Między niedostępną przeszłością a nieodgadnioną przyszłością. O życiu tu i teraz.
Fizyka, buddyzm i psychoterapia Gestalt dochodzą do tego samego miejsca różnymi drogami. Opowiem, jak ja do niego dochodzę.
Kiedy w jasną jesienną noc patrzysz w niebo, nie widzisz gwiazd. Widzisz ich przeszłość. Światło, które właśnie trafia do twojego oka, wyruszyło w drogę dawno temu, czasem zanim ktokolwiek z nas przyszedł na świat. Część tych gwiazd być może już nie istnieje. Patrzysz na listy wysłane przez kogoś, kogo nie ma, i odbierasz je jako teraźniejszość.
Ale to nie dotyczy tylko gwiazd. Człowiek siedzący naprzeciw ciebie przy stole też jest odrobinę w przeszłości. Światło od jego twarzy potrzebuje chwili, żeby do ciebie dotrzeć, a mózg potrzebuje kolejnej, żeby z tego światła złożyć obraz. Ułamek sekundy, nic, czego dałoby się doświadczyć. Jednak w tym ułamku mieści się cała rzecz, o której chcę napisać. Nawet teraźniejszość, którą widzisz, jest już lekko spóźniona. A mimo to jest jedynym miejscem, w którym naprawdę żyjesz.
Od jakiegoś czasu noszę w sobie jedno zdanie. Wraca do mnie w różnych sytuacjach, przy rozmowach z klientami, na zajęciach w szkole psychoterapii, w nocy, kiedy głowa nie chce się wyłączyć. Brzmi tak:
Życie to po prostu bycie tu i teraz, dokładnie pomiędzy twoją niedostępną przeszłością a twoją nieodgadnioną przyszłością.
Brzmi jak sentencja z kalendarza. Wiem. Bo „tu i teraz” zostało zużyte do cna, wydrukowane na kubkach, przyklejone do reklam aplikacji do medytacji i do wyjazdów integracyjnych. Choć kiedy przyglądam się temu zdaniu dłużej, widzę, że nie ma w nim nic z pocieszenia. Jest twarde jak prawo fizyki. Bo w gruncie rzeczy nim jest.
Fizyka nie zostawia furtki
Zacznę od przeszłości, bo z nią sprawa jest najprostsza. Nie da się do niej wrócić. Nie dlatego, że nie wymyśliliśmy jeszcze odpowiedniej maszyny, tylko dlatego, że świat działa w jednym kierunku. Fizycy nazywają to strzałką czasu i wiążą ją z entropią, czyli z tym, że uporządkowane stany samoistnie przechodzą w nieuporządkowane, a nigdy odwrotnie. Rozbite jajko nie składa się z powrotem w skorupkę. Kawa stygnie, ale sama z siebie się nie podgrzewa. Mleko wlane do herbaty rozpływa się w niej i nikt nie widział, żeby kiedyś zebrało się z powrotem w strużkę.
Wszystko, co ci się kiedykolwiek przydarzyło, jest po tamtej stronie strzałki. Rozmowa, którą chciałbyś przeprowadzić inaczej. Decyzja podjęta w pośpiechu. Człowiek, któremu nie zdążyłeś czegoś powiedzieć. Możesz to wspominać, analizować, przepisywać w głowie po raz setny. Jednak w samą przeszłość nie wejdziesz. Jest niedostępna w najściślejszym, fizycznym sensie tego słowa.
Z przyszłością jest ciekawiej. Długo myślałem, że da się do niej na chwilę wskoczyć i wrócić. Okazuje się, że fizyka pozwala na połowę tego marzenia. Einstein pokazał, że czas płynie różnie w zależności od prędkości i grawitacji. Kto porusza się bardzo szybko, starzeje się wolniej niż ci, którzy zostali na miejscu. To nie jest metafora. Zegary atomowe w samolotach i na satelitach mierzą te różnice, a system GPS musi je codziennie korygować, żeby twoja nawigacja nie myliła się o kilometry.
Siergiej Krikalow, kosmonauta, który spędził na orbicie łącznie ponad dwa lata, jest dziś odrobinę młodszy, niż byłby, gdyby został na Ziemi. O ułamek sekundy. W pewnym sensie przeskoczył w przyszłość. Tylko że to bilet w jedną stronę. Do przyszłości można się przyspieszyć, ale nie ma z niej powrotu, bo powrót oznaczałby cofnięcie się w czasie, a tu znowu zamykają się drzwi strzałki. Kto wyskoczy do przodu, zostaje tam, gdzie wylądował. I tam znowu jest tylko jego teraz.
