Esej o funkcji osobowości i teorii self
Na konferencjach najłatwiej zobaczyć, jak człowiek stwarza się słowami. Wstajesz, masz piętnaście sekund i jedno zdanie, którym tłumaczysz obcym, kim jesteś. Przez lata cyzelowałem to zdanie jak wizytówkę. Rok 2010: jestem krakowskim hotelarzem i specjalistą od lokalnej turystyki. Rok 2016: specjalistą z prawie dziesięcioletnim stażem w hospitality i podróżnikiem. Rok 2020: specjalistą zarządzania w sektorze tech and travel. Rok 2023: zarządzam zróżnicowanymi strukturami na przestrzeni różnych branż. Z każdą wersją brzmiałem poważniej i jednocześnie mówiłem mniej. Na początku był jeszcze hotel, było konkretne miejsce, którego można dotknąć. Na końcu zostały „zróżnicowane struktury”, czyli właściwie nic, w co dałoby się wbić paznokieć.
Długo brałem to za dowód rozwoju. Dziś wiem, że budowałem coś, co psychoterapia Gestalt opisała dokładnie i bez sentymentu. Perls, Hefferline i Goodman w fundamentalnej pracy z 1951 roku nazwali to funkcją osobowości i określili wprost jako werbalną replikę self. To zbiór założeń o tym, kim jestem, system zdań trzymanych pod ręką, żeby na pytanie „kim jesteś” nigdy nie odpowiedzieć milczeniem. Replika bywa potrzebna. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynamy ją mylić z sobą.
Bo w teorii self, na której stoi Gestalt, „ja” nie jest rzeczą ani strukturą, którą można raz opisać i odhaczyć. Jest procesem. Dzieje się na granicy kontaktu, w spotkaniu organizmu ze środowiskiem, tu i teraz. Self to raczej czasownik niż rzeczownik. A werbalna replika jest jego fotografią: użyteczną, ale nieruchomą. Im dłużej się jej trzymasz, tym bardziej zasłania to, co naprawdę dzieje się w tobie w danej sekundzie.
Każda z moich etykiet była kiedyś tak zwanym twórczym przystosowaniem, najlepszym, jakie miałem pod ręką. Hotelarz pomagał przetrwać poranek, w którym nie wiedziałem, jak zacząć. Dyrektor pozwalał wejść na salę i zarządzać. Ale Gestalt pokazuje, jak twórcze przystosowanie z czasem twardnieje w sztywny wzorzec, który odgrywamy nawet wtedy, gdy sytuacja dawno się zmieniła. Perls opisał to jako warstwy nerwicy. Najpierw warstwa banału i odgrywanych ról, potem impas, czyli punkt, w którym zatrzymujemy się przed krawędzią, bo boimy się porzucić prefabrykowane idee na własny temat, a pod nimi nie widzimy żadnego dna.
Mój impas nie przyszedł w gabinecie. Przyszedł w pracy. Zacząłem łapać się na tym, że doradzam firmom z poziomu własnej repliki, a nie z poziomu tego, co mam przed sobą. Wchodziłem do organizacji już wiedząc, co powiem, zanim cokolwiek zobaczyłem. Reagowałem sprawnie, bezbłędnie i bez kontaktu z chwilą. To, co brałem za doświadczenie, było utrwaloną przewidywalnością. Działałem jak automat odtwarzający stare nagrania, a to akurat najgorsza rzecz, jaka może spotkać kogoś, kto ma pomagać innym widzieć jasno.
I tu wchodzi pojęcie, które zmieniło sposób, w jaki pracuję. Arnold Beisser w 1970 roku sformułował paradoksalną teorię zmiany: zmiana następuje wtedy, gdy człowiek staje się tym, kim jest, a nie wtedy, gdy próbuje stać się kimś, kim nie jest. Przez dwadzieścia lat myślałem, że rozwój to ulepszanie ideału, rzeźbienie coraz wierniejszej repliki, dopisywanie lepszych ról. Tymczasem ruch zaczął się dopiero wtedy, gdy odłożyłem dłuto i zgodziłem się, że jestem procesem, a nie posągiem. To brzmi jak refleksja prywatna, ale ma bardzo praktyczne konsekwencje dla każdego, kto pracuje z ludźmi i organizacjami.
Pierwsza konsekwencja dotyczy tego, jak prowadzę mentoring i doradztwo. Nie poleruję już opowieści klienta. Nie pomagam zbudować lepszej wersji historii o sobie ani sprawniejszego pitchu, choć to często to, po co ludzie przychodzą. Pomagam zobaczyć, co jest. Pracuję z kontinuum świadomości, z tym, co dzieje się tu i teraz, w tej rozmowie, w ciele, w napięciu, które pojawia się przy konkretnym temacie. Nie diagnozuję z góry i nie wypisuję recepty. Zostaję przy tym, co niewygodne, zamiast szybko zasypywać impas rozwiązaniem, bo to właśnie z dobrze przeżytego impasu wyłania się autentyczny następny krok, a nie z gładkiej rady. Uważam na proces, nie tylko na treść. Pytam nie wyłącznie „jaki masz problem”, lecz „co się dzieje, kiedy o tym mówisz”.
