Polska pomyslnaweekend

Krynica-Zdrój i Stara Lubownia, czyli kolejny weekend na polsko-słowackim pograniczu

Weekend z psem? Weekend z dziećmi? Romantyczny weekend we dwoje? Weekend kulinarny, a może weekend kulturalny? A może krajoznawczy? Każdy znajdzie coś dla siebie w tej opowieści o krainie oddalonej jedynie około 3 godziny jazdy samochodem od Krakowa.

Wyrusza się w piątek. W sznurze etatowców uwięzionych w korkach wystarczy uzbroić się w odrobinę dobrego nastroju, lekko głupkowatego humoru i czas jakoś mija zupełnie bezproblemowo. Z Krakowa do Krynicy jedzie się teraz wygodnie: autostrada w kierunku Rzeszowa, zjazd w Brzesku, potem Gnojnik, Tęgoborze, Nowy Sącz już za chwilę i potem ciach, pół godziny jeszcze i jesteśmy na miejscu. Tak w te rejony jeżdżą wszyscy normalni, jednak nasza trójka, naładowana pozytywną energią, postawiła na krajoznawstwo. Ruszyliśmy wąskimi, krętymi i stromymi drogami powiatowymi i gminnymi, czasami o nienagannej powierzchni, ale w większości podziurawionymi jak sito, wyboistymi, ale zapewniającymi widoki jak z bajki podane w trybie zwolnionym. Na tych drogach lokalnych byliśmy jedynie gośćmi. O ile bowiem wojewódzkie, ekspresowe, a szczególnie autostrady, są dobrem Polaków, o tyle te małe, w większości znane tylko niewielu, stanowią ich terytorium i trzeba o tym wiedzieć wjeżdżając na nie, by nie skończyć jak w tych amerykańskich horrorach drogi. Na drogach tych rządzą oni – posiadający lokalne tablice rejestracyjne, jadący środkiem drogi, skręcający w lewo na prawym kierunkowskazie, śmigający sto na godzinę po leśnej drodze i dziwiący się, że ktoś ich w ogóle mija. Spokojnie, leniwie wręcz, szanując gminne tradycje prawa ruchu drogowego rodem z dzikiego wschodu, przemykaliśmy przez Polskę powiatową, sielską, piękną, bo letnią, w kierunku Krynicy-Zdroju, gdzie postanowiliśmy spędzić kolejny polsko-słowacki weekend z naszym czworonogiem.

Krynica-Zdrój. To uczucie deja vu, gdy przyjeżdża się w dobrze znane miejsce. Już tu byłem, w maju, a wcześniej jakieś kilka lat wstecz, także spacerowałem tymi ścieżkami. Wróciłem więc do okolic, które za czasów mojego dzieciństwa, były najdalszymi rejonami świata, do których docierałem. Dalej było tylko nieznane. I jakoś udało mi się uciec od tych sentymentalnych myśli, które sprawiły, że podczas ostatniego pobytu w tym mieście, powstał tekst bardzo prywatny, jeśli może nie za bardzo intymny. Tym razem było inaczej. Nauczony doświadczeniem z wielu moich podróży, wiedziałem, że kluczem do sukcesu jest wybiórcze traktowanie miejsc, do których się dociera. Staraj się poznaj, staraj się zrozumieć, ale we wspomnieniach szufladkuj najpiękniejsze momenty z najpiękniejszych miejsc, aby nie zaśmiecać pamięci negatywnymi emocjami – zapisałem w notatniku wypalając wieczornego papierosa w pensjonacie oddalonym dobry kilometr w górę od centrum Krynicy.