A czy przyszłość da się przynajmniej przewidzieć? W 1961 roku meteorolog Edward Lorenz puścił na komputerze symulację pogody. Chcąc zaoszczędzić czas, wpisał jedną z liczb w zaokrągleniu, do trzech miejsc po przecinku zamiast sześciu. Różnica mikroskopijna. Po kilku tygodniach symulowanej pogody wynik nie miał nic wspólnego z pierwszym przebiegiem. Tak narodziła się teoria chaosu i słynny efekt motyla: w układach złożonych drobiazg na początku zmienia wszystko na końcu. Dlatego żadna prognoza pogody nie sięga sensownie dalej niż na kilkanaście dni. I dlatego twój plan na najbliższe pięć lat jest w najlepszym razie hipotezą.
Jest jeszcze jedna rzecz, którą powinienem uczciwie dopowiedzieć. Einstein, pisząc po śmierci przyjaciela do jego rodziny, zauważył, że dla fizyka podział na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość jest tylko złudzeniem, choć wyjątkowo upartym. W jego równaniach nie ma wyróżnionego „teraz”. Ale ja nie żyję w równaniach. Żyję w ciele, które oddycha w tej chwili, i które zna tylko jedną chwilę: tę, w której akurat jest. Złudzenie czy nie, to jest jedyne miejsce, z którego mogę cokolwiek zrobić.
Buddyzm i druga strzała
Dwa i pół tysiąca lat przed Einsteinem do podobnego wniosku doszedł człowiek, który nie miał żadnych przyrządów poza własną uwagą. Budda nie zajmował się entropią. Obserwował umysł. I zobaczył, że wszystko, co istnieje, jest nietrwałe. Buddyści nazywają to anicca. Każda rzecz, każde uczucie, każdy stan przemija. Cierpienie nie bierze się z samego przemijania, tylko z tego, że kurczowo trzymamy się tego, co już przeminęło, albo gonimy za tym, co jeszcze nie nadeszło.
W jednej z wczesnych mów, znanej jako mowa o jednej szczęśliwej nocy, Budda mówi mniej więcej tak: nie ożywiaj przeszłości i nie buduj nadziei na przyszłości, bo przeszłość już została porzucona, a przyszłość jeszcze nie nadeszła. Zamiast tego patrz uważnie na to, co dzieje się teraz, tu, gdzie jesteś. Thich Nhat Hanh, wietnamski mnich, który poświęcił tej mowie całą książkę, ujmował to jeszcze prościej. Mówił, że mamy umówione spotkanie z życiem i że to spotkanie odbywa się zawsze w chwili obecnej. Jeśli nas na nim nie ma, przegapiamy je.
Najbardziej poruszyła mnie jednak przypowieść o dwóch strzałach. Kiedy człowieka trafia strzała, boli. To jest pierwsza strzała i nikt jej nie uniknie: strata, choroba, rozstanie, porażka. Ale potem człowiek sam wypuszcza w siebie drugą strzałę. Myśli: dlaczego mnie, co by było, gdybym, nigdy się z tego nie podniosę, zawsze tak jest. Druga strzała boli często mocniej niż pierwsza. I prawie zawsze leci z przeszłości albo z przyszłości.
Rozpoznajesz to? Ja bardzo dobrze. Bo przez dużą część życia byłem łucznikiem, który najcelniej strzelał w samego siebie.
Kiedy mieszkałem w przeszłości
Przez lata potrafiłem prowadzić w głowie rozmowy, które odbyły się dawno temu. Wracałem do nich wieczorami, wymyślałem lepsze odpowiedzi, celniejsze argumenty, słowa, które powinny były paść. Wygrywałem w tych rozmowach. Tylko że nikt poza mną w nich nie uczestniczył, a ja przegrywałem w tym czasie wieczór, który toczył się naprawdę.
