Azja Kambodża

Siem Reap, w krainie jednego dolara

Teraz, z perspektywy czasu, trochę żałujemy, że na Kambodżę mieliśmy tak mało czasu. Niestety układając plan wyjazdu, będąc ograniczonym ilością wolnego (którego i tak mam sporo) oraz chcąc zobaczyć trochę więcej  miejsc w regionie, trzeba było iść na kompromisy. Sporo w tej delikatnej układance Singapur – Malezja – Kambodża – Tajlandia zależało od cen biletów lotniczych. Wiedząc, że dobra organizacja czasu to podstawa przy tak niewielkiej jego ilości, polowanie na atrakcyjne bilety w jakiś sposób wpłynęło na fakt, gdzie, i jak długo byliśmy. O ile pewne ramy – tu mniej, tu więcej – zakładaliśmy z góry, o tyle dokładne daty i godziny lotów determinowały szczegółowe rozplanowanie wyjazdu. Z wszystkich biletów lotniczych ten z Malezji do Kambodży był najdroższy. Choć 300 złotych za osobę za dwugodzinny lot to wcale nie jest jakaś kosmiczna cena, inne bilety po prostu wychodziły nas taniej.

Do Kambodży polecieliśmy z jednego powodu. Powód nazywał się Angkor – największy kompleks świątynny świata. Powiedziałem, a reszta grupy od razu zaakceptowała, że nie mogę być w tym regionie i nie zobaczyć czegoś, o czym czytałem w starej, radzieckiej encyklopedii w czasach kiedy byłem dzieckiem a Związek Radziecki akurat upadał. Ponadto moją wielką chęć odwiedzenia tego pasjonującego miejsca podsyciło tylko spotkanie ze znajomą, Ewą Kraskiewicz, jedną z tych kobiet, które nie piszą bloga, nie chwalą się podróżami, po prostu jeżdżą. A potem pokazują zdjęcia na rzutniku w zaciszu swojego mieszkania. Pani Ewa miała to szczęście, że w Kambodży była jeszcze wtedy, gdy oprócz niej był tam chyba tylko Jacek Pałkiewicz. I hord Chińczyków po prostu nie było!

Do Kambodży mieliśmy stosunkowo męczącą podróż, jednak sam kraj bardzo szybką nam ją wynagrodził. Wyjechaliśmy o północy z Georgetown na malezyjskiej wyspie Penang, by po 6 godzinach jazdy (i jako takiego snu) wysiąść na głównym lotnisku Kuala Lumpur International. To nowe i bardzo przyjemne lotnisko, zastąpiło Subang, na którym wylądowaliśmy, gdy tydzień wcześniej przylecieliśmy do Malezji. Zanim wsiedliśmy na pokład samolotu Malaysia Airlines, jako wielki fan lotnisk, które stanowią dla mnie świat w pigułce, zwiedziłem je wzdłuż i wszerz, spróbowałem kulinariów (w ograniczonym rzecz jasna zakresie z racji cen – wiadomo!) po czym odleciałem żegnając Malezję i z niecierpliwością oczekując tego, co nadejdzie w Kambodży!

Przed lądowaniem w Kambodży otrzymuje się dwa dokumenty do wypełnienia – arrival & departure card oraz karta celna. Aby wjechać na terytorium tego państwa, wymagana jest wiza. Można aplikować o nią online, aczkolwiek odpuściłem sobie ten proces, gdyż chomikuję wizy i pieczątki w paszporcie. Dlatego nie mogłem odpuścić posiadania kambodżańskiej wizy. Aby tą specyficzną pamiątkę sobie zafundować, wymagane są 4 rzeczy: komplet dokumentów, 1 zdjęcie paszportowe, 20 dolarów amerykańskich w gotówce oraz… nieziemska cierpliwość. Oprócz naszego samolotu w Siem Reap wylądowało najwidoczniej w tym samym czasie kilka innych , nie wiem nawet ile. W każdym bądź razie, gdy dotarliśmy do hali przylotów, zastaliśmy tam gigantyczną kolejkę ludzi wyrabiających sobie ‚visa on arrival’. Aby ją otrzymać, z kompletem dokumentów i 20 dolarami przechodzi się od jednej osoby do drugiej, aż w końcu na końcu tego specyficznego łańcuszka ludzi, otrzymuje się swój paszport z piękną, ręcznie uzupełnioną wizą. Cały proces na terenie hali przylotów zajął nam około godziny. Kambodża stała wreszcie przed nami otworem!