I tak chyba jest z Krynicą. Na początku może odpychać, może zawieźć i zdenerwować. Jak w przypadku Magdaleny, która przejeżdżając przez miasto, wymamrotała pod nosem – Nie podoba mi się to miasto. Wszystkiego tutaj pełno, ludzi przede wszystkim. Krynica-Zdrój to miejsce wybitnie niejednoznaczne. W majowy weekend, pierwszy, drugi czy trzeci, pusta, senna, depresyjna. Zupełne pustkowie w porównaniu do wiecznie zatłoczonego Zakopanego. W lecie, w szczycie wakacji, pełna ludzi, głównie kuracjuszy, pensjonariuszy, emerytów i rencistów. Nie ma co ukrywać – nie jest to wybitnie młode miasto, bo młodzi jadą pod Tatry, starsi jadą do Krynicy-Zdroju. A oprócz starszych przyjeżdżają tutaj także rodziny z dziećmi, jak nasi przyjaciele, ze względu na których, postanowiliśmy się w te rejony wybrać. Jednak jeśli wykreśli się z pamięci rzeczy niepotrzebne – wielkie molochy wybudowane między malowniczymi górami, gigantyczne sanatoria i domy wczasowe, jedne w lepszym, inne w gorszym stanie oraz setki pstrokatych reklam zaśmiecających miejską tkankę, w naszych głowach pozostanie obraz miasta, gdzie odpocząć można od miejskiego pędu, gdzie można dobrze zjeść, dobrze wypić, zażyć dużej dawki kultury a także i ruchu przy okazji.

Przyjemna, coraz bardziej uporządkowana i elegancka Krynica-Zdrój, którą lubię i chcę pamiętać rozpoczyna się od Parku Mieczysława Dukieta, tuż przy wejściu do kolejki na Górę Parkową, i ciągnie się deptakiem wzdłuż Kryniczanki. Po jednej stronie zabytkowe, stare domy, pensjonaty, kawiarnie, po drugiej zaś szeroka arteria z perełkami zdrojowej architektury. Otwarta przestrzeń odseparowana od jakiegokolwiek ruchu samochodowego jest oazą, w której można pozwolić, by czas płynął leniwie. Tylko dla naszego buldoga czas jakoś działa zupełnie inaczej, wiecznie w pośpiechu, wiecznie chcący zobaczyć i powąchać jak najwięcej, raz po raz wyrywał do przodu, by po chwili zatrzymać się przy kolejnych, zachwyconych nim kuracjuszach.

Bywając w przeszłości w Krynicy, zwykle zatrzymywałem się na coś do jedzenia w restauracji węgierskiej, na słynne placki po węgiersku. Jednak tym razem skusiłem się na Dwóch Świętych w Pensjonacie Małopolanka. Muzyka na żywo, ciepły wieczór i ogród letni – czego więcej potrzebowałem dla zaspokojenia swoich hedonistycznych potrzeb chwili. Jedzenie, może oprócz zupy, odrobinę przeciętnej, było najwyższej jakości, zaś jagnięcina a’la Małopolanka, popisowe danie tego miejsca, wpędziło mnie w duecie z głębokim winem hiszpańskim, w nastrój wybitnie kuracyjny.

Rysujesz trochę jak Nikofor – powiedział kiedyś ktoś do mnie, gdy byłem małym dzieckim – trochę prymitywnie. A jak miałem to robić, skoro byłem dzieckiem. Dziecko z reguły rysuje dosyć prymitywnie. Problem jednak w tym, że osoba ta nie miała na myśli rysowania prymitywnego, a bardziej prymitywistycznego, takiego, jakie tworzył Nikifor, jeden z moich najbardziej ulubionych artystów. Krynica-Zdrój bez Nikifora, a miasto bez muzeum jego twórczości, dla mnie zupełnie nie istnieją. Kameralna, turkusowo-błękitna willa położona nad Kryniczanką i połączona mostkiem z deptakiem głównym, może i nie jest Muzeum Prado czy Louvrem, ale jest pasjonującą opowieścią o człowieku, który malował moje wyobrażenia o stronach, które z racji pochodzenia mojej mamy, zawsze były mi niezwykle bliskie. Gdy wracam do bardzo odległych wspomnień Piwnicznej-Zdroju z czasów dzieciństwa, widzę te rejony przez pryzmat jego obrazów, grafik, jego wyobrażeń. Romanówka – drewniany budynek, który od 1995 roku gości historię Nikifora, zbudowany został w połowie XIX wieku w stylu willi szwajcarskiej. Posiada ona największą na świecie, mającą ponad tysiąc eksponatów, kolekcję pamiątek o artyście, którego najlepiej poznacie oglądając film pt. Nikifor z popisową rolą główną Krystyny Feldman. Poszukując największej kolekcji jego dzieł, należy się z kolei wybrać do muzeum okręgowego w Nowym Sączu. Wspomniany film, jak i muzeum, pokazują historię samotnego, żyjącego w nędzy, upośledzonego kalekę z Łemkowskiej rodziny, człowieka uznanego pod koniec swojego życia za jednego z najwybitniejszych prymitywistów na świecie. Epifaniusz Drowniak, bo takie było jego prawdziwe nazwisko, operował bezbłędnie kolorami i w bajkowy sposób opowiadał historie i pejzaże odwiedzanych przez siebie miejsc. Jego pochodzące z lat trzydziestych, pejzaże beskidzkie z cerkwiami, stacjami kolejowymi, dworcami, urzędami a także architekturą fantastyczną, zupełnie zmyśloną, oddają ducha Beskidu w sposób zupełnie klimatyczny i bajkowy. W tym niepozornym miejscu nie tylko zgromadzono wiele rewelacyjnych prac, ale także przedstawiono techniki i warsztat mistrza, który przez większość swojego życia nie znajdował zrozumienia dla tworzonej przez siebie sztuki. Dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, tak Polska jak i świat, doceniły jego sztukę. Zaczęły się wystawy: Francja, Niemcy, Holandia, Belgia, Izrael. Nikifor zyskiwał posłuch na świecie, o którym mógł tylko pomarzyć przez większość swojego życia, gdy ogarnięty pasją malowania, tworzył na każdym dostępnym materiale – kawałkach tektury, okładkach zeszytów, skrawkach papieru.

Muzeum Nikifora w Krynicy to miejsce przyjazne nie tylko ludziom, ale też zwierzętom. Dopiero poznajemy uroki podróżowania z czworonogiem i z dnia na dzień zaczęliśmy doceniać rzeczy, które kiedyś były zupełnie nieważne. Jak choćby to, że podłoga w muzeum jest dostosowana dla piesków, to po prostu płytki, które łatwo zmyć. Płytki płytkami, ale najbardziej przyjemne jest nastawienie pracowników – uśmiech, bezproblemowość, powiązanie z miejscem. Czuć kameralną atmosferę, którą najlepiej nacieszyć się z samego rana, gdy tylko muzeum się otwiera. W sobotę jest to godzina dziesiąta i właśnie wtedy przekroczyliśmy progi Romanówki zdobywając to miejsce dla samych siebie. Pomnik Nikofora z psem znaleźć zaś można nieopodal wejścia do kolejki na Górę Parkową, zaś jego prosty grób, na cmentarzu nieopodal cerkwi prawosławnej w Krynicy.

Spacer po upalnej Krynicy potrafi człowieka zmęczyć, ale psa potrafi zwalić z nóg, dobić totalnie, czego w żadnym wypadku nie chcieliśmy zafundować Harveyowi. Tuż przed falą największego ciepła umówiliśmy się z naszymi przyjaciółmi – Kamilą i Kubą, na spacer po Górze Parkowej. Już dawno nie mieliśmy okazji spędzić odrobiny czasu poza Krakowem, na wyjeździe, na wakacjach jakichkolwiek. Jeśli dobrze pamiętam ostatni raz było to w Chinach, gdy ruszyliśmy w czwórkę w podróż po moim ukochanym kraju, gdzie spędziłem trochę czasu. Tak się składa, że Wojażer jest chrzestnym Maksymiliana, ich pierwszego syna, zaś Wojażerka jest chrzestną Benia, drugiego syna. To właśnie od Kamili i Kuby uczę się od czasu do czasu innej perspektywy podróżowania, która jest mi jeszcze zupełnie obca. O ile podróże z psem wymagają trochę więcej atencji i planowania aniżeli wyjazdy we dwójkę, o tyle wakacje z dziećmi to już prawdziwe logistyczne wyzwanie.