Przeszłość ma zresztą dwie twarze i obie są równie kuszące. Jedna to rozpamiętywanie: „gdybym wtedy”. Druga to nostalgia: „wtedy było lepiej”. Ta druga jest podstępniejsza, bo wygląda jak czułość. Na tej stronie leżą setki tekstów z czasów, kiedy byłem przede wszystkim podróżnikiem. Lubię do nich czasem zajrzeć. Ale pamiętam okres, w którym zaglądałem do nich za często, bo tamta wersja mnie wydawała się ciekawsza, odważniejsza, bardziej żywa niż ta, która akurat siedziała przy biurku. Nie zauważyłem, że w ten sposób odbieram sobie szansę, żeby ta obecna wersja mogła stać się choć trochę podobna.
Życie przeszłością ma swój ciężar fizyczny. Ramiona idą w górę. Oddech robi się płytszy. Ciało ciągle przygotowuje się do starcia, które już się odbyło. Jednak głowa przekonuje, że to praca, że coś analizujemy, że wyciągamy wnioski. Czasem tak jest. Częściej po prostu kręcimy się w kółko po wydeptanej ścieżce, która nigdzie nie prowadzi, bo jej cel leży po tamtej stronie strzałki.
Kiedy chciałem rządzić przyszłością
Z drugą pułapką miałem do czynienia jeszcze bliżej, bo przez prawie dwadzieścia lat zarabiałem na niej pieniądze. Zarządzanie, strategie, prognozy, scenariusze, budżety na kolejne kwartały. Do dziś piszę dla firm plany na dwadzieścia cztery miesiące i uważam, że to ma sens. Ale nauczyłem się odróżniać planowanie od próby kontroli. Planowanie jest narzędziem. Kontrola jest lękiem przebranym za narzędzie.
Przez długi czas tej różnicy nie widziałem. Wydawało mi się, że jeśli przemyślę każdy wariant, przygotuję plan B i plan C, to nic mnie nie zaskoczy. Kładłem się spać z arkuszem w głowie. Budziłem się z myślą o tym, co może pójść źle w przyszłym tygodniu. A kiedy coś rzeczywiście szło źle, zwykle była to rzecz, której nie przewidział żaden z moich scenariuszy. Lorenz by się uśmiechnął.
Fritz Perls, jeden z twórców terapii Gestalt, miał na to bardzo krótką definicję. Lęk, mówił, to szczelina między teraz a potem. Im szerzej ją otwieramy, im dalej wybiegamy myślą do przodu, tym więcej w niej miejsca na niepokój. Bo przyszłość, w której się zamartwiamy, nie istnieje. Istnieje tylko jej wyobrażenie, a ono zawsze będzie gorsze albo lepsze od tego, co naprawdę przyjdzie. Nigdy takie samo.
Jest w tym coś paradoksalnego. Ludzie, którzy najbardziej próbują kontrolować przyszłość, najsłabiej są obecni w teraźniejszości. A to przecież jedyne miejsce, w którym przyszłość się w ogóle kształtuje. Nie da się wpłynąć na jutro inaczej niż przez to, co robię dziś. Dokładnie w tej chwili.
Terapia Gestalt powstała w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku. Stworzyli ją Fritz i Laura Perls razem z Paulem Goodmanem. Jej centrum stanowi świadomość tego, co dzieje się w danej chwili: w ciele, w emocjach, w kontakcie z drugim człowiekiem.
„Tu i teraz” nie oznacza w Gestalcie odcięcia się od przeszłości ani od planów. Oznacza, że przeszłość i przyszłość są ważne o tyle, o ile pojawiają się teraz: we wspomnieniu, które właśnie wraca, w napięciu w karku, w drżeniu głosu, kiedy mówisz o czymś, co podobno masz już za sobą. Niedokończona sprawa z przeszłości nie leży w przeszłości. Leży w tobie, dzisiaj.
Co Gestalt naprawdę rozumie przez tu i teraz
Kiedy zaczynałem szkołę psychoterapii, myślałem, że „tu i teraz” jest czymś w rodzaju techniki. Że chodzi o to, żeby się wyciszyć, skupić na oddechu, przestać myśleć o głupotach. Myliłem się. Bo w Gestalcie tu i teraz nie jest stanem, do którego trzeba dojść. Jest jedynym miejscem, w którym cokolwiek może się wydarzyć, także praca z przeszłością.
Na sesji nie pyta się „dlaczego tak się czujesz”. Pyta się raczej „co czujesz teraz, kiedy o tym mówisz” albo „co się dzieje w twoim ciele w tej chwili”. Pytanie „dlaczego” odsyła do przeszłości i otwiera drogę do niekończącej się analizy. Pytanie „jak” i „co teraz” zatrzymuje człowieka w miejscu, w którym naprawdę jest. I nagle okazuje się, że historia sprzed dwudziestu lat jest bardzo żywa, tylko nie tam, gdzie jej szukaliśmy. Siedzi w zaciśniętej szczęce. W tym, że głos cichnie przy jednym imieniu.
W Gestalcie mówi się o niedomkniętych figurach. Ludzki umysł dąży do zamykania całości: niedokończona melodia nie daje spokoju, niedomknięty okrąg sam domyka się w oku. Podobnie jest z doświadczeniami. To, co nie zostało przeżyte do końca, wypowiedziane, opłakane, wraca i domaga się zamknięcia. Nie przez ciągłe wspominanie, tylko przez przeżycie tego teraz, w bezpiecznym kontakcie z drugim człowiekiem. Przeszłości nie da się zmienić. Ale da się zmienić to, jak żyje się w nas dzisiaj.
Arnold Beisser, terapeuta Gestalt, sformułował coś, co nazwał paradoksalną teorią zmiany. Zmiana zachodzi wtedy, gdy człowiek staje się tym, kim jest, a nie wtedy, gdy próbuje stać się kimś, kim nie jest. Długo nie rozumiałem tego zdania. Dziś czytam je tak: dopóki uciekam z teraz, do tego, kim byłem, albo do tego, kim powinienem się stać, nie ma we mnie nikogo, kto mógłby się zmienić. Zmiana potrzebuje kogoś obecnego.
Przeszłości nie da się zmienić. Ale da się zmienić to, jak żyje się w nas dzisiaj.
Na czym w końcu polega życie tu i teraz
Chciałbym napisać, że nauczyłem się tak żyć. Byłoby to nieprawdą. Wciąż łapię się na rozmowach z ludźmi, których przy mnie nie ma, i na scenariuszach katastrof, które nigdy się nie wydarzą. Różnica polega na tym, że coraz częściej to zauważam. I że to zauważenie samo w sobie już jest powrotem.
Bo życie tu i teraz nie jest ekstazą ani stanem nieprzerwanego spokoju. Nie polega na tym, żeby przestać pamiętać i przestać planować. Pamiętanie dzieje się teraz. Planowanie też dzieje się teraz. Różnica jest w tym, czy wiem, że to robię, czy daję się temu porwać. Mogę usiąść nad strategią na dwa lata i być przy tym całkowicie obecny: przy liczbach, przy ludziach, przy własnej niepewności. Mogę też siedzieć nad tą samą strategią z zaciśniętym gardłem, udając przed sobą, że jeśli tylko dobrze to policzę, przyszłość się podporządkuje.
Prawdziwe tu i teraz jest zaskakująco zwyczajne. To smak kawy, zanim wystygnie, bo przecież nie podgrzeje się sama. To rozmowa, w której naprawdę słucham, zamiast czekać na swoją kolej. To moment, w którym czuję złość i pozwalam jej być, zamiast tłumaczyć ją sobie historią sprzed lat. To spacer bez słuchawek. To zauważenie, że zrobiło się ciemno. Nic z tego nie trafi na Instagram. I właśnie dlatego tak łatwo to przegapić.
Jest w tym też pewna pokora. Przyjęcie, że przeszłość jest zamknięta, a przyszłość nieznana, odbiera nam iluzję władzy. Ale oddaje coś cenniejszego. Jeśli nie mogę zmienić tego, co było, i nie mogę zagwarantować tego, co będzie, to zostaje mi pełne prawo do tej jednej chwili. Nikt mi jej nie zabierze, poza mną samym.
Wracam czasem wieczorem przed dom i patrzę w niebo. Pod Krakowem, z dala od miasta, gwiazd widać więcej. Wiem już, że patrzę na przeszłość. Że niektórych z nich może już nie być. I że nie mam pojęcia, co przyniesie jutro. Jednak stoję tu. Oddycham. Jest zimno w ręce. To wszystko, co mam, i nagle wydaje się, że to całkiem sporo.
Ciekawe, gdzie byłeś ty, czytając ten tekst. Tutaj? Czy trochę gdzie indziej?

Dodaj komentarz