Druga konsekwencja jest organizacyjna i sprowadza się do jednego rozróżnienia, o które opieram większość pracy z firmami: funkcja jest ważniejsza niż rola. Rola to etykieta, którą organizacja nadaje, żeby na papierze było wiadomo, kto za co odpowiada. To werbalna replika firmy, jej oficjalna opowieść o sobie. Funkcja to realna robota, którą system w danym momencie musi wykonać, żeby żyć. Role są statyczne, funkcje płynne. W rosnących firmach kryzys klarowności prawie zawsze bierze się stąd, że role zastygły, a funkcje dawno się przesunęły. Ludzie trzymają się tytułów, a realna potrzeba systemu jest już gdzie indziej. Mój tytuł na konferencji i schemat organizacyjny w firmie chorują na to samo: opisują stan, który był prawdą wczoraj.
Gestalt ma na taką pracę własną szkołę. Edwin Nevis przeniósł teorię kontaktu i twórczego przystosowania na grunt konsultingu organizacyjnego. W tym ujęciu nie wchodzę do firmy z gotową strukturą do wdrożenia, bo narzucona zmiana zwykle nie trzyma. Pracuję na granicy kontaktu, podnoszę świadomość systemu co do tego, co naprawdę się w nim dzieje, i wspieram jego własne przystosowanie. To paradoksalna teoria zmiany przełożona na organizację: zespół zmienia się nie wtedy, gdy każę mu być inną firmą, lecz wtedy, gdy zobaczy wyraźnie, jaką firmą już jest, łącznie z tym, co działa wbrew oficjalnej opowieści. Dlatego pierwsze, co robię, to nie reorganizacja, tylko uważne pokazanie systemowi jego rzeczywistych funkcji, często ukrytych pod rolami z prezentacji zarządu.
To samo dotyczy mnie i mojej kolejnej zmiany zawodowej. Niebawem będę psychoterapeutą, a wciąż jestem doradcą i, jak lubię dodawać, artystą. Kuszące byłoby po prostu zamienić jedną replikę na drugą, zdjąć etykietę „dyrektor” i przykleić „terapeuta”, jakby to była nowa, lepsza wersja pomnika. Gestalt pilnuje, żebym tego nie robił. Bo nie chodzi o to, żeby mieć doskonalsze zdanie o sobie. Chodzi o to, żeby móc obejść się bez tego zdania, kiedy siedzę naprzeciwko drugiego człowieka, i być tym, co dzieje się we mnie w danej chwili, a nie tym, co o sobie kiedyś napisałem.
Nie jestem hotelarzem ani dyrektorem, ani nawet doradcą, choć tak się przedstawiam, bo na konferencji jakoś trzeba. Jestem procesem, który właśnie teraz to pisze, i naprawdę nie wiem, kim będę w zdaniu następnym. Pierwszy raz od dwudziestu lat nie traktuję tego jak problem do rozwiązania, tylko jak jedyny pewny punkt oparcia, jaki mam.
Bibliografia i odniesienia
Perls, F., Hefferline, R., Goodman, P. (1951). Gestalt Therapy: Excitement and Growth in the Human Personality. Źródło teorii self jako procesu na granicy kontaktu oraz pojęcia funkcji osobowości jako „werbalnej repliki self”.
Perls, F. (1969). Gestalt Therapy Verbatim. Opis warstw nerwicy: banału, ról, impasu, warstwy implozywnej i eksplozywnej.
Perls, F. (1973). The Gestalt Approach and Eye Witness to Therapy. Późne, syntetyczne ujęcie podejścia Gestalt.
Beisser, A. (1970). „The Paradoxical Theory of Change”, w: J. Fagan, I. L. Shepherd (red.), Gestalt Therapy Now. Klasyczne sformułowanie paradoksalnej teorii zmiany.
Polster, E., Polster, M. (1973). Gestalt Therapy Integrated. Praca z kontaktem, świadomością i przerwami w kontakcie.
Zinker, J. (1977). Creative Process in Gestalt Therapy. Twórcze przystosowanie i proces wyłaniania się figury.
Yontef, G. (1993). Awareness, Dialogue and Process: Essays on Gestalt Therapy. Współczesne, dialogiczne ujęcie świadomości i procesu.
Nevis, E. C. (1987). Organizational Consulting: A Gestalt Approach. Przeniesienie teorii kontaktu i twórczego przystosowania na grunt pracy z organizacjami.

















Zostaw odpowiedź