Europa Portugalia

Lizbona. Miasto, które zabrzmiało wzruszającym fado i wielką miłością

Stolica Portugalii to moje ulubione miejsce w Europie, które przemawia do każdego zmysłu człowieka.

Lizbona. Miasto, które pokochałem od pierwszego wejrzenia. Tak samo, jak pokochałem kobietę, z którą dotarłem do tego miejsca po raz pierwszy, w rocznicę naszego ślubu.

To te pierwsze sekundy, ulotne chwile, krótkie spojrzenia i uśmiechy, woń powietrza w tym momencie, gdy zakochujemy się bez umiaru, to one wracają potem i otulają wspomnieniami, o których trudno zapomnieć. Zamykam oczy w chwili wszechogarniającej pustki, w momencie samotności, gdy czerwień wina przepływa przez przełyk i widzę te migawki powracające niczym szybkie ujęcia w świetle reflektorów. Akt pierwszy: Ona, wchodząca do miejsca, gdzie ją poznałem. Akt kolejny: ona, stolica, do której docieramy już wspólnie, wciąż jeszcze zakochani, spacerujący za rękę, młodzi i pewni drogi przez nas obranej. I pojawia się wszystko, co oferuje nam miasto białych domów i czerwonych dachów: smak nieziemskich dań, woń oceanu, smak wina z doliny Douro, piękno powolnego życia. I nagle w niewielkim, zupełnie małym i oddalonym od wszelkich turystycznych atrakcji, lokalu, zabrzmiało coś, co rozdarło nasze dusze.

O poranku porto straciło już swój smak doliny Douro, a kolor jego schował się za barwnymi abstrakcjami ściennymi. Obrazy odsłaniały swoje tajemnice i na nowo kusiły niezrozumiałymi interpretacjami. Żółty ser nadziany na wykałaczkę pożółkł jak kartka przedwojennego zeszytu, gdy na miseczkach po sałatce owocowej usiadła pierwsza mucha zbudzona nowym lśnieniem. Jeszcze niedopałki tytoniowe gdzieniegdzie pozostawione,  dymiąc przypominały odchodzące w niepamięć chwile rozkoszne. Noc odchodziła już w cień i chowała się w ostatnich nieoświetlonych szczelinach, gdy słońce zaczęło powoli wkradać się do mieszkania. Drewno jak zawsze o tej porze wydawało się skrzypieć bardziej niż zwykle, a kurz jakby szybciej począł się unosić i opadać, unosić i opadać.

Lizbona ponownie budziła się do życia, dla nas, tak intymnie, jakbyśmy sami pozostali w mieście na krańcu Europy.

Miniona noc zabrała nas do krainy, o jakiej jeszcze nie śniliśmy w swojej krótkie, młodzieńczej perspektywie. Eduardo, nasz portugalski przyjaciel, powoli spacerował po ulicach Bairro Alto, aby w końcu dotrzeć do swojego niewielkiego mieszkania położonego na szczycie góry i szczycie kamienicy. Wdrapywaliśmy się po stromych i ciasnych schodach lizbońskiej kamienicy do miejsca, w którym spędził lata swojego dzieciństwa podzielone między Maderę, Lizbonę i Australię. Życie rzucało go w najdalsze zakątki świata, ale wspomnienia coraz intensywniej powracały do tej dzielnicy Lizbony, gdzie tak on, jak i jego urocza mama, w weekendowe wieczory, wsłuchiwali się w melancholijne dźwięki muzyki, od lat śpiewanej przez tą samą kobietę i tych samych mężczyzn, w ich małym dzielnicowym lokalu z fado, z dala od turystycznych traktów, w ukryciu stromej i ciasnej, lizbońskiej uliczki.

Tej nocy, tuż po wizycie w niewielkim mieszkaniu w centrum stolicy, które z dnia na dzień miało się wynająć zanim oni ponownie odlecą do Australii, ruszyliśmy w trójkę do hotelu, gdzie czekała na nas Agostinia, mama Eduardo, z którą mieliśmy udać się na najpiękniejszą i najbardziej wzruszającą kolację ze wszystkich, które odbyliśmy w Portugalii, tej wyspiarskiej, czy kontynentalnej.