Spacer po Górze Parkowej zawsze kojarzył mi się z nudnym zejściem dla kuracjuszy. Przyznam, nigdy po tej ścieżce nie spacerowałem. W poszukiwaniu atrakcji dla dzieci, odrobiny cienia dla psa, a także chwili na rozmowy między przyjaciółmi, umówiliśmy się tego dnia na wjazd na kolejką i powolne zejście w dół. Gdy po porannym zwiedzaniu ulubionych zakątków Krynicy siedzieliśmy z Magdaleną i czekaliśmy na naszych przyjaciół, uderzyła mnie jedna scena spod wejścia do kolejkowych kas. Otóż zjawiła się na miejscu rodzina, dwa małżeństwa, dwa wózki i wiele podrośniętych już odrobinę dzieci. Zdyszani wnoszeniem wózków po schodach (nie ma bowiem żadnych ułatwień dla rodziców i niepełnosprawnych), podekscytowani perspektywą wjazdu, weszli do środka, po czym szybko wyszli. Z podsłuchanej rozmowy usłyszałem podliczenie – Za was wyjdzie 50 złotych, za nas złotych 70. Razem 120 złotych, nie stać nas, to za dużo za wjazd na górkę. Krótka chwila i prosta scenka, która sprawiła, że na chwilę straciłem uśmiech z twarzy – To niesprawiedliwe  – pomyślałem bez większego namysłu, bez zbędnych poglądowych batalii w mojej głowie, na chwilę poczułem we mnie wzrost socjalizmu, czegoś, od czego stroniłem od początków swojej politycznej świadomości – To niesprawiedliwe, że niektórzy nie mogą sobie pozwolić na wjazd zwykłą, cholerną kolejką!

Miło było spotkać bliskie nam osoby choć na chwilę i czasami w podróży warto zwolnić tylko po to, by móc przez moment skupić się na innych. W Krynicy sieć komórkowa sprzyja zbliżeniom międzyludzkim, zasięg jest w większości niezwykle kiepski, zaś o internecie komórkowym można po prostu zapomnieć. Schodziliśmy więc powoli kamiennymi ścieżkami wiodącymi ze szczytu do miasta, rozmawialiśmy jak to przyjaciele rozmawiają i w gruncie rzeczy wiem już, że Góra Parkowa to miejsce na relaksujący spacer i powoli płynący czas. Chill out w swojskim wydaniu.

Park to park, człowiek jest w ruchu, pilnuje, by wózek się nie stoczył, by pies nie padł ze zmęczenia, by kostki nie skręcić i tak można by wymieniać. Toteż prawdziwie hedonistyczną, pyszną, sielską i przyjacielską atmosferę zapewniliśmy sobie późnym popołudniem, gdy po przerwie spotkaliśmy się z Kamilą i Kubą w miejscu polecanym nam przez wiele osób, o dźwięcznej nazwie – Koncertowa. Jeśli ktoś zapyta mnie o jeden dobry powód, by odwiedzić Krynicę-Zdrój, nie będzie to lecznicza i śmierdząca woda z pijalni głównej czy też deptak miejski z wszystkimi jego atrakcjami, tylko Koncertowa właśnie. Położona daleko od centrum i ukryta w sielskim parku Słotwińskim, restauracja, zachęca od pierwszego wejrzenia. Architektonicznie na początek, bo fasada, taras i wnętrza, wyglądają pysznie w letnich okolicznościach przyrody. Potem jest jedzenie, o którym nasłuchaliśmy się wiele. Wszyscy chwalą bowiem szefową kuchni, która brała udział w programie telewizyjnym, którego jednak nie znam z prostej przyczyny – nie posiadam telewizji. A jednak zachęcony przez Kamilę i Kubę, wspartych przez jednego z czytelników, wiedziałem, że muszę spróbować. Nie miałem wielkich oczekiwać, raczej stawiałem na porządnie podane regionalne jedzenie z wyeliminowanymi śmieciami i niezdrowymi składnikami. Nawet nie jestem w stanie opisać, jak bardzo nie doceniałem kulinarnego potencjału tego miejsca. Niech przemówi wyobraźnia… barszcz z uszkami. Od razu skojarzenia – barszcz z torebki, uszka z lodu. A tu przychodzi krwistoczerwona zupa z najlepszych buraków z dodatkiem rabarbaru, z uszkami pełnymi farszu, jakiego mama by się nie powstydziła, cud totalny, choć przecież rzecz tak prosta. A i botwinka z jajkiem w koszulce otulała zmysły. Potem przyszła jednak wołowina ze schabem przełożona śliwką w sosie z powideł, podana z owocami oraz pierogami z jabłkiem i cynamonem. I tak pozwalałem na to, by jedzenie słodziło moje zmysły. Już niby deser nie był potrzebny, już tylko myślałem o napojach lekko wyskokowych, gdy na taras wjechała pomarańczowa sfera na wacie cukrowej z cukru fiołkowego, deser zamówiony dla mojego chrześnika, który potem zamówili wszyscy. Na pożegnanie rozlano najlepszą nalewkę malinową, jaką piłem w życiu, zaś już zupełnie na koniec przyfrunęły malutkie porcje lodów na dymiącym ciekłym azocie – elementy kuchni molekularnej, których nie spodziewałem się znaleźć w Krynicy-Zdroju. Sielska atmosfera trwała długo. W tym czasie nad Krynicą zdążyły przejść dwie burze, jedna wielka ulewa, aż nastał wieczór, czas na relaks, wino i książkę oraz psa hasającego w ogrodzie.

