Dlaczego dzisiaj tak bardzo potrzebujemy szacunku. Do siebie i do innych.
Esej na marginesie „Bez szacunku” Byung-Chula Hana.
Ostatnio jeden z moich klientów w procesie mentoringowym zapytał pod koniec sesji, czy polecam mu jakąś książkę na wakacje. Mieliśmy nie widzieć się przez tydzień ze względu na jego urlop i zastanawiałem się, co mu polecić, co zrobiło na mnie największe wrażenie ostatnio. I tak pomyślałem o pięknie wydanej, i jakże ważnej książce: „Bez szacunku. Kryzys społeczny” Byung-Chula Hana, w przekładzie Rafała Pokrywki, wydanej przez Krytykę Polityczną. Sto jedenaście stron w twardej oprawie, esej, który zmieściłby się w kieszeni marynarki, choć długo nie daje o sobie zapomnieć.
Zawahałem się, bo to nie jest książka na plażę w potocznym sensie. Trudno ją czytać, nie odkładając co chwilę na kolana, żeby popatrzeć w bok. Może właśnie dlatego pasuje na urlop lepiej niż niejeden kryminał. Han pisze o czymś, co widać dopiero wtedy, gdy człowiek zwolni: o tym, jak z naszego życia zniknął szacunek i jak niewiele zajęło jego miejsce.
Zanim przejdę do samej książki, kilka słów o tym, kto ją napisał. Byung-Chul Han urodził się w 1959 roku w Seulu, studiował najpierw metalurgię, potem porzucił ją dla filozofii, którą wykłada dziś w Berlinie. Pisze krótko, po niemiecku, esejami, które czyta się w jedno popołudnie i pamięta latami.
Przez ostatnią dekadę stał się jednym z niewielu żyjących filozofów, których nazwiska padają poza seminariami; cytują go projektanci, terapeuci, ludzie od reklamy, zmęczeni menedżerowie, często wbrew jego intencjom. Han opisał wypalenie, zanim wypalenie zrobiło karierę jako słowo wytrych. Jego siła bierze się stąd, że nie moralizuje. Pokazuje mechanizm, odsuwa się i zostawia czytelnika ze świadomością, że siedzi w samym środku.
Respicere, czyli potrzeba dystansu
Han zaczyna od etymologii, która brzmi jak wskazówka. Szacunek, respekt, pochodzi od łacińskiego respicere: spojrzeć wstecz, mieć wzgląd na kogoś. W tym słowie siedzi dystans. Żeby uszanować drugiego człowieka, trzeba cofnąć się o krok, zostawić mu przestrzeń, przyjąć, że jest osobny i że część jego pozostanie dla mnie zakryta. Szacunek potrzebuje oddali. Kultura, w której żyjemy, oddali nie znosi. Wszystko ma być widoczne od razu i bez zasłony: myśli, ciała, związki, załamania. Han nazywa to społeczeństwem przejrzystości i zauważa rzecz, która nie jest oczywista, że tam, gdzie znika dystans, znika też intymność, a wraz z nią godność. Odarty z osłony drugi człowiek przestaje być tajemnicą i schodzi do roli obiektu, narzędzia albo lustra, w którym ma się odbić moje ja.
Kryzys szacunku do innych bierze początek w kryzysie szacunku do siebie.
Kiedyś przymus przychodził z zewnątrz, od przełożonego, instytucji, przepisu. Dziś wzięliśmy go do środka i zostaliśmy menedżerami samych siebie. Mamy wrażenie, że się realizujemy, że jesteśmy wolni, a wyzyskujemy się dobrowolnie, traktując własne życie, ciało i głowę jak kapitał, który ma przynieść zwrot. Han pisze o terrorze autentyczności, o przymusie ciągłego produkowania siebie na sprzedaż. Człowiek, który tak siebie traktuje, nie darzy siebie szacunkiem; raczej siebie fetyszyzuje, a fetysz zostawia po sobie pustkę. Kultura selfie jest jej dokładnym portretem, bo im więcej w niej wizerunku, tym mniej osoby. Ustrój, który każe wygrywać wszystkim, produkuje głównie przegranych i uczy ich, żeby pogardę do samych siebie wypuszczać na zewnątrz. Stąd niedaleko do tego, co widać codziennie.
Cyfrowe roje i kultura uwagi
Najlepiej widać to tam, gdzie miało być najwięcej wspólnoty, czyli w mediach społecznościowych. Han pisze, że miejsce szacunku zajęła w nich uwaga, a miejsce uprzejmości publiczne zawstydzanie. Nie powstają tam wspólnoty, tylko cyfrowe roje, zbiorowiska pojedynczych osób bez wspólnej duszy, bez solidarności, bez „my”. Bez dystansu i bez twarzy przestajemy rozmawiać i zaczynamy reagować odruchowo. Shitstorm jest tego skrajnym przypadkiem, chwilą, w której drugi człowiek zostaje sprowadzony do bodźca, na którym można się wyładować. Trudno to nazwać sporem o poglądy. To afekt, który szuka sobie celu.