Nie pytajcie mnie o nazwę tego miejsca. Nie pamiętam. To jeden z największych grzechów podróżniczych, które popełniłem, gdy schodziliśmy jedną, drugą, trzecią, wieloma ulicami lizbońskiego Bairro Alto. Nie zapisawszy nazwy być może pozostawiłem to miejsce w świętym spokoju, być może nadal siedzą tam w większości lokalni mieszkańcy, którym turyści odebrali Alfamę. Być może. Miejsce było niewielkie i niezwykle skromne, z pysznym jedzeniem, pięknym zapachem dobywającym się z kuchni i wykwintnym, acz normalnym winem. Usieliśmy w czwórkę przy stoliku, z którego roztaczał się idealny widok na ścianę, przy której od dziesięcioleci swoje fado śpiewała trójka przyjaciół, z których jeden z nich był niewidomy. Przejmująca cisza panowała w lokalu na chwilę przed tym, gdy weszło pierwsze jedzenie, lecz Agostinia (której historię przeczytacie tutaj), pomimo swojego wieku i problemów zdrowotnych, zdawała się rozpoznawać miejsce, do którego zachodziła tak wiele razy.

Nagle, w całym lokalu, z całą siłą, rozległo się fado, a portugalskie Saudade, rozdarło nasze serce i doprowadziło do łez, gdy Agostinia, w całej swej starczej demencji, zaczęła nucić słowa muzyki wraz z główną śpiewaczką, tą samą, która w tym samym miejscu, śpiewa od kilkudziesięciu lat.

Ta chwila, ten moment, który zapamiętaliśmy na całe życie i ta sekunda, w której zadłużyliśmy się w Portugalii po uszy, wyglądała mniej więcej tak:

 

Fado – muzyka portugalskiej duszy

Muzyka Fado, melancholijna niczym cała Portugalia pogrążona w zabetonowanym momencie ekonomicznej stagnacji, przeżywa swój renesans. Korzenie tej muzyki sięgają do mieszanki wpływów arabskich oraz hiszpańskiego flamenco, zaś swój szczytowy rozwój przeżywała dwieście lat temu, gdy rozbrzmiewała wszędzie na brukowanych ulicach Lizbony.

Samo fado znaczy po prostu los czy też przeznaczenie. Muzyka ta pochodzi z biednych, portowych miast Portugalii, zaś w stolicy rozwijała się przede wszystkim w dzielnicach Alfama i Mouraria. Niektórzy żartują, iż Portugalczycy wynaleźli fado, ponieważ mają tysiące powodów do narzekania. Pomimo swoistego narzekania, oraz często, mimo niezrozumienia słów, gdyż nie wszyscy mówią i rozumieją język portugalski, fado przemawia do każdego za pomocą niesamowitej dawki emocjonalnej. Fado najczęściej traktuje o miłości, czasami o tej niespełnionej lub nawet tragicznej, często zaś o tęsknocie za dawnymi czasami, a czasami o zwykłych, przyziemnych tematach, jak codziennie życie czy ludzie, których spotykamy w swoim życiu.

Amalia Rodrigues, jedna z najbardziej utalentowanych i rozpoznawalnych piosenkarek tego gatunku muzyki, która zmarła w 1999 roku powiadała: z jednej strony mieliśmy Hiszpanów z ich mieczami, z drugiej zaś strony ocean pełen niewiadomych i strachu. Kiedy ludzie wyruszali statkami w świat, my czekaliśmy i cierpieliśmy. Tak powstało fado. 

Przebywając w Lizbonie, czy też chcąc poznać odrobinę Portugalię, nie da się tego zrobić bez chwili poświęconej tej muzyce. Współcześnie absolutnym centrum wieczorów z melancholijną, portugalską muzyką, jest Alfama, jednak wiele przybytków znajdziecie także we wspomnianym Bairro Alto.

Fado (w Lizbonie) praktycznie

Współcześnie fado to nie tylko część codziennego życia Portugalczyków, ale także dosyć ważny element turystycznej układanki w Lizbonie. Czegoś tak pięknego i poruszającego nie można przegapić podczas odwiedzania stolicy oraz innych miast Portugalii. Fado znajdziecie najczęściej w małych, klimatycznych knajpkach, w których koncerty połączone są z kolacjami, bądź winem z przekąskami. Ogólnie przyjętą zasadą jest, iż podczas występu fadisty, nie należy prowadzić rozmów oraz przeszkadzać. Jest to chwila na skupienie się na na muzyce. Występy z reguły maja długość od 15 do 30 minut, w międzyczasie odbywa się zaś normalna kolacja. Występy mają miejsce najczęściej między godziną dwudziestą a północą.