Niedziela w Krynicy obudziła nas mrożącym chłodem. Temperatura w ciągu nocy spadała z 31 do 14, co było zasługą przetaczających się przez Polskę burz. Podobnie jak w przypadku ostatniego wyjazdu do Czorsztyna, weekend ten postanowiliśmy podzielić pół na pół – sobota  w  Polsce, niedziela na Słowacji, w kraju, który jakoś wybitnie przypadł do gustu naszemu buldogowi francuskiemu. Przebywając w Krynicy, w Muszynie czy też w Piwnicznej, warto odwiedzić naszych południowych sąsiadów i wybrać się do Starej Lubowni, małego miasteczka 17 kilometrów od przejścia granicznego Piwniczna-Mnisek lub lekko ponad 40 kilometrów jadąc od Krynicy. W samej Starej Lubovni, w mieście jako takim, nic specjalnego nie ma, jednak coś zupełnie specjalnego jest na jego obrzeżach. Nad miastem góruje bowiem Hrad Stara Lubovna – zamek Lubowniański oraz u jego podnóża, skansen o tej samej nazwie, w którym zgromadzono perły drewnianej architektury słowackiej, oba miejsca zdecydowanie warte odwiedzenia.

Skansen w Lubowni to jeden z najmłodszych tego typu obiektów na Słowacji, a jednak kompletnie nie umniejsza to uroku tego miejsca. Jego chlubą jest drewniana cerkiew grekokatolicka z Matysowej zbudowana w 1833 roku i ozdobiona niezwykle pięknym ikonostasem. W ważne święta odbywają się w niej uroczystości prowadzone w języku starocerkiewnosłowiańskim, najstarszym literackim języku Słowian. Wokół cerkwi rozrzucone są pozostałe, bardzo dobrze zachowane, budynki: domy rolników, dom pasterza z Litmanowej, zagroda chłopska z Udola, stolarnia, szkoła ludowa z okresu międzywojennej republiki Czechosłowackiej, a także wiele innych budynków, każdy z nich opisany z osobna.

Ta położona u podnóża zamku, odtworzona de facto, słowacka wioska, wpędza człowieka w bardzo miły nastrój. Zapach drewna i starej izby przypomina dzieciństwo u babci w górach, zaś zupełnie niezatłoczona, turystyczna Słowacja, pozwala na niespieszne podróżowanie i odpoczynek w najlepszym stylu.

Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy zanim ruszyliśmy w krajoznawczą wycieczkę powrotną do Krakowa, był Zamek w Starej Lubovni, jeden z tych, które prezentują najwyższą klasę i najpiękniejsze karty historii nie tylko Rzeczypospolitej, ale także innych narodów, które władały tą częścią naszego regionu.

Mający ponad siedemset lat zamek powstawał pod koniec XIII wieku na zlecenie króla węgierskiego Andrzeja III. Przez długi czas swojej historii, między 1412 a 1772 rokiem, pozostawał on w zastawie u polskich władców po tym jak Władysław II Jagiełło pożyczył Zygmuntowi Luksemburskiemu, władcy Węgier, 37000 kop groszy czeskich. Hrad Lubowla pozostawał w polskich rękach przez 360 lat, by pod koniec XIX wieku ponownie wrócić w polskie ręce – tym razem w posiadanie magnackiej rodziny Zamoyskich, którzy władali na zamku do końca wojny w 1945 roku, kiedy nowo utworzona Republika Czechosłowacka przejęła majątek i uczyniła z niego muzeum.

