangkoku, a ja nie będę miała innych planów) – uważasz, że ten jeden dzień wystarczył czy gdybyś miał tam iść jeszcze raz po raz pierwszy, to wybrałbyś trzydniowy? Lubię takie miejsca zwiedzać nie super dokładnie, ale tak w miarę. Powiedzmy, że jak przeciętny turysta jest w starożytnym mieście 2 godziny, to ja jestem 3 i pół

    Lubię to

    • Dzięki Aga, chyba wszystkie udało mi się skorygować 🙂
      Prawda, że Tiziano jest genialny? Która książka jest Twoją ulubioną?

      Myślę, że postawiłaś ważne pytanie – gdybym, podobnie jak Ty, był tylko w Bangkoku i nie miał innych planów, zdecydowałbym się na minimum 3 dni w Angkor. Po prostu rozłożyłbym to sobie na raty – różne pory dnia, różne miejsca, więcej spokojnego chodzenia. To oznaczałoby, że spędziłbym w Siem Reap 5 dni. My byliśmy 3 dni, z czego tylko jeden w Angkorze. Niestety tylko na tyle mogliśmy sobie czasowo pozwolić.

      Pozdrawiam! 🙂

      Lubię to

  6. Przeczytałem i wspomnienia wróciły. Nawet Terzani wrócił 🙂
    Byłem kilka lat temu, a wpis na ten temat wciąż czeka na doszlifowanie, bo Angkor absolutnie mnie zachwycił. Po tej świątyni nic nie jest już takie samo, to miejsce uczy pokory, ale też skłania zarówno do refleksji i radości, ze oto ludzkośc „produkuje” takie cuda!
    Magia!
    Magia pięknie opowiedziana!

    Lubię to

    • Dziękuję 🙂 Są takie miejsca, zgadzam się totalnie, gdzie nie mogę wyjść z podziwu nad tym, co ludzie potrafili robić – Mur Chiński, Taj Mahal, Angkor Wat, te miejsca są po prostu trudne do ogarnięcia!

      Lubię to

  7. Angkor Wat to jedno z miejsc, o którego odwiedzeniu marzę odkąd pamiętam. Mam nadzieję, że uda mi się to w niedalekiej przyszłości. W każdym razie, jak patrzę na Twoje wspaniałe zdjęcia, to mój travelbug już się wierci i sprawia, że zaraz zacznę sprawdzać ceny lotów do Kambodży 😛 (ach ta prokrastynacja!)

    Lubię to

    • Karolina, nie sprawdzaj lotów do Kambodży! 🙂 Są drogie. Lepiej do Bangkoku, a stamtąd już czymkolwiek – łodzią, autobusem, samolotem Air Asia, jak wolisz. I życzę zwalczenia problemu prokrastynacji! 🙂

      Lubię to

      • Na razie muszę sobie kupić bilet do Chin 😛 A zabieram się za to, jak sójka za morze… Potem trochę Japonii, a jak mi się znudzi to w planach właśnie zaszycie się w tamtych rejonach i najedzenie się nieludzkich ilości świeżutkich owoców 😀

        Lubię to

  8. yallanatalia

    Też zawsze zachwycałam się kompleksem Angkor spowitym tajemniczym klimatem w porze deszczowej (i jest to dla mnie jeden z powodów, dla których chcę ruszyć w tamte tereny właśnie wtedy). Na podstawie tego, co zaobserwowałam w Warszawie, mogę nieśmiało stwierdzić, że mija era Nikonów (kolejne określenie, które mam ochotę od Ciebie zapożyczyć:))- w polskiej stolicy maszerują tabuny w/w narodowości z zamocowanymi na kijach, 2 metry nad sobą, GoPro, czasem zamiast tego mają umocowane na tymże kiju smartfony. Wygląda to bajecznie, ja wiem, że technika, rozwój, dobre kadry itp itd, ale i tak wygląda to przezabawnie! 🙂

    Lubię to

  9. Pingback: 2014. Rok niesamowitości | WOJAŻER

  10. Trafiłam tu przypadkiem i zostanę na dłużej 🙂
    Urzekające miejsca w końcu opisane w sposób inny niż sprawozdanie szóstoklasisty z wyjścia do kina.
    Dziękuję zatem, gratuluję lekkości pióra i życzę dalszych fantastycznych wojaży.
    Jednocześnie przepraszam za zaśmiecanie, bo to co napisałam nie ma z Angkor Wat wiele wspólnego 🙂 no ale… takie uroki Internetu – każdy pisze co myśli 🙂

    Lubię to

  11. Pingback: W kierunku Arktyki | na etacie przez świat

  12. Pingback: Jezioro Zachodnie w Hangzhou – chiński raj na ziemi | na etacie przez świat

  13. Pingback: Seks, oszustwa i turystyczne pułapki, czyli Bangkok inaczej | na etacie przez świat

  14. Pingback: Bangkok… czyli miały być zamieszki, a wyszła impreza | na etacie przez świat

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s