Azja Tajlandia

Bangkok. Świątynie i pałace stolicy Tajlandii

W stolicy Tajlandii zabawiliśmy kilka dni. Nic nie działo się w pośpiechu, zaś po wielu dniach w podróży, i wielu dniach zwiedzania świątyń, pojawił się w końcu syndrom lekkiego zmęczenia i chęci najzwyklejszego w świecie wypoczynku. Bangkok pasował do tego idealnie. Można było trochę pozwiedzać, a potem długo odpoczywać. Można było wszystko. Bo przecież to Bangkok!

O potencjale tego miasto wiedzieliśmy od dawna. Już wiele osób tam dotarło i duża część z nich chwaliła sobie to miejsce, jako jedne z najlepszych na świecie. A jednocześnie wracały w pamięci komentarze tych, którzy byli tam już jakiś czas temu – uważajcie! Kradną na potęgę, łatwo zostać otrutym, okradzionym. Słowa, że Bangkok jest niebezpieczny, nieprzewidywalny, groźny, ciągle powracały gdzieś w tle. Ale niebezpieczeństwo, które spędzało nam sen z powiek najbardziej, to trwające od miesięcy protesty. Coś w rodzaju tajskiego Majdanu, a jednak w swoim charakterze, zupełnie innego. Tutaj mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której dwa przeciwstawne obozy, oba mocne, wsparte rzeszami zwolenników, walczyły z pełną wiarą o coś, co w ich mniemaniu dla Tajlandii było najlepsze. Ci, którzy te protesty zainicjowali, blokowali od miesięcy normalne funkcjonowanie miasta. A jednocześnie wszyscy podkreślali, że nic z toczących się wydarzeń, nie ma wpływu na turystów. Turystom doradzano zaś, by po prostu w zapalnych miejscach się nie pojawiali. Większość posłuchała i skoncentrowała się w tych miejscach miasta, które uznać można za jak najbardziej turystyczne. I o tych właśnie miejscach co nieco Wam dziś opowiem.

***

W najbliższych postach nie będzie chronologii, bo nie chcę opowiadać, że w poniedziałek byliśmy tu, we wtorek tam, a w środę jeszcze gdzieś indziej. Opowiem Wam po prostu o kilku miejscach, które moim zdaniem warte są wspomnienia.

A zacznę od kompleksu, który w Bangkoku po prostu odwiedzić trzeba. Bo jest najbardziej niesamowitym zabytkiem, bo walą tam tłumy, bo jest po prostu piękny – Pałac Królewski w Bangkoku. Nie bądźcie zawiedzeni, gdy dowiecie się, że nie ma on 1500 lat. Nie ma nawet tysiąca. Ba, ma ledwo trzy wieki historii za sobą. Był siedzibą królów Tajlandii od XVIII do połowy XX wieku. Nie powinno Was to dziwić, jeśli zważycie na fakt, iż Bangkok to miasto młode. Jak na azjatyckie standardy szczególnie. Korzenie tego miasta sięgają zaledwie XV wieku. Kraków, dla przykładu, jest starszy o jakieś sześć wieków. Może i starością Was to miejsce nie zachwyci, ale splendorem i niesamowitą aurą z pewnością! Bo Pałac Królewski po prostu kipi złotem i jest esencją tajskiego stylu znanego z charakterystycznych dachów i sporej ilości używanego w architekturze i zdobieniach złota.