W tym ogromnym zamku mieszają się style od gotyku przez renesans aż po barok. Idąc wzdłuż starych murów w niespodziewany sposób wchodzi się nagle do eleganckich komnat, w których przez wieki toczyło się zamkowe życie. Kawałek dalej element sakralny – barokowa kaplica św. Michała Archanioła a ponad nią charakterystyczna, wysoka wieża gotycka – bergfried, z której roztacza się niesamowity widok na okolicę, a także na Tatry. Jeśli odwiedzający mają wystarczająco szczęścia, mogą trafić, jak w naszym przypadku, na polską husarię, polskiego hrabiego, a nawet polską księżniczkę, jadących na koniach przez dziedziniec główny.

Kolejny polsko-słowacki weekend zaliczyliśmy do udanych i z ręką na sercu polecamy na weekend każdemu, kto wybieraj się na południe!

POWRÓT DO GÓRY

20 comments on “Krynica-Zdrój i Stara Lubownia, czyli kolejny weekend na polsko-słowackim pograniczu

  1. Pingback: Bucket List Wojażera | Wojażer | relacje i reportaże ze świata

  2. Ech 🙂 wciąż moje rejony, choć już ciut dalej. Ale Krynica to miasto, w którym nie skłamię, jeśli powiem, że byłem ponad 20 razy. W tym dwa w roli przewodnika 🙂
    Tam pożarł mnie pies, tam złamałem pierwszą nogę, tam rozpocząłem górskie wędrówki z rodzicami gdzieś przed 10 rokiem życia. śmieję się, bo rodzice mieli kupić tam działkę za 12 tys. zł na ówczesne czasy. było to dużo, ale i mało w sumie. Dziś to miejsce podzielono na 2 mniejsze działki, które poszły za ponad 50 tys. Brak szklanej kuli boli 😉

    Również nostalgia się pojawiła, dzięki 🙂

    Lubię

    • Ja aż tyle razy tam nie byłem, ale jakieś 10 by się zebrało przez całe moje życie. Wiesz, jak tak opowiadałeś o tej działce, przypomniały mi się identyczne historie moich rodziców. Też mogli kupić pod Krakowem jedną niezłą parcelę. Nawet nie chcesz wiedzieć jakie byłoby teraz przebicie 😉 Ale co się dziwić, nie było wtedy na to kapitału, to nie było zakupu. Szklana kula jest przydatna, ale jeszcze trzeba wiedzieć, czy umie się, lub czy da się ją jakoś wykorzystać! 😉

      Lubię

  3. Nie wiem, co macie do wód (widziałam w komentarzu, że piszesz o jej paskudztwie :P), ja je bardzo lubię. Na Dolnym Śląsku mamy na szczęście sporo uzdrowisk ze śmierdziuchowatą wodą. Lubię czasem 😛
    Słabo znam naszych południowych sąsiadów. Widzę jednak że warto poznać 😛
    A dzieła Nikifora są niezwykłe, chciałabym je na żywo zobaczyć.

    Liked by 1 osoba

  4. kamilanapora

    W Krynicy sporo razy za dzieciaka byłam, teraz z 6 lat temu na jeden dzień pociągiem wyskoczyłam, w środku pięknej zimy, i stwierdziłam że to dośc niegłupie miejsce jest. W sumie z chęcią bym tam wróciła, zachęcasz bardzo! a Lubownia strasznie źle mi sie kojarzy, jeden jedyny raz jak mi się przytrafiło potrącenie kogoś przez pociąg którym jechałam to właśnie tam było… niby minęło z 7 czy 8 lat, a dalej mam to przed oczami. I jakoś niechętnie mam ochotę tam przez to wracać. chociaż ten skansen daje radę!

    Liked by 1 osoba

    • O kurcze, to niezła masakra z tym człowiekiem pod pociągiem, takie wydarzenia potrafią się zapisać w głowie! A tak swoją drogą, gdzie tam przez Lubownię idzie linia kolejowa? Bo ja nie kojarzę pociągu z Polski na Słowację, wiem, że kiedyś chyba jeździły, ale teraz już na pewno nie.

      Lubię

  5. Skansen w Lubowni dodany do listy skansenów do zobaczenia. I dzień stał się lepszy :)))

    Liked by 1 osoba

  6. obserwatore.eu

    Stara Lubovnia. Sto lat mnie tam nie było!