Po dosyć drogim Singapurze i podobnej w cenach do Polski Malezji, przyszedł czas na niskie ceny, na tanią Azję, do której się przyzwyczaiłem w Chinach i Indiach. Choć muszę przyznać – kiedy to było!? Hotel który zarezerwowaliśmy kosztował nas bardzo niewiele, jeśli dobrze pamiętam – 60 dolarów za 3 dni. I już na samym początku zafundował nam odrobinę dobrego humoru. Otóż, jak wiadomo, była nas szóstka. Zarezerwowaliśmy sobie 3 pokoje, dla jednej pary każdy. Hotel oferował darmowy odbiór z oddalonego o 7 kilometrów lotniska, więc z opcji takiej skorzystałem i poprosiłem o odebranie nas w dniu naszego przylotu. Gdy odebraliśmy bagaże, spotkaliśmy naszego kierowcę, który w ręku trzymał kartkę z moim nazwiskiem. Jego mina, gdy zobaczył nas, skorych rozmiarów Europejczyków z równie sporymi bagażami, sugerowała, że chyba coś jest nie tak. Ruszyliśmy w stronę parkingu a tam czekała na nas… jedna riksza. My w śmiech, on w śmiech, bo taka jest też najczęstsza reakcja Kambodżan na jakikolwiek problem, cóż – pomyślałem – najwyżej pojedziemy na raty! Po chwili pojawił się jednak naprędce zgarnięty lotniskowy kierowca rikszy, który pomógł naszemu w dowiezieniu nas wszystkich na miejsce.

Z samymi Kambodżanami bywało różnie. Są to wspaniali, pełni spokoju i uśmiechu ludzie, aczkolwiek często,w sytuacjach problemowych, nie wiedzą co zrobić, czasami nie wiedzą jak się zachować. Kiedyś ktoś mi powiedział – bądź dla nich tolerancyjny, wybito im całą inteligencję, nadal brak im ogarniętych ludzi. O tym kraju trochę już wiedziałem. Jako pasjonata dyktatur, szczególnie tych komunistycznych, przeprawiałem się przez rozliczne książki o krwawej dyktaturze Czerwonych Khmerów. Nie zrozumcie mnie źle, pasjonata dyktatur w moim wydaniu oznacza, że lubię czytać o ruchach socjalistycznych i komunistycznych, szczególnie w Azji, choć wszelkich dyktatur, a tym bardziej komunizmu, szczerze nienawidzę. Zrozumienie tego miejsca jest trudne bez pewnego tła, którym jest historia dojścia do władzy i tyranii Czerwonów Khmerów. Blog historyczny to nie jest, uczeniem historii także się nie zajmuję, ale dla tych, którzy w temacie nie są zorientowani – Czerwoni Khmerzy to absolutne ekstremum wśród komunistów. Przez kilka lat ich rządzenia w latach 70 ubiegłego wieku, dokonali ludobójstwa 20-25% kraju. To tak, jakby w Polsce ktoś w ciągu 5 lat zabił 10 milionów ludzi. Oprócz wymordowania ogromnej ilości własnego społeczeństwa, Czerwoni Khmerzy praktycznie zlikwidowali jakąkolwiek inteligencję. Zabijany był każdy kto np. tylko nosił okulary. Aby zrozumieć istotę tego piekła, polecam genialną, aczkolwiek trudną książkę – Uśmiech Pol Pota (wydawnictwo czarne). Ogólnie polecam przed wyjazdem czytać jakiekolwiek książki o odwiedzanych miejscach. To bardziej kształci, niż same podróże. Bo podróże nie kształcą, wbrew powszechnej opinii, a jedynie rozszerzają percepcję i sprawiają, że zadajesz sobie więcej pytań, drążysz, sprawdzasz, lub po prostu utwierdzasz się w tym, co wcześniej przeczytałeś.

pakowanie bagaży do rikszy, lotnisko w Siem Reap
pakowanie bagaży do rikszy, lotnisko w Siem Reap

Po męczącej, i trochę długiej podróży, mieliśmy jedno założenie  – odpocząć, pochodzić po mieście, zjeść coś i zregenerować się przed całodziennym zwiedzaniem Angkor Wat, które zaplanowaliśmy na następny dzień.

Podczas naszego pobytu w Kambodży przebywaliśmy w zasadzie tylko w jednym miejscu, mieście zwanym Siem Reap. Swego czasu była to zapadła dziura, która w czasach obecnych przeżywa ogromny boom związany z niesamowitym ruchem turystycznym. Jest to baza wypadowa dla wszystkich, którzy przyjeżdżają zobaczyć to cudo, jakim jest Angkor. Dziś o Angkorze opowiadać nie będę, gdyż chcę poświęcić mu osobny post. Jest to bowiem miejsce, które zdecydowanie na to zasługuje.

Siem Reap… kraina jednego dolara. Może czasami dwóch, jeszcze czasem pięciu, bywało też, że i więcej. W każdym bądź razie Kambodża to kraina dolara. Walutą używaną do płacenia za dosłownie wszystko jest amerykański dolar. I przyznam, czułem się z tym dziwnie, bo z plikiem zielonych, których nie wymieniam w kantorze na walutę lokalną, do tej pory podróżowałem tylko do USA. Teoretycznie można płacić lokalną walutą – kambodżańskim rielami – jednak nikt tego nie robi. Riele pełnią taką rolę, jaką w USA spełniają monety – są drobniakami używanymi do wydawania reszty. Dlatego, jeśli coś kosztuję 1,5 dolara, podajesz 2 dolary, a otrzymujesz 2000 rieli, czyli 50 centów. Tym sposobem uzbierałem sobie trochę ichniejszej waluty na pamiątkę.

Co ważne, 1 dolar najbardziej dobitnie obrazuje to, jak wiele ten kraj ma jeszcze do zrobienia. Prawie 1/3 ludności kraju żyje za 1 dolara na dzień! 3 złote na dzień..

prawie wszystko za 1 dolara
prawie wszystko za 1 dolara

Zastanawiacie się co, z punktu widzenia turysty, można kupić za 1 dolara?

(zakładając, że ktoś Cię nie wykiwa i nie policzy 2-3 razy więcej, czytaj: opłata za białą twarz)

  1. dwie szklanki piwa Angkor w czasie happy hours lub 1 piwo Angkor poza
  2. nadziewaną żeń szeniem grillowaną żabę
  3. szaliczek
  4. trzy smażone tarantule (w teorii, bo ja za takową zapłaciłem 1,5 dolara za sztukę)
  5. dwadzieścia minut pedicure w wykonaniu głodnych ryb
  6. cztery litry wody
  7. T-shirt (kiepskiej jakości – dopłać pół dolara za lepszą)
  8. puszka coca-coli
  9. kilogram prania
  10. rower na cały dzień
  11. krótka przejażdżka rikszą, odrobinę dłuższa z większości miejsc w mieście, 2 dolary
  12. 10 minut rozmowy telefonicznej do USA, jeśli masz tam teściów
  13. kartka pocztowa do Europy, ale z tego co wiem, jesteśmy z Magdaleną ostatnimi, którzy to robią..
  14. łapówka dla policji, jeśli dobrze negocjujesz! Np. za jazdę z zapalonymi światłami podczas dnia, co w Kambodży jest zabronione

Jak w wielu krajach tego regionu, za tą samą rzecz można raz zapłacić dolara, raz dwa, czasami trzy. Bardzo często ceny podawane obcokrajowcom są w dużej mierze zawyżone i należy się targować, jednak warto przy tym pamiętać, czym dla nas jest 1 dolar, a czym jest 1 dolar dla mieszkańca Kambodży. Przynajmniej tej części społeczeństwa, która właśnie za jednego dolara dziennie żyje, bo przeżyć musi. O targowaniu się w podróży zapewne opowiem w osobnej historii, ale Azja Południowo-Wschodnia nauczyła mnie jednego. Naprawdę, jeśli chodzi o pare śmiesznych groszy czy złociszy, odpuść sobie. Nie umrzesz przez to z głodu ani nic Twojej dumie się nie stanie! No chyba, że jesteś ekstremalnym backpackerem…

No dobra, a jakie jest to Siem Reap i co w nim można robić oprócz oczywistej rzeczy, jaką jest zwiedzania Angkoru?

Siem Reap było kiedyś wioską. Obecnie jest największym obszarem toczących się prac inwestycyjnych w Kambodży. Wokół tej spokojnej kiedyś mieściny rośnie wielki park dla turystów i wszystko wydaje się być turystom właśnie podporządkowane. Wszędzie jest masa kurzu, drogi pokryte są pyłem, piaskiem i kurzem wszelkiej maści, który dosłownie zatyka nozdrza. Żadna to tragedia, choć gdy przyjeżdżasz z raczej czystej Malezji, doznajesz tego chwilowego szoku i myślisz – tak, to jest ta Azja, którą sobie wyobraziłem!

