Rumunia

Rumunia. Czy warto kopać się z koniem?

Myśli o Rumunii spisane w Rumunii

Czas. W Rumunii nic nie jest na czas, on płynie tu swoim tempem. O tym, jak niedynamiczny bywa przekonywałem się na każdym kroku podczas mojej ostatniej podróży do tej romańskiej wyspy na morzu Słowiańszczyzny. Zaciekawiła mnie ta kraina wywodząca swoją historię od czasów starożytnego Rzymu, która, wraz z drugą wyspą obok – Węgrami – wybija się swoją innością pośród środkowoeuropejskiego Międzymorza.

Przed tym jak pióro zacznie spisywać podróżnicze obserwacje, nadawać im przewodnikowy rytm dla tych, którzy zapuszczą się tutaj na chwilę, myśli domagają się innego uporządkowania – co bowiem wiemy o tym kraju położonym nieopodal nas? Dlaczego wielu naszych znajomych obiera Rumunię za cel swoich peregrynacji a jednocześnie nie docieramy tam masowo, ciągle zachłyśnięci plażami i wyspami południowo-zachodniej Europy.

Jeżdżąc zaś do Rumunii, co chcemy o niej wiedzieć? Co warto się o niej dowiedzieć? – te pytania raz po raz pojawiają się w głowie w oczekiwaniu na powrotny samolot na lotnisku w Kluż-Napoce.

Samolot. Ta magiczna puszka, dzięki której katapultujemy się z miejsca A do Z, zupełnie nie doświadczając tego, co po drodze. To dzięki niemu przemierzałem świat intensywnie i często, gdyż, i znów wraca tu czas, czas to pieniądz.

Tak przynajmniej było do niedawna, gdy w ogólnym życiowym pędzie zatracałem priorytety. Paradoksalnie prawidłowy stan rzeczy – wolniejszy, spokojniejszy – wrócił wraz z nastaniem światowego zamknięcia czasów pandemii.

Ruszyłem więc do Rumunii nietypowo jak na Polaka, samolotem, gdyż odcinam ostatnie kupony minionego świata. Wszystkie te niezrealizowane bilety, te kurzące się na skrzynce vouchery, powróciły na tapetę w tym krótkim sezonie turystycznym, gdy spuszczono nas ze smyczy i przez otwarte granice, posłano na wakacje niczym owce na wypas w ogrodzonej łące. Ta łąka to unia, to Schengen nasze urocze.

Czy warto się zatem kopać z koniem? Czy musimy podróżować w czasach, gdy między jedną falą a drugą otwierają się okna transferowe? Czy nie możemy po prostu przeczekać tego czasu i nic nie robić? Odpowiedź po kilkunastu miesiącach wydaje się prosta – warto czasami kopać się z koniem choć nie raz poniesiemy porażkę.

Warto próbować ruszyć w drogę bo jakkolwiek ukochany jest nasz kraj, od czasu do czasu, nawet na dosłownie krótką chwilę, potrzebujemy wyskoczyć i na moment znaleźć się w innym świecie, w innej rzeczywistości kulturowej i językowej. I choćby miało to trwać zaledwie kilka tygodni – jak w moim przypadku, gdy zgromadziłem wszystkie wyjazdy w jednym miesiącu – warto. Nadal warto odkrywać świat.

Przyleciałem więc do Rumunii na krótko, rzec można, że na zwiady. Wspominałem o tym znajomym, szczególnie tym zakochanym w kraju, tłumaczyłem to ukochanej, którą znów zostawiłem w domu – to na zwiady – aby ocenić czy warto rzeczywiście tłuc się w tym kierunku długimi godzinami samochodem w czasach, gdy, jak wiadomo, czas to złoto, nasza najcenniejsza waluta. Wracam z myślą, że warto. Warto spakować auto, namówić najbliższą osobę, zaciągnąć włochatego psa i ruszyć w drogę, warto.