Pedagogika patrzenia i powrót formy
Han nie zatrzymuje się na diagnozie, co u niego rzadkie. Wyjście, które podpowiada, jest niemodne, bo nie poddaje się optymalizacji, a jego zalecenia układają się w spójną całość, choć żadne z nich nie jest szybkie. Zaczyna od uwagi, od czegoś, co nazywa aktywną biernością: od umiejętności zatrzymania się i przyglądania światu bez zamiaru zrobienia z nim czegokolwiek. Nazywa to też pedagogiką patrzenia. W miejsce wielozadaniowości, która trzyma umysł w stanie ciągłej, zwierzęcej czujności, proponuje wyćwiczenie oka do cierpliwości i do spojrzenia, które trwa. Kryzys szacunku jest w dużej mierze kryzysem uwagi. Dopóki przeskakujemy z bodźca na bodziec, nie znajdziemy w sobie miejsca ani dla drugiego człowieka, ani dla siebie.
Potem przychodzą formy, które wyprowadzają nas z zapatrzenia w samych siebie. Rytuał, świecki albo religijny, jako powtarzalna rama, która zdejmuje z nas przymus nieustannego wyrażania siebie i daje bezpieczny dystans do własnych stanów. Święto w dawnym sensie: czas wyjęty spod logiki użyteczności, w którym wolno niczego nie osiągać i niczego nie trzeba. Han przypomina tu ideę szabatu, dnia, w którym niczego się nie produkuje. Dokłada do tego rzecz mniej oczywistą, powrót tajemnicy. Czytając romantyków, namawia, żeby widzieć w przyrodzie i w codzienności coś więcej niż surowiec albo towar. Rzecz, na którą patrzę z uwagą, przestaje być materiałem do wykorzystania.
Han pisze też o zmęczeniu i rozróżnia jego dwa rodzaje. Jedno jest wyniszczające i samotne, wyrasta z rywalizacji i pracy, zamyka człowieka w sobie. Drugie jest łagodne, pojednawcze; przychodzi wtedy, gdy opuszczamy narcystyczną gardę i luzujemy uścisk własnego ego, robiąc w sobie miejsce, żeby po prostu być obok innych. Żeby dojść do tego drugiego, trzeba zbuntować się przeciw samowyzyskowi. Han nazywa rzecz po imieniu: dzisiejszy przymus samorealizacji i bycia menedżerem samego siebie jest formą wyzysku, tyle że wykonywanego na sobie dobrowolnie. Zrywa się z nim wtedy, gdy przestaje się kreować własną tożsamość na sprzedaż i wystawiać ją pod cudzą ocenę.
Zostaje gniew, bo nie każdy gniew jest jałowy. Han oddziela krótkie, powierzchowne oburzenie, to z internetowych burz, które wybucha i gaśnie, nie ruszając niczego z miejsca, od gniewu prawdziwego i zogniskowanego. Ten drugi jest rzadki i ma realną moc; potrafi wstrząsnąć teraźniejszością i popchnąć ją ku zmianie. Rezygnacja z ciągłego narzekania robi dopiero miejsce dla gniewu, który do czegoś prowadzi.
Żeby nauczyć się szanować innych, najpierw musimy przestać wyzyskiwać samych siebie.
Han doprowadza rzecz do wniosku prostego i niewygodnego zarazem. Szacunek jest u niego warunkiem tego, żeby wspólne życie i rozmowa były w ogóle możliwe; sprawą poważniejszą niż dobre maniery, z którymi zwykle go mylimy. Potrzebujemy, pisze, nowej polityki przyjaźni, opartej na wyrozumiałym dystansie i na uwadze naprawdę zwróconej ku drugiemu człowiekowi. Żeby nauczyć się szanować innych, najpierw musimy przestać wyzyskiwać samych siebie. Zdanie ma w sobie coś z morału, choć morałem nie jest, bo nie podpowiada, jak to zrobić. Zostawia nas z pytaniem.
Praca dodawania i praca odejmowania
To pytanie jest też moje, i to w wersji zupełnie niefilozoficznej. Ostatnie miesiące spędziłem na budowaniu czegoś, co nazywa się obecnością cyfrową, i im dłużej to robiłem, tym wyraźniej widziałem, że w gruncie rzeczy zajmuję się jej ograniczaniem. Zaczynałem od pytania, gdzie mam być i jak często się pokazywać, a doszedłem do pytania, czego mogę nie robić. Kasowałem konta, wygaszałem kanały, zdejmowałem z siebie kolejne powinności bycia widocznym. Praca, która miała polegać na dodawaniu, okazała się pracą odejmowania.
Jest w tym niezręczność, której nie chcę ukrywać. Piszę tekst o krytyce kultury autoprezentacji, prowadząc jednocześnie coś, co bez ogródek nazywa się marką osobistą. Han opisuje przymus produkowania siebie na sprzedaż, a ja siebie na sprzedaż produkuję, tyle że staram się robić to wolniej i z większą uwagą wobec tego, co po drodze się ze mną dzieje. Czystego rozwiązania na to nie mam. Mam raczej świadomość, że stoję po tej samej stronie, po której stoi dziś każdy, kto cokolwiek o sobie mówi publicznie, i że jedyne, co mogę zrobić, to nie udawać, że jest inaczej.