W samym mieście, w mojej opinii, za wiele do zwiedzania nie ma. Za to jest wiele do robienia. Przede wszystkim można sobie po prostu pospacerować, poobserwować ludzi, poznać kogoś, z kimś porozmawiać. W podróży nie chodzi bowiem tylko o zwiedzanie zabytków, fotografowanie ich, czytanie przewodników. Czasami po prostu warto nic nie robić, tylko iść przed siebie, patrzeć i słuchać.

Jeśli nie lubisz spacerować, albo zmęczenie zaczęło brać górę nad nogami, zawsze można skorzystać z tuk tuka! Tuk tuk to po prostu motoriksza, której nazwa bierze się od charakterystycznego dźwięku, który wydaje podczas jazdy. Internety mówią, że wszędzie w obrębie głównego miasta można dojechać za 1 dolara, ale w praktyce mowa tutaj raczej o dolarach dwóch, choć na początek wołają sobie 3,4 a nawet 5! Riksza mieści max 3 osoby i cena nie zmienia się w zależności od tego, ile jedzie. Owszem, można się ciągle negocjować i osiągnąć w końcu tego reklamowanego 1 dolara za przejazd, ale po 10 rikszach i 10 rozmowach czy da się za 1 dolara, po prostu odpuścisz. Bo jeśli chcesz brać rikszę, to znaczy, że musisz, w przeciwnym przypadku przecież byś się przeszedł!

SPA / FISH SPA / BODY SPA

Tak, Kambodża była dla nas idealnym przystankiem i czasem odpoczynku po intensywnych dniach w Malezji. Dwie rzeczy wspominam bardzo dobrze. Pierwsza to foot massage, czyli po prostu masaż stóp. Idziesz sobie wieczorem pomiędzy sklepami, kramami, street foodem, męczysz się niemiłosiernie, więc pragniesz zafundować sobie odrobinę relaksu. Miejsc, które spełnią Twoje marzenie jest przeogromna ilość. I kosztują tyle, że na masaże mógłbyś chodzić codziennie. Jednego wieczoru siedzieliśmy wszyscy na fotelach na zewnątrz, patrzyliśmy się w gwiazdy, a nasze stopy masowane były przed doświadczone masażystki. Cały zabieg zawiera także czyszczenie stóp mokrym ręcznikiem i olejki. Aura jest błoga, jest miło, nie ma na co narzekać. Za 1-2 dolary masz 15-30 minut masaży stóp. Masaże całego ciała są niewiele droższe, ale tego akurat nie próbowaliśmy. Warto po takim zabiegu dać napiwek dziewczynie, która go robi, gdyż jeśli policzysz sobie, że np. za 30 minut masaży jej szef pobierze od Ciebie 2 dolary, to jak myślisz, ile z tego pójdzie do jej kieszeni? Czy dodatkowy dolar zrujnuje Ci portfel?

Czymś, co bardzo nas bawiło, właściwie nieraz doprowadzało do łez, było fish spa, czyli słynne wiecznie głodne rybki zjadające stary naskórek. Zabieg taki w Siem Reap z reguły kosztuje 2 dolary za pół godziny, ale w cenie jest piwo lub inny zimny napój. Przeliczcie sobie na złotówki… 6 złotych za piwo i półgodzinny zabieg z rybkami. Gdy po raz pierwszy chciałem spróbować kiedyś tego zabawnego spa, a było to w Pradze, usłyszałem, że cena to 100 złotych za 15 minut. Jest różnica, prawda?

ROWEREM PRZEZ MIASTO

Dzień po zwiedzaniu Angkor Wat, ja i Michał, zapaleni kolarze, stwierdziliśmy, że koniecznie musimy się przejechać na rowerze. Wiadomo, w Polsce zima, więc nasze mięśnie nie były tak mocno eksploatowane jak w sezonie letnim. Za jednego dolara każdy wypożyczyliśmy po rowerze, oczywiście nie jakimś 7-kilowym treku na cienkich oponach, i ruszyliśmy przed siebie. Wyjechaliśmy rano, i jak się potem okazało, zrobiliśmy bardzo dobrą rzecz, ponieważ kiedy słońce pokazało się w pełni, okazało się, że chyba do takich warunków się nie przyzwyczailiśmy.  Ktoś mógłby powiedzieć – wariaci, jeżdżą na rowerach w tym chaosie. A ja powiedziałbym – jacy wariaci? Przecież rower to podstawa komunikacji w Azji! Może się wydawać, szczególnie tym, którzy przyjeżdżają po raz pierwszy, że na ulicach panuje potworny bałagan, jednak ta cała fala pojazdów, niczym fala powodziowa, po prostu przewala się przez miasto i zgarnia każdy element włączający się do ruchu w taki sposób, iż staje się on naturalną jego częścią składową. Nic w tym groźnego!