Do Pałacu docieramy od nas tuk tukiem, czyli najpopularniejszą formą transportu w Bangkoku (na krótkich dystansach). Oczywiście nie mamy specjalnego ciśnienia aby być tam z samego rana, więc na miejsce trafiamy w chwili, gdy słońce jest już dosyć wysoko, a Japończycy mają w garści cały kompleks. Zanim wkroczyliśmy do kompleksu, próbowano nas uczynić kolejnymi ofiarami oszustwa. Podchodzi do Was niezwykle miły gościu, coś zagaduje, coś Wam opowiada, coś Wam próbuje wskazać drogę, a przy okazji wspomina, że Pałac jest teraz zamknięty ponieważ odbywają się w nim jakieś ceremonie. Ale może Wam pokazać, zanim ponownie otworzą bramę za godzinę, jakąś inną świątynie obok. Nie dawajcie się nabrać! Pałac jest otwarty każdego dnia w określonych godzinach i nie zamyka się go na żadne ceremonie! A przemiłych osób próbujących Wam pokazać jakąś świątynkę, sklepik, czy cholera wie co jeszcze, jest w Bangkoku tak dużo, że po prostu nauczcie się ich ignorować. Ogólnie w Azji, szczególnie w wielkich turystycznych miastach, jeśli przychodzi do Was ktoś, kto bezinteresownie chce Wam pomóc albo coś pokazać, zapewne chce Was po prostu zaprowadzić do sklepu wujka czy knajpy kuzyna, gdzie będą się starać oskubać Was z każdego grosza.

Koniec końców trafiliśmy na miejsce. Wejście kosztuje 500 Bahtów, czyli 50 złotych, i po chwili ten niesamowity kompleks stoi przed Wami otworem. Ten jeden bilet pozwala na odwiedzenia kilku najważniejszych zabytków znajdujących się wewnątrz kompleksu. Dwa najważniejsze to oczywiście wspomniany Pałac oraz świątynia Wat Phra Keaw, inaczej znana jako świątynia szmaragdowego Buddy, która jest najświętszą budowlą sakralną w Tajlandii. Mieszczą się w niej Buddy ze złota, srebra, jeden naturalnej wielkości ze złota, a także dominujący nad wszystkim Budda ze szmaragdu. Posadzka, po której chodzi się bez obuwia, pokryta jest zaś srebrem. To co ważne, kompleks ten bezwzględnie wymaga odpowiedniego stroju – dłuższych spodni i zasłoniętych ramion. Tym, którzy przyjdą w krótkich spodenkach, pozostaje możliwość wypożyczenia długich spodni przy wejściu.

w Pałacu Królewskim
w Pałacu Królewskim, muszę przyznać, że żołnierz był odporny na tych wszystkich, którzy podchodzili do niego, żeby zrobić sobie wspólne zdjęcie
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok. Cała grupa w komplecie. Potem wszyscy rozpierzchli się w różnych kierunkach, by skupiać swoją uwagę na różnych rzeczach, które nas interesowały
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok, kilka pamiątkowych ujęć z Magdaleną
Pałac Królewski
Pałac Królewski, Magdalena-turystka i fotograf
zdobienia wewnątrz Pałacu Królewskiego
zdobienia wewnątrz Pałacu Królewskiego
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok, posągi Yakshy
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok, posąg kinnary
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok, posąg kinnary
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok
Pałac Królewski, Bangkok

W Pałacu spędziliśmy trochę czasu, ale ileż można oglądać jeden budynek sakralny za drugim. Ile można patrzeć się w oślepiające złoto, gdy słońce jest w pełni, a tłumy tysięcy odwiedzających obijają się o Ciebie. Najwyższy czas był ruszać dalej. W sumie to specjalnie daleko nie było. Wystarczyło wyjść główną bramą Pałacu, kupić sobie kawę mrożoną na wprost, i skręcić w lewo, by potem podążać wzdłuż białego muru okalającego kompleks. Idąc pieszo od głównej bramy pałacu w stronę kolejnej świątyni, warto przejść na drugą stronę ulicy, gdzue rośnie kilka drzew dających cień, który w Bangkoku jest naprawdę na wagę złota. Jednocześnie idąc zacienioną stroną trzeba założyć, ze spacer zajmie przynajmniej dwa razy dłużej. A to z powodu dziesiątek straganów, które rozkładają się wzdłuż chodnika.

Kolejