Przebodźcowanie. Jak odnaleźć spokój, gdy świat nie przestaje krzyczeć
Wyobraź sobie chłopa spod Krakowa w połowie XIV wieku. Przez całe swoje życie, od urodzenia do śmierci gdzieś koło trzydziestki, usłyszy może kilkaset opowieści, zobaczy kilka jarmarków, pozna twarze paruset ludzi. Jeśli mieszka blisko kościoła, raz na jakiś czas obejrzy fresk. To właściwie cały jego strumień informacji.
Uczony z 1650 roku, człowiek uprzywilejowany, przeczyta przez pięćdziesiąt lat życia od stu do pięciuset książek i zapamięta, według dzisiejszych szacunków, mniej więcej pół do jednego gigabajta wiedzy. Tyle. Całe intelektualne życie erudyty mieściło się na jednej marnej płycie CD.
A teraz Ty. Dzisiaj. Statystyczny człowiek konsumuje około trzydziestu czterech gigabajtów informacji dziennie i przepuszcza przez głowę mniej więcej sto tysięcy słów w ciągu doby. Dziennie tyle, ile uczony sprzed czterech wieków zbierał przez całe życie – i to razy trzydzieści cztery.
Warto zatrzymać się przy pośrednich przystankach tej podróży, bo to nie internet nas w to wpakował – on tylko dolał paliwa. Rewolucja przemysłowa dała nam prasę drukowaną na skalę masową, penny papers, tanie broszury, gazety, które nagle mógł czytać każdy. To wtedy, w XIX wieku, uczeni po raz pierwszy zaczęli mówić o czymś, co dziś nazwalibyśmy uzależnieniem od newsów i przeciążeniem informacyjnym. Wszystkie pytania, które zadajemy sobie dziś o powierzchowność mediów, o natłok, o dezinformację, ktoś zadał już wtedy.
Człowiek początku lat dziewięćdziesiątych, ten sprzed smartfona, miał telewizor, radio, gazetę i telefon przykręcony do ściany. Dużo, ale skończenie. Wieczorem strumień się kończył, bo kończył się program w telewizji, a redakcja gazety szła spać.
Dzisiaj strumień nie kończy się nigdy. I to jest cała różnica.
Dlaczego to boli, choć to „tylko” informacje
Nasz mózg jest cudownym, ale i strasznie kosztownym narządem. Zżera nieproporcjonalnie dużo energii w stosunku do swojej masy i owszem, został zaprojektowany do przetwarzania danych, ale ma swoje granice. Ewolucja szykowała go na świat, w którym nagły bodziec – szelest w krzakach, cień nad głową – oznaczał realne zagrożenie. Każde powiadomienie na telefonie jest dla tej starej, gadziej części mózgu takim właśnie szelestem. Mikroalarmem. Mikrowysiłkiem.
Problem w tym, że tych szelestów mamy dziś setki dziennie. Organizm, żeby za nimi nadążyć, wypuszcza kortyzol i adrenalinę, siedzi w ciągłym stanie czuwania i po prostu nie umie przełączyć się w tryb regeneracji. Bo jak ma odpocząć ktoś, komu co chwilę coś dzwoni, wibruje, miga i domaga się uwagi.
Skutki znasz, nawet jeśli nie nazywasz ich po imieniu:
Mgła mózgowa
Stan, w którym myśli stają się gęste i wolne, a proste zadania wymagają nagle ogromnego wysiłku.
Objawy z ciała
Bezsenność, przewlekłe napięcie w karku, bóle głowy i nagłe kołatanie serca bez wyraźnej przyczyny.
Rozdrażnienie
Niecierpliwość, która wylewa się na najbliższych, choć to nie oni są źródłem tego napięcia.
Apatia i wycofanie
Układ nerwowy będący zbyt długo na najwyższych obrotach w pewnym momencie po prostu się odłącza.
Ważne rozróżnienie diagnostyczne
Chcę tu postawić jedno zastrzeżenie, bo pracuję z ludźmi i widzę, jak łatwo o pomyłkę. Przebodźcowanie potrafi maskować rzeczy poważniejsze. Bywa, że pod tym, co bierzemy za zwykłe zmęczenie światem, kryje się depresja, ADHD albo zwyczajny niedobór, z którym poradzi sobie badanie krwi. Dlatego przewlekłego przeciążenia nie wolno bagatelizować i nie każdą rozmowę o nim da się zamknąć poradą o wyłączaniu powiadomień. Czasem trzeba pójść dalej i głębiej.
Pracuję z tym. Najpierw jako mentor, wkrótce jako psychoterapeuta
Piszę o tym nie z perspektywy obserwatora, tylko kogoś, kto siedzi w środku tego tematu z dwóch stron jednocześnie.
Z jednej strony to moja własna, codzienna walka, do której zaraz wrócę, bo nie zamierzam udawać, że mam to rozwiązane. Z drugiej to obszar, w którym towarzyszę dziś ludziom jako mentor, a za jakiś czas będę im towarzyszył także jako psychoterapeuta. Coraz częściej przychodzą do mnie osoby, które nie potrafią nazwać, co im dolega. Nie są chore, nie dzieje się nic dramatycznego, a jednak czują się przytłoczone, rozdrażnione, wypłukane. Bardzo często okazuje się, że problemem nie jest ich życie, tylko jego głośność.
