Trzy funkcje, jedna rola. O godzeniu doradztwa, terapii i sztuki.
Z zewnątrz to wygląda na trzy różne osoby. Długo szukałem jednego zdania, które je połączy. Nie znalazłem, ale znalazłem coś bliżej prawdy.
To pytanie pada zwykle pod koniec rozmowy, kiedy część oficjalna już się skończyła i ktoś nalewa drugą kawę. Czasem brzmi grzecznie: „ciekawe połączenie”. A czasem wprost: „Marcin, ale jak ty to godzisz?”.
Bo z zewnątrz to faktycznie wygląda na trzy różne osoby. Jedna siedzi z zarządem i mówi o strukturze, marży i tym, kto naprawdę za co odpowiada. Druga uczy się przez kilka lat siedzieć naprzeciwko drugiego człowieka i nie robić nic poza byciem obecnym. Trzecia wieczorem pisze albo dłubie przy czymś, co nikomu nie jest potrzebne i nie ma żadnego uzasadnienia biznesowego, tworzy sztukę.
I przez długi czas sam próbowałem to sobie jakoś ładnie poskładać. Znaleźć jedno zdanie, które połączy wszystko w spójną opowieść. Takie zdanie, które dobrze wygląda w bio na LinkedInie.
Nie znalazłem. Ale znalazłem coś innego, co jest bliżej prawdy.
Świat, w którym się urodziłem, nie istnieje
Urodziłem się w 1985 roku. W kraju, którego już nie ma, w systemie, który cztery lata później przestał istnieć, w rodzinie, która pamiętała jeszcze zupełnie inny porządek.
Zdążyłem załapać się na kartki i na kolejki, których tak naprawdę nie pamiętam. Na telefon na korbkę u sąsiadów, którego chyba nigdy nie widziałem, i na to, że list szedł tydzień, czego autentycznie doświadczałem, choć już później, w wolnej Polsce, która odziedziczyła nieefektywności poprzedniego systemu.
Przyszedł rok 1989 i wszystko, co dorośli wokół mnie wiedzieli o świecie, przestało obowiązywać w ciągu kilkunastu miesięcy. Patrzyłem jako dziecko, jak ludzie, którzy mieli pewne życie, nagle nie mieli żadnego. Jak jedni się odnaleźli, a inni nie odnaleźli się nigdy.
Potem był modem, który piszczał przez dwie minuty, żeby otworzyć jedną stronę. Była matura i wejście do Unii w 2004 roku, i to dziwne, cielesne doświadczenie przekroczenia granicy bez zatrzymywania się. Był kryzys 2008 roku, roku, w którym wróciłem z Chin do Polski po jedynej mojej emigracji, rok kiedy okazało się, że dorosłość, do której nas przygotowywano, też jest umowna.
Był pierwszy smartfon i to, jak w ciągu paru lat przestaliśmy pamiętać, jak to jest nie być dostępnym. Były media społecznościowe, które najpierw obiecywały wspólnotę, a potem sprzedały nam samotność w lepszym opakowaniu.
Był 2020 rok i puste ulice. Był luty 2022 i wojna za granicą, którą przekraczałem wcześniej bez zastanowienia. Potem przyszła sztuczna inteligencja i zaczęła podważać sens zawodów, o których jeszcze pięć lat temu mówiliśmy, że są bezpieczne.
Czterdzieści lat. I ani jednej dekady, w której świat zostawiłby mnie w spokoju z tym, czego się właśnie nauczyłem.
Adaptacja to nie miękka kompetencja
Kiedy dzisiaj patrzę wstecz, widzę, że najcenniejsze nie było żadne z moich stanowisk. Nie hotele, nie legaltech, nie travel tech, nie Chiny, nie sceny w Londynie czy Stambule. Najcenniejsza była zdolność wchodzenia w nowy kontekst, zanim ktoś zdąży mi go wytłumaczyć.
Bo tego uczy człowieka taki rocznik. Nie uczy stabilności, bo stabilności nie było. Uczy, że wiedza ma datę ważności, a tożsamość zawodowa jest hipotezą, nie faktem. Uczy czytania sytuacji szybciej niż instrukcji.
I dopiero z tej perspektywy te moje trzy głowy zaczynają się układać. Nie jako trzy zawody. Jako trzy sposoby robienia w gruncie rzeczy tej samej rzeczy.
- Doradztwo
- Coś przestało działać i trzeba zdecydować, co dalej.