Tak już mam z obszarami będącymi dla mnie terra incognita – ziemią nieznaną – że im mniej je znam, tym więcej o nich czytam. Nie przewodniki, nie teksty znajomych twórców, którzy tu byli – na to przychodzi czas na miejscu – ale książki, na długo zanim dotrę w owe miejsca, potem gdy jadę, potem gdy docieram – każdą wolną chwilę spędzam na wertowaniu kart kolejnych książek na moim czytniku. I tak gdy zdawało mi się, że o Rumunii niewiele u nas napisano, jakże przyjemne było odkrycie, że polska literatura (faktu, reportażu i prozy) jak zawsze nie zawodzi. O tym jednak później.

Czas w Rumunii płynie inaczej. Wiedziałem, że tak jest już na etapie planowania. A to akurat, gdy rusza się do tego kraju inaczej niż samochodem, to logistyka w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Dawno już żaden kraj nie zmusił mnie do tak wielkich kompromisów. Od wyboru miejsc przez sposób dotarcia do nich po czas, w którym do nich dotrę. Rumunia to nie jest kraj dla niezmotoryzowanych ludzi. Zapewne dlatego wszyscy, których znam, podróżowali tu samochodem, ewentualnie motocyklem. Co jednak, gdy chcecie uczynić to inaczej?

Tu pojawia się pierwsza myśl o Rumunii – kontrasty – jak przystało na kraj rozwijający się, kontrasty to klucz do zrozumienia rzeczy. Gdybym się uparł, nie uświadczyłbym w Rumunii gotówki – za wszystko można tu zapłacić kartą. I ja nie mówię tu o karcie karcie ale o płatnościach mobilnych. W takich chwilach zawsze wracają moje wspomnienia z Niemiec, w których bywam regularnie i w których absolutnie nigdzie nie sposób zapłacić nieniemieckim plastikiem, o telefonie już w ogóle nie wspominając. Rumunia to jednak nie Niemcy, choć spoglądając na zdezelowane, poniemieckie składy Deutsche Bahn, można odnieść takie wrażenie. Rumunia to nie Niemcy, to nie Polska nawet. Rumunia to Rumunia i rządzi się ona swoimi prawami.

Rumunia, choć jest w Unii, nie jest w Schengen. Na granicy nadal odbywa się kontrola dokumentów. Niby nic specjalnego w czasach pandemicznych, gdy kontrole wróciły na stary kontynent. Czasami można odnieść wrażenie, że do unii Rumunia została przyjęta nieco na kredyt. Jeśli gdzieś potrzebne są fundusze unijne to owszem, tak uważam, że właśnie tu. Czy są one dobrze pożytkowane? Trudno powiedzieć – choć kraj ten poczynił wiele kroków, aby walczyć z korupcją, przegonił w tym nawet Bułgarię – najbardziej skorumpowany kraj w Unii – nie można mieć stuprocentowej pewności, że członkostwo tego kraju we wspólnocie zmieniło coś gruntownie. Z pewnością przyczyniło się do zrobienia wielkiego kroku na przód. Czy zrewolucjonizowało kraj? Nie sądzę.

Wiele nasłuchałem się o tym, jak Rumunia robi postęp. O tym, jak konkuruje z Polską w zakresie zainteresowania międzynarodowych korporacji, jak poprawiają się w kraju drogi, jak Bukareszt szalenie się hipsteryzuje. Mimo to, jak w przypadku wielu podobnych historii – stolica jedno, reszta kraju drugie. Do stolicy w ogóle się nie wybrałem. Materiały dostępne na temat Bukaresztu pozwalają mi ocenić, że póki co nie mam wielkiej potrzeby odwiedzania tego miasta zaś piękno mojego wieku pozwala mi szczerze powiedzieć, że po prostu nic nie muszę. Bukaresztu nie ma nigdzie w moich priorytetach, ale przecież nie jest to historia o nim.

Jaka więc jest ta Rumunia dla doświadczonego podróżnika, który widział już niemało świata i który o tym świecie wie wiele? Co w niej widzi, co w niej dostrzega?

Dostrzegam w niej przede wszystkim potencjał. Od znajomych z którymi rozmawiam po ludzi, których spotykałem w Rumunii – wszyscy są zgodni co do tego, że kraj jest to piękny niewiarygodnie bogaty, różnorodny i ciekawy, a mimo to pozostaje on ciągle kierunkiem niszowym.