Zrobiliśmy sobie kilkanaście spokojnych kilometrów po mieście na naszych starych, wysłużonych gratach. Przejechaliśmy się w stronę Angkoru, a także odwiedziliśmy świątynię Wat Bo, chyba jedyną wartą uwagi w Siem Reap.

z Michałem na rowerach przy świątyni Wat Bo
z Michałem na rowerach przy świątyni Wat Bo
jakbym to ja był na tamtym rowerze, na którym siedzi Michał, to byłoby to moje ulubione zdjęcie mnie na rowerze! Tutaj: z Michałem w stronę Angkor Wat
jakbym to ja był na tamtym rowerze, na którym siedzi Michał, to byłoby to moje ulubione zdjęcie mnie na rowerze! Tutaj: z Michałem w stronę Angkor Wat

STREET FOOD

Tak, warto wyjść na miasto i po prostu chodzi i jeść. Kambodżańska kuchnia, taka najbardziej krakowa, khmerska, akurat najbardziej smakowała mi w najdroższym miejscu, w którym jedliśmy. Cóż, popełniliśmy podstawowy błąd, i w sumie był to jedyny tak zwany „rip off”, który się nam przytrafił podczas całego wyjazdu. Otóż wychodząc z hotelu poprosiliśmy naszego riksiarza, aby zabrał nas do dobrej kambodżańskiej restauracji. Po pierwsze, powinniśmy powiedzieć że chcemy „cheap” (tanie), „cambodian” (kambodżańskie) „food” (jedzenie) zamiast ‚dobra kambodżańska restauracja’. Tak więc zabrał nas kierowca do miejsca, które uznał za dobre, a które na pewno coś mu potem odpaliło), i zostawił nas tam głodnych i nie myślących pragmatycznie. Otwieramy tam menu, hmmm, dosyć drogo jak na Kambodżę, prawda? Głód jednak dosyć solidny nam doskwierał, pierwszy dzień w mieście, no dobra – myślimy – coś zamawiamy. Każdy wziął zestaw, tak zwane set menu, bo kalkulował się najbardziej. Koniec końców, jedzenie było naprawdę smaczne, choć jego cena, rzekłbym, jak na Azję po prostu kosmiczna. Nie chodzi o to, że nas oszukano i że zapłaciliśmy jakieś ogromne pieniądze, bardziej o to, że po prostu wiedzieliśmy, że płacimy za dużo, zdecydowanie za dużo, i nie czuliśmy się z tym komfortowo.

Po tej jednej historii, cieszyliśmy się już urokami lokalnego jedzenia – street food rządził. Ja najbardziej pamiętam wszelkiego rodzaju insekty – smażone pająki (tarantula), karaluchy, koniki polne, potem grillowane węże oraz inne tego typy przysmaki. Pająk był całkiem ok, w zasadzie jego nóżki, odwłok był zaś, jak by to ująć, odrobinę gówniany. W zasadzie jedyną rzeczą, do której kompletnie nie mogłem się przekonać, było zjedzenie płodu kurczaka, czyli po prostu małego kurczaczka, który się jeszcze nie narodził (!)

Najwięcej opcji kulinarnych znajdziecie na, i w okolicach, słynnej Pub Street. Wieczorami i nocą jest tam cały świat, zabawa trwa, a zapachy drażnią nozdrza! Rzeczą, która najbardziej zakodowała się w mojej głowie swoim smakiem i zapachem, były przepyszne naleśniki z syropem klonowym i bananem. Mmmm!

Pomimo kilku fajnych smaków, które spróbowałem w Kambodży, nie powiem, że ich kuchnia jakoś specjalnie mnie powaliła. Za dużo jadłem w Chinach i za wiele razy wykrzywiało mi twarz jedzenie Hinduskie, żebym mógł polubić to, co próbowałem w Kambodży. Po prostu brakowało mi ulubionych przypraw i tej niesamowitej mocy, tej ostrości, która sprawiała, że zastanawiałem się, czy przeżyję.