    Liked by 1 osoba

  7. Wagabunda w kapeluszu

    Ech, już po raz kolejny wzbudzasz we mnie nostalgię i chęć weryfikacji wspomnień 😉
    W Krynicy byłem ostatnio w 1986 roku, po tamtej wizycie zostało mi pudełko ze slajdami i nerwowa czkawka na wspomnienie pijalni wód, bo dla zdrowotności wlewano wtedy we mnie przez trzy tygodnie na przemian wodę Jana z Zuberem. I kiedy gdzieś natykałem się na Krynicę, zawsze pojawiał się obraz starych ludzi pijących wodę z ceramicznych kubków z dzióbkami oraz figowce w domu zdrojowym.
    Z drugiej strony Twoje fotografie przypomniały mi o tamtejszej architekturze, całkiem ciekawej i urokliwej. Ale jakoś nadal nie mam ochoty tam wracać.
    Co innego skansen w Lubowni – odwiedzę go przy pierwszej okazji ::)

    Liked by 1 osoba

    • Ja nawet w tym poście nie wspominałem o pijalni wody, bo bardziej obrzydliwej w życiu nie piłem 😉 Na szczęście Kryniczanka jest całkiem dobra, muszę przyznać!

      Z tymi wyjazdami do Krynicy czy innych tego typu miejsc, chyba właśnie tak jest, że jeździmy w jakiejś części po wspomnienia, sentymenty, bo raczej nie po nowe doświadczenia.

      Do Krynicy nie będę specjalnie namawiać, bo po co – jedni pojadą, inni nie, ale skansen w Lubowni polecam z całego serca! W ogóle cała droga z Piwnicznej do Zakopanego przez Słowację to istna bajka z pięknymi widokami po drodze!

      Liked by 1 osoba

  8. Mam problem z Krynicą i zawsze cierpię jak muszę (destynacja szkoleniowa) tam jechać. Możliwe, że jest to związane z przesytem lub złymi doświadczeniami … ale w sumie nie chodzi o to, aby wszystkim podobalo się to samo 😉

    Liked by 1 osoba

    • A widzisz, tak się składa, że po wielu latach rzuciło mnie do Krynicy w maju tego roku, na szkolenie właśnie. Hotel Krynica, wielki moloch, nawet nie miałem czasu ani siły wychodzić na miasto. Wyjechałem z Krynicy i myślałem, że już do niej nie wrócę, ale dałem jej jeszcze jedną szansę. Jeśli człowiek trzyma się miejsc, które na pewno nie zawiodą, to wspomnienia mogą być całkiem niezłe, choć przyznaję, że dla mnie Czorsztyn ze swoimi niesamowitymi okolicami i nieziemskim spokojem, zdecydowanie wygrywa! Pozdrawiam!

      Lubię

  9. Jak zwykle u Wojażera, bardzo fajna relacja, choć grobu Nikifora nie nazwałabym prostym! Zaprojektował go Bronisław Chromy w 1975 r. i nagrobek sam w sobie stanowi dzieło sztuki. Od mojego ostatniego pobytu w Krynicy minęło prawie półtora roku i widzę, że miasto wciąż zmienia się na plus. Cieszę się, że także Koncertowa się zmienia. To cudowne miejsce, jednak nie miałam z nim związanych dobrych wspomnień, więc być może to już czas, by przekonać się, że mogę takie mieć.

    Liked by 1 osoba

    • Dziękuję 🙂 Może „prosty” to źle dobrane słowo, ale coś prostego w tej bryle jednak jest. Przy różnych tadżmahalach, które widuję na polskich cmentarzach, ten przemawia do mnie zdecydowanie bardziej. „Prosty” absolutnie nie znaczy, że nie jest dziełem sztuki, dla mnie często prostota jest sztuką o wiele bardziej wymowną niż przerost formy.

      Myślę, że Koncertowej warto dać kolejną szansę, my byliśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni! Pozdrawiam!

      Lubię

  10. Nie wiem, czy to właściwe miejsce… ale bardzo dziękujemy za miłe słowa. Patrycja bardzo się wzruszyła czytając opis barszczu z uszkami 🙂 Życzymy inspirujących podróży i pozdrawiamy. Pati i Darek.

    Liked by 1 osoba

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s