Przykładowe miejsca, gdzie możecie zapoznać się z muzyką Fado, to:

Clube do Fado in Alfama, który ma opinię miejsca z najlepszymi występami fado w Portugalii.

The Fado Museum, miejsce, w którym dowiecie się wszystkiego o muzyce.

Sr. Fado de Alfama, miejsce z niesamowitą kuchnią i winem, no i oczywiście z… fado!

 

A jakie jest Twoje najpiękniejsze wspomnienie z Lizboną? 

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

20 comments on “Lizbona. Miasto, które zabrzmiało wzruszającym fado i wielką miłością

  1. Pingback: Kiedy tracisz świat z pola widzenia. Trudna lekcja pokory – wojażer

  2. Dwa miesiące temu byłam w ukochanej Lizbonie….. Jestem w niej zakochana latem, jesienią i zimą, a w świątecznej odsłonie jest magiczna!!! Cudnie jest przysiąść w małej kawiarence z pyszną kawą, słuchać fado i czuć na twarzy powiew wiatru… Zawsze wyobrażam sobie, że to zapach Afryki…. Już za Nią tęsknię!!!
    Dziękuję za piękny opis i film.

    Lubię

  3. Lokal nazywa się Canto do Camões przy Travessa Espera 38, gdybyś chciał tam wrócić.

    Liked by 1 osoba

  4. Uwielbiam słuchac fado. Jedno z moich marzeń to usłyszeć e na żywo – wciąż na liście. Może w tym roku się uda 🙂

    Lubię

  5. Jedno z niewielu miejsc w Europie, za którym tęskni moje serce… Tęskni, choć jeszcze go nie widziało!

    Liked by 1 osoba

  6. Tak fajnie mi się czytało, że aż zatesknilam…za sobą w tamtych portugalskich rozdaniach 😉 Cała Porugalia ma w sobie magię…to kraj mocno oddzialywujacy na wszystkie zmysły. Idealnie nadaje się dla zakochanych, marzycieli, artystów…chyba polecę jednak do Brazylii TAPem przez Lisbone i wtedy odwiedzę te miejsca fado, które polecasz 🙂 Dzięki!

    Liked by 1 osoba

  7. Dziękuję za przeniesienie na krótką chwilę do Lizbony. Miasta, z którym wiążę tkliwe wspomnienia.

    Liked by 1 osoba

  8. A wiesz, że na te stare tramwaje na Alfamie można wskoczyć i jechać na zewnątrz?;)

    Liked by 1 osoba

  9. Ale piękny widok! Marzenie!
    A fado, to moje klimaty muzyczne.

    Kiedyś chciałam mieszkać w Portugalii, dopóki nie poznałam Fernando, który uświadomił mnie, że tam wieje 😉

    Liked by 1 osoba

    • Haha, też nienawidzę wiatru, szczególnie połączonego z wiatrem. Wszystko to występuje w tym miejscu Portugalii, gdzie właśnie chciałbym kiedyś zamieszkać, czyli na Azorach 🙂

      Lubię

  10. Lizbona, jedno z piękniejszych miejsc w Europie. I te tramwaje… ♥ ♥

    Liked by 1 osoba

  11. Zgrabnie spisana historia pewnej emocji. Muzyczne kompendium wiedzy to zdecydowanie Muzyka moich ulic, człowieka, który Lizboną mnie zaraził 5 lat temu, Marcina Kydryńskiego. Miałem niedawno przyjemność brać udział w wykładzie o muzyce fado, który prowadziła tłumaczka biografii Amalii Rodriquez na język polski, wykładowczyni UAM w Poznaniu. Perpcepcja fado została nadwątlona. Romantyczne tłumaczenia Amalii zastąpiły twarde fakty prowadzące fado z burdeli na salony. Intrygujący temat, który zgłębię.
    Film wysokiej próby, przyznaje bez bicia, ze nie widziałem wcześniej. Co od razu odurza to publiczność: śmietanka fadistów: wielki Carlos do Carmo schowany z tylu, piękna Carminho, utalentowani bracia Camane i Pedro Moutinho i inni. Marcin, Lisboa espera por Ti, Lizbona czeka na Ciebie, pewnego dnia spotkamy się tam na fado, a rano pójdziemy na kawę i papierosa.

    Lubię

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s