Moim skrytym marzeniem jest prowadzić tylko tę stronę. Bez mediów społecznościowych, bez codziennego meldowania się w cudzych aplikacjach na cudzych warunkach. Strona internetowa należy do mnie; wchodzi się na nią z wyboru, a nie dlatego, że algorytm podsunął ją między dwoma innymi bodźcami. Ma swój próg i swoje tempo. Można na niej napisać zdanie, które nie mieści się w trzech linijkach i nie kończy się wezwaniem do działania. To jest, jak sądzę, dokładnie ten dystans, o którym pisze Han, tyle że zamieniony na architekturę: osobne miejsce, do którego trzeba przyjść, zamiast strumienia, który sam się na człowieka wylewa.
Ślad zamiast ciągłego przepisywania
Ta strona ma swoją historię, o której rzadko wspominam. Zaczynała jako blog podróżniczy; leży na niej kilkaset tekstów sprzed lat, pisanych przez kogoś, kim po części już nie jestem. Długo zastanawiałem się, co z nimi zrobić, i uznałem, że nie warto ich kasować tylko dlatego, że dziś mówię innym głosem. Zostały jako ślad, jako dowód, że zmiana rejestru bywa dalszym ciągiem tej samej drogi. W kulturze, która nagradza ciągłe przepisywanie siebie od nowa, zostawienie własnych starych tekstów w spokoju wydaje mi się gestem szacunku wobec samego siebie sprzed dekady.
Mam też w tym wszystkim interes bardziej osobisty. Piszę i robię obrazy, a jedno i drugie wymaga trwania przy rzeczy dłużej, niż pozwala na to strumień. Zdanie, które ma jakąś gęstość, powstaje w tempie, którego żadna platforma nie premiuje; obraz tym bardziej. Świat, który Han opisuje, jest dla takiej pracy nieżyczliwy, bo mierzy wszystko zasięgiem i szybkością reakcji. Wybór wolniejszej formy jest więc dla mnie praktyczny, zanim jeszcze stanie się światopoglądowy: bez niego to, co chcę robić, po prostu się nie udaje.
Nie jestem w tym konsekwentny i nie zamierzam udawać, że jestem. Wiem, że część osób, z którymi chciałbym pracować, jest dziś na LinkedInie, i że jeśli mam do nich mówić, muszę tam czasem wejść. Trzymam więc jedną nogę w miejscu, z którego marzę, żeby wyjść. Godzę się na to bez entuzjazmu, na własnych warunkach: linki w pierwszym komentarzu, żadnego łapania uwagi za wszelką cenę, tekst, który broni się myślą. Daleko temu do spójności. Zależy mi jednak na tym, żeby było przytomne.
Uczę się w tym czasie pracy, która w całości opiera się na uwadze; na tym, żeby być obecnym przy drugim człowieku i przy sobie, bez uciekania w telefon albo w następną rzecz na liście. Im więcej o tym myślę, tym bardziej mi się zdaje, że kryzys, który Han opisuje na poziomie kultury, każdy z nas rozgrywa najpierw w drobnej skali własnego dnia: w tym, czy jestem w rozmowie, czy tylko czekam na swoją kolej; czy patrzę na kogoś, czy przez niego, na powiadomienie za jego plecami. Uwaga jest formą szacunku, którą można ćwiczyć i którą łatwo stracić.
Mentoring jako ćwiczenie z uwagi
W mentoringu, który prowadzę, wracam do tego samego napięcia z różnych stron. Ktoś przychodzi z pytaniem o zmianę zawodową, o decyzję, o rolę, którą przerósł albo z której wyrósł, a pod spodem prawie zawsze leży to samo: człowiek, który stracił szacunek do siebie, bo za długo traktował się jak projekt do usprawnienia. Dobra rozmowa mentoringowa jest właściwie ćwiczeniem z tego, o czym pisze Han, z dystansu i z uwagi. Chodzi w niej o to, żeby cofnąć się o krok i zobaczyć całość, także tę część, którą dotąd trzymało się w cieniu. Jeśli akurat na tym etapie jesteś, zapraszam do pracy indywidualnej. Prostych odpowiedzi nie obiecuję, bo ich nie mam. Mogę dać przestrene, w której w ogóle da się je usłyszeć.
Dlatego, kiedy klient zapytał mnie o książkę na wakacje, nie sięgnąłem po poradnik obiecujący spokój w siedmiu krokach. Poleciłem esej, który spokoju nie przynosi; pokazuje raczej, gdzie się on podział. Mój klient wziął tę książkę na urlop. Nie wiem jeszcze, czy odpoczął. Zgaduję, że mniej, niż zakładał, i że trafił na właściwą lekturę.

Zostaw odpowiedź