Ostatniego dnia w Siem Reap naprawdę zachciało mi się czegoś zachodniego. Ot, po prostu, każdy kiedyś tak ma i nie ma sobie co umniejszać, jeśli któregoś dnia w podróży po choćby nie wiem jak cudownym kulinarnie kraju, zachce Ci się wiejskiej i chleba!

Tego dnia zrobiła mi się ochota na burgera (bo trochę ich się narobiło w Krakowie, więc człowiek zatęsknił) i jakiś pyszny deser. Wszystkie moje marzenia spełniła Cafe Central, tuż obok Siem Reap Old Market. Jak na kambodżańskie warunki miejsce to najtańsze nie jest, ale po tym, jak wygląda, jak pachnie kawą, i jak zachowują się kelnerki, przynajmniej wiesz, na co się piszesz. Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że za 30 dolarów para zjadła rewelacyjny burger z frytkami, makaron z kozim serem i sałatką, desery, dwie kawy i drinki. Tragedia? Nie, ale na pewno ktoś się znajdzie, kto stwierdzi, że na Kambodżę to jest istny majątek. Cafe Central było świetnym miejscem na najzwyklejszy relaks przy dobrym, zachodnim jedzeniu i pysznej kawie z widokiem na miasto i gwarny tłum.

ZAKUPY

W Kambodży trzeba uważać. Bo fakt, że dolarami płaci się za wszystko, sprawia, że pewne rzeczy są tanie, ale pewne mogą być droższe. Użyj swojego doświadczenia i oblicz sobie, co Ci odpowiada. Dla mnie papierosy to prosty przykład. W Singapurze były potwornie drogie. W Malezji tylko trochę tańsze niż w Polsce, za to o wiele smaczniejsze niż te w Kambodży, które były o wiele tańsze niż Polsce ( 1$ ), ale średniej jakości. Tak jest też trochę z zakupami. Znajdziesz wiele rzeczy, które są tańsze niż w Polsce, ale ich jakość jest dosyć przeciętna. Całe miasto jest dosłownie zalane przez chiński, tani szajs, ale jak zagłębisz się w różne jego zakamarki, poszukasz, poszperasz, to znajdziesz co chcesz. Mi zajęło to dużo, bardzo dużo czasu, ale udało mi się w pewnym sklepie z Antykami prowadzonym przez Francuza, który lata temu przybył do Kambodży, upolować stare khmerskie narzędzie do pisania, wyrzeźbione w drewnie z ostrą końcówką. Narzędziem tym ryje się literki w specjalnych zeszytach z kartkami stworzonymi z ususzonych liści palmowych. Zależy co kto lubi, każdy znajdzie coś dla siebie. Od tanich pamiątek po dzieła sztuki.

O Kambodży więcej wypowiadać się nie będę, gdyż chyba po tak krótkim czasie, za bardzo nie mam moralnego prawa, by to robić. A tak na serio, jeśli kiedyś wrócę do tego regionu świata, z chęcią zawitam do Kambodży na dłużej. Choćby po to, by zrozumieć bardziej istotę czasów Czerwonych Khmerów, by pojąć, co z tym narodem zrobiono w tym czasie, by zrozumieć ich problemu i potrzeby. I może wtedy o Kambodży napiszę więcej.

Za to już niebawem zaproszę Was do jeszcze jednego postu z tego kraju, a w nim spełnienie mojego odwiecznego marzenia, jednego tych typu „Chiński Mur, Taj Mahal, Piramidy i tak dalej”, czyli Angkor Wat – miejsce, dla którego przylecieliśmy do Kambodży!

PS: zdjęcie główne posta pochodzi z zasobów jednego z współtowarzyszy podróży a także mojego kompana w kolarstwie – Michała Hejduka. Blog: Mick&BIke

6 comments on “Siem Reap, w krainie jednego dolara

  1. hmm.. Całość bardzo interesująca. Ta wiedza na pewno mi się przyda. Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

  2. Pingback: 2014. Rok niesamowitości | WOJAŻER

  3. Pingback: O dwóch takich co zdobyli Kocierz w dniu finału Tour de Pologne. | na etacie przez świat

  4. Pingback: Jezioro Zachodnie w Hangzhou – chiński raj na ziemi | na etacie przez świat

  5. Pingback: Co się robi w Raju? czyli Tajlandia Południowa | na etacie przez świat

  6. Pingback: Bangkok… czyli miały być zamieszki, a wyszła impreza | na etacie przez świat

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s