- Gabinet
- Człowiek przychodzi dokładnie z tym samym, tylko bez Excela.
- Sztuka
- To samo, ale bez konieczności udowodnienia, że się do czegokolwiek przyda.
Napisałem kiedyś tekst o różnicy między rolą a funkcją. Funkcja jest przypisana z zewnątrz i jest statyczna. Rola jest czymś, co sam obejmuję, i jest ruchoma.
Doradca, terapeuta, twórca to trzy funkcje. Ale rola jest jedna: być człowiekiem, który zostaje w kontakcie z rzeczywistością wtedy, kiedy ona się rozjeżdża.
Teraz część, której zwykle się nie pisze
Bo do tego miejsca to brzmi ładnie. Spójnie. Nadawałoby się na slajd. Prawda jest taka, że to jest trudne i kosztowne, i regularnie mnie to męczy.
W biznesie jestem trochę podejrzany. Kiedy mówię o dynamice relacji w zarządzie, ktoś zawsze pomyśli, że przyszedł facylitator od uczuć. W środowisku psychoterapeutycznym jestem podejrzany z drugiej strony, bo przychodzę z konsultingu, a konsulting kojarzy się z narzucaniem rozwiązań, czyli z dokładnym przeciwieństwem tego, czego uczy Gestalt. A dla świata sztuki jestem panem, który ma firmę i NIP.
Nigdzie nie jestem w pełni u siebie. To nie jest metafora, tylko konkretne uczucie, które mam kilka razy w miesiącu.
Doradztwo wymaga decyzji, tempa i odpowiedzialności za wynik. Terapia wymaga zawieszenia decyzji i wytrzymania tego, że nie wiem. Tworzenie wymaga, żebym nie miał żadnego celu.
Przejście między nimi w ciągu jednego dnia nie jest kwestią zarządzania kalendarzem. To jest kwestia zmiany oddechu.
Czasem mi się to nie udaje. Wchodzę do pracowni z głową jeszcze pełną cudzej firmy i przez godzinę psuję materiał. Albo idę na superwizję ze sobą sprzed spotkania z klientem i jestem tam za szybki, za sprawny, za bardzo gotowy pomóc. Bo pomaganie bywa najbardziej wyrafinowaną formą ucieczki od kontaktu.
Jest też koszt czysto ekonomiczny. Wybrałem drogę, w której szkolenie psychoterapeutyczne trwa lata i kosztuje, praktyka kliniczna nie płaci, a biznes musi to wszystko utrzymać. Świadomie zmniejszyłem skalę tego, co robię komercyjnie, żeby zrobić miejsce na coś, co przyniesie efekt dopiero za kilka lat.
To nie jest wygodne. Zwłaszcza w miesiącach, w których pytam sam siebie, czy to nie jest najdroższy sposób na ucieczkę przed etatem.
Dlaczego mimo to nie wybieram jednego
Bo próbowałem. Kilka razy w życiu skracałem się do jednej funkcji, bo tak jest czytelniej i tak łatwiej się sprzedać. Za każdym razem kończyło się to samo. Byłem skuteczny i coraz bardziej pusty w środku. Robiłem rzeczy dobrze i coraz mniej rozumiałem, po co.
Człowiek zredukowany do jednej funkcji jest bardzo wydajny do momentu, w którym świat tę funkcję unieważni.
A świat, w którym żyję od 1985 roku, unieważnia funkcje mniej więcej co dekadę. Moja wielotorowość nie jest brakiem zdecydowania. Jest tym, czego się nauczyłem, żeby przetrwać kolejne przetasowanie.
I jest jeszcze jedna rzecz, chyba najważniejsza. Sztuka i terapia nauczyły mnie czegoś, czego nie nauczyło mnie żadne stanowisko. Że nie wszystko musi do czegoś prowadzić. Że wartość nie zawsze ma miarę. Że można być z czymś, nie naprawiając tego natychmiast.
Kiedy przynoszę to do rozmowy z prezesem, który od dwóch lat nie powiedział nikomu, jak bardzo jest zmęczony, to nie jest miękkie dodanie do twardego doradztwa. To jest jedyny powód, dla którego ta rozmowa w ogóle się wydarza.
Nie mam więc jednego zdania do bio. Mam za to coś, co uważam za bardziej użyteczne: gotowość, żeby jeszcze kilka razy w życiu przestać być tym, kim właśnie jestem.
Choć przyznam, że za każdym razem boli to tak samo.

Zostaw odpowiedź