Zróżnicowanie, czy też bogactwo tego kraju, częściowo ma swoje korzenie w zupełnie niedawnej historii. Po II wojnie światowej w wyniku globalnych, geopolitycznych roszad, zamknięto bowiem w tym kraju, który dziś znamy jako Rumunia, kilka krain, które różnią się między sobą niczym inne europejskie państwa: krajobrazem, wyznaniem, historią, tradycjami. W granicach Rumunii znalazły się tereny przez wieki pozostające we władaniu Węgier, tereny niedostępne, schowane za łukiem Karpat i wiele innych. Dlatego współczesna Rumunia, gdy spoglądamy na nią tak powierzchownie, pełna jest nie tylko prawosławnych świątyń ale także przeciętnie wyglądających świątyń katolickich i jak i podupadających kościołów protestanckich. Przez wieki ziemie te modliły się do różnych bogów, rozmawiały różnymi językami, wyznawały inne filozofie. Ten miszmasz od razu pociąga fanów odkrywania kulturowych niuansów odwiedzanych miejsc.

Można jednak odnieść wrażenie, i nie trzeba do tego lat podróżowania do tego kraju – wystarczą konfrontacje z ludźmi, którzy przez lata tam podróżowali, że za każdym razem, gdy przyjeżdżać będziemy do tego kraju, spoglądać będziemy na coś zupełnie innego. O ile Europa Zachodnia – czy to Londyn czy Paryż, jak przez wieki nimi były, tak i pewnie nadal pozostanę – o tyle coś takiego jak Rumunia przechodzić będzie permanentną transformację.

Wspomniane wcześniej wejście do Unii wymuskało miasta takie jak Kluż, Sighisoara czy Sybin. Czy jest to jednak zmiana strukturalna? Nie wiem, jak dla mnie chyba bardziej kosmetyczna. Bo o ile coś wygląda jak większość Europy, o tyle widok furmanki jadącej do Auchan na zakupy, pociągu spóźniającego się godzinę, w którym panuje temperatura jak w saunie, takie rzeczy właśnie, sugerują, że jeszcze wiele jest do naprawy. Niektórzy mawiają – to już nie ta Rumunia, już zatracono to, co w niej oryginalne. A ja się pytam, co było tym oryginałem – bieda? Furmanki na każdym kroku? Drogi szutrowe? Każdy kraj szuka swojej drogi do zrównoważonego rozwoju i stanie w miejscu, co według wielu turystów uważane jest za „trwanie w autentyczności”, nie jest czymś, co powinnismy życzyć tym krajom. Czy życzylibyśmy tej „autentyczności” sobie?

Choć Rumunia ciągle się zmienia, przyszłość pozostaje niepewna. Niepewne więc jest to, jaka będzie. Jaka zaś jest teraz? To dobre pytanie, na które chciałbym spróbować odpowiedzieć po tej krótkiej wizycie z perspektywy turysty.

Jest biedna. Co by tu nie mówić, bogactwo nie bije z tego kraju. Ostatnio podobne odczucia, w ujęciu estetycznym, miałem, gdy podróżowałem na Ukrainę czy do Mołdawii. Owszem, to przykłady skrajne, bo oba kraje są znacznie uboższe od Rumunii. Jednak tak podpowiada serce – czuć wschód, w znaczeniu posowieckim. Czuć go momentami w architekturze i czuć go, gdy widzi się piękne krajobrazy poprzecinane rozpadającymi się reliktami czasów słusznie minionych. Bardzo słusznie minionych, gdyż socjalizm w wydaniu rumuńskim był czymś naprawdę strasznym. Przy nim, nasz polski PRL zdaje się być wyspą wolności, radości i dostatku. To jednak temat na książkę – znajdziecie ich u nas wiele.

Rumunia ma wszelki potencjał, aby być turystycznym rajem konkurującym z największymi europejskimi potęgami – Włochami czy Francją. Mimo to nim nie jest. Czy jest to wynikiem braku zorganizowania, nieistniejącego marketingu – trudno powiedzieć. Można odnieść wrażenie, że to pozostawanie w cieniu Europy na swój sposób Rumunii odpowiada. Ci, którzy chcieli – do Europy wyjechali, ci, którzy pozostali – zapewne też porzuciliby ją na rzecz lepszego świata.