Szczególnie dotyczy to osób wysoko wrażliwych, tak zwanych WWO. Ich układ nerwowy reaguje na bodźce mocniej i przetwarza je głębiej, więc szybciej dochodzą do ściany. Chcę tu powiedzieć rzecz, którą powtarzam każdemu takiemu klientowi: wysoka wrażliwość nie jest wadą do naprawienia. To predyspozycja, którą przy odpowiedniej pracy przekuwa się w atut – w empatię, w intuicję, w zdolność do głębokiego i twórczego myślenia. Rzecz w tym, żeby nauczyć się zarządzać własną energią i stawiać granice, zanim świat te granice przekroczy za nas.
W tej pracy blisko mi do podejścia Gestalt, które patrzy na człowieka nie w oderwaniu, tylko w jego polu, w relacji z otoczeniem. Zdrowie to w tym ujęciu zdolność do samoregulacji, do zaspokajania własnych potrzeb i odzyskiwania równowagi w zmieniających się warunkach. Kiedy jednak otoczenie robi się zbyt krzykliwe, ta zdolność się zacina. Zaczynamy się bronić. Odcinamy się od własnego ciała, żeby mniej czuć. Bezkrytycznie przyjmujemy cudze wymagania jako swoje. Uciekamy w dygresje i nowe rozpraszacze zamiast dotknąć sedna. Rozpuszczamy się w oczekiwaniach innych i stajemy się ludźmi, którzy zawsze mówią „tak”, bo już nie wiedzą, gdzie kończą się oni, a zaczyna reszta świata. To wszystko są odruchy obronne przed nadmiarem. Sensowne, tyle że kosztowne.
Gestalt, podobnie jak zen i bliska mi filozofia recentywizmu z jej naciskiem na siłę teraźniejszości, prowadzą w to samo miejsce. Do „tu i teraz”. Do wyjścia z pętli rozpamiętywania przeszłości i lęku o przyszłość, w stronę pełnego przeżywania tej jednej chwili, która akurat trwa. Brzmi prosto. Jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakich można się nauczyć.
Moja własna walka. I to, że w niej wciąż upadam
Nie chcę pisać tego artykułu z pozycji kogoś, kto stoi ponad problemem. Bo nie stoję.
Całe moje życie zawodowe to robienie dużo i odpoczywanie mało. Zawsze tak było i długo byłem z tego nawet dumny. Musiałem się dopiero, już jako dorosły człowiek, nauczyć od nowa, czym w ogóle jest prawdziwy odpoczynek. I odkryłem rzecz nieoczywistą: odpoczynek to nie jest zmiana jednego ekranu na drugi. Nie jest nim leżenie z telefonem, przewijanie, „relaks” przy serialu. To wciąż praca, tylko dla oczu i układu nerwowego. Prawdziwy odpoczynek to stan, w którym niczego nie konsumuję i niczego nie muszę. W którym nie przetwarzam. Jestem tylko ja i cisza, albo ja i jedna czynność bez celu. Wiem to dziś dobrze, a mimo to wciąż w tym upadam, robiąc to wszystko, co robię. Piszę o tym nie jako ktoś, kto wygrał, tylko jako ktoś, kto codziennie tę partię rozgrywa od nowa.
Z czasem odkryłem, że nie ratują mnie wielkie postanowienia, tylko małe, konkretne zmiany. Takie, które da się wprowadzić bez rewolucji i utrzymać na lata:
Czytnik z tyłu telefonu
Skasowałem z telefonu aplikacje (brak YT, brak FB). Na odwrocie noszę mały, matowy czytnik e-booków. Mój nawyk sięgania po ekran zamieniłem na czytanie książek.
Twórczość w pracowni
Rysuję kredką na tekturze. Bez ekranu, powiadomień i oczekiwań. Tylko ręka, kolor i podłoże. Mój prywatny trening bycia „tu i teraz”.
Cyrkulacja rzeczy (1 in, 1 out)
Kiedy kupuję nowy przedmiot, inny musi opuścić dom. Nadmiar rzeczy to forma przebodźcowania – zagracona przestrzeń to zagracona głowa.
Świadome podróże
Unikam zgiełku i pośpiechu. Coraz częściej wracam do miejsc, które znam i w których nic nie muszę udowadniać ani „zaliczać”.
Najmocniej odciąłem się chyba od informacji jako takich. Od wielu lat nie czytam newsów. Raz w tygodniu sięgam po „Politykę” i to mi w zupełności wystarcza, żeby wiedzieć, co się dzieje w świecie, bez codziennego zanurzania w histerii nagłówków. Telewizji nie mam i nie oglądam od 2007 roku. Do Instagrama podchodzę krytycznie i ustawiłem sobie dzienny limit czasu, bo wiem, że inaczej wciągnie mnie bez pytania.
Szczerze nienawidzę reklam. Wszystkich: banerów, wyskakujących okienek, tego całego szumu. Kapitalizm jest może i najlepszym systemem ekonomicznym, jaki wymyśliliśmy, ale psychologicznie jest jednym z najgorszych. Cały czas na nas krzyczy: konsumuj, porównuj się, miej więcej, definiuj się przez to, co posiadasz. To jest przebodźcowanie w czystej postaci, tyle że sprzedane nam jako aspiracja.
Dam Ci jeszcze jeden przykład, który wygląda błaho, a dużo mówi o mechanizmie. Znaki drogowe w Polsce. Jest ich tak absurdalnie dużo, że systemowo uczą nas ignorowania prawa, bo nie da się jechać spokojnie, gdy dozwolona prędkość zmienia się diametralnie co kilkadziesiąt metrów. Wolę rozwiązanie słowackie: w terenie zabudowanym tyle, poza nim tyle, i tylko wtedy, gdy naprawdę zbliża się coś niebezpiecznego, na przykład ostry zakręt, pojawia się dodatkowy znak. Reszta to zaufanie do kierowcy. To jest dla mnie idealna metafora różnicy między światem, który krzyczy bez przerwy, a światem, który odzywa się tylko wtedy, gdy ma naprawdę coś ważnego do powiedzenia.
Bo w tym rzecz. Przebodźcowanie serwowane jest nam zewsząd. Zewsząd leci to samo: zrób to, zrób tamto. A wiedziałeś, że? A próbowałeś już? A widziałeś, co się stało? To nie Ty jesteś słaby, że tego nie wytrzymujesz. To po prostu za dużo.
Zestaw narzędzi, gdy jest już ciężko
Małe zmiany porządkują życie na dłuższą metę, ale bywają chwile, gdy natłok uderza tu i teraz, gdy myśli gonią, robi się duszno, przychodzi lęk albo poczucie odrealnienia. Wtedy potrzeba czegoś, co działa od razu. Poniżej rzeczy, które podpowiadam klientom i których sam używam:
1. Cyfrowa i fizyczna higiena
- Wyłącz powiadomienia: Wyznacz sztywne godziny, w których jesteś dostępny, i te, w których bezwzględnie się odłączasz.
- Stosuj zasadę 20-20-20: Co dwadzieścia minut oderwij wzrok od ekranu na dwadzieścia sekund i popatrz na coś oddalonego w przestrzeni.
- Cyfrowy detoks: Raz na jakiś czas zafunduj sobie prawdziwy detoks – choćby jeden dzień bez sieci, żeby przypomnieć sobie, jak smakuje świat realny.
2. Zarządzanie energią
- Regeneracja w rytmie pracy: Rób pięciominutowe przerwy na oddech albo krótki spacer mniej więcej co półtorej godziny pracy.
- Sen i ruch bez presji: Zadbaj o sen i o ruch, ale bez forsowania – zwykły spacer po lesie robi tu więcej niż katorżniczy trening.
3. Techniki uziemienia (gdy przychodzi lęk)
- Metoda 5-4-3-2-1: Nazwij w duchu 5 rzeczy, które widzisz, 4, których możesz dotknąć, 3, które słyszysz, 2, które czujesz węchem, i 1, którą smakujesz.
- Oddech z wydłużonym wydechem: Wydech aktywuje przywspółczulny układ nerwowy i uspokaja (wdech na cztery, wydech na sześć). Poczuj mocno stopy oparte o ziemię.
- Bodziec fizyczny: Przemyj twarz i dłonie zimną wodą albo przytrzymaj w ręku kostkę lodu. Chłód potrafi błyskawicznie wyrwać umysł z pętli lękowych myśli.
- Neutralne zadanie poznawcze: Daj mózgowi proste zadanie – licz od stu w dół co siedem, kategoryzuj przedmioty po kolorze, recytuj coś w myślach. Chodzi o ściągnięcie uwagi do „tu i teraz”.
Na koniec
Przebodźcowanie to nie objaw słabości ani lenistwa. To sygnał, jasny i konkretny, że nasz organizm stracił naturalną równowagę, do której był stworzony. Nie jesteśmy zaprojektowani na trzydzieści cztery gigabajty dziennie. Nasz układ nerwowy wciąż jest ten sam co u chłopa spod Krakowa sprzed sześciuset lat – tylko świat wokół niego oszalał.
Nie da się cofnąć czasu i nie ma po co. Ale da się nauczyć odzyskiwać ciszę pośród krzyku. Świadomie zarządzać tym, co do nas dociera. Wracać do „tu i teraz”. Robić małe zmiany i wybaczać sobie, gdy się w nich potyka, bo ja potykam się codziennie. To już nie jest luksus dla wrażliwych. To umiejętność, bez której coraz trudniej o zdrowie i spokój.
A spokój, jak się okazuje, najczęściej nie polega na tym, żeby coś jeszcze dodać. Polega na tym, żeby wreszcie mieć odwagę odjąć.

Zostaw odpowiedź