Co bowiem mówią sami Rumuni o swoim kraju? Miałem możliwość rozmawiać z wieloma z nich tak w podróży jak i nad kieliszkiem wina. Kraj w rozsypce – to najdelikatniejsze określenie – kraj, w którym nic się nie zmieni na lepsze – dodają niektórzy. I trudno dziwić się ich komentarzom, gdy doświadcza się kraju od strony usług. Pociąg z Kluż do Sighisoary? Pół godziny opóźnienia. Temperatura w środku? 50-55 stopni. Dlaczego? Bo klima siadła. Gdy ją z kolei naprawiono, nie sposób było wytłumaczyć pasażerom, że otwieranie okien sprawia, iż ona po prostu nie zadziała. Inny przykład? Transfer na lotnisko w Kluż. Półtorej godziny opóźnienia a był to jedyny kurs dostępny z turystycznej atrakcji jaką jest Sighisoara. To nie jest kraj dla osób bez samochodów a co za tym idzie – sporo ma jeszcze do cywilizacyjnego awansu.

Poza bolączkami społecznymi, tymi nawet powierzchownymi, które zauważa odwiedzający ten kraj turysta, jest jednak coś, co bardzo szybko da się zauważyć. Jest to kraj piękny – choć i tu powiedzmy sobie szczerze – niemiłosiernie zaśmiecony. Temat na kolejną kulturową rozprawkę. Jego piękno pochłania myśli i zmysły. W tej pięknej krainie mieszkają zaś niezwykle życzliwi, mili i wyluzowani ludzie. To mimo wszystko południowcy, którzy podczas gorącego lata wchodzą w tryb leniwej błogości. To kraj, który zaskakuje smakami i oferuje wszystkim miłośnikom wina wspaniałe doznania.

To miejsce, do którego chce się wrócić. I wrócimy do niego już w najbliższych tekstach, w którym opowiem Wam o odwiedzonych podczas tej podróży miejscach.

Co ważne, zupełnie nie roszczę sobie jakiejkolwiek eksperckości na temat tego kraju. Przeczytałem może z tysiąc stron na jego temat, co nie czyni mnie nikim specjalnym w stosunku do tematu. Postanowiłem jednak podzielić się z Wami myślami i odczuciami zanim wkrótce wskoczę w przewodnikowe teksty, które przydadzą się pewnie niektórym podróżnym. Tym zaś, którzy chcieliby zgłębić ten temat, polecam bardzo następujące książki:

✅ Jadąc do Babadag | Andrzej Stasiuk

✅ Rumun goni za happy endem | Bogumił Luft

✅ Dlaczego Rumunia jest inna | Lucian Boia

✅ Rumunia, pęknięte lustro Europy | Dorota Filipiak

✅ Bukareszt. Kurz i krew | Małgorzata Rejmer

Rocznik 1985. Hybryda czasów analogowych i cyfrowych, człowiek, który pamięta jak było przed internetem a w internecie czuje się jak ryba w wodzie. Urodzony w Krakowie, w nim wykształcony i z nim zawodowo związany. Po krótkim okresie życia w Chinach, na dobre zajął się normalnym życiem i intensywnym podróżowaniem. Zawodowo specjalista branży podróżniczej, hotelarskiej i rezerwacyjnej.

2 komentarze dotyczące “Rumunia. Czy warto kopać się z koniem?

  1. Byłem kilka razy w Bukareszcie, a teraz poczułem się zmotywowany, by wyruszyć głębiej w kraj. Nie wiem tylko, czy w tym roku uda się przez Covida. Dodam też od siebie – ruch uliczny jest tam gorszy niż we Włoszech. Trzeba mieć mocne nerwy za kółkiem.

  2. Mam podobne czasami odczucia.
    Rzymskim tropem też podążaliśmy.

    https://saabvoyage.com/letnia-ekspedycja-rumunia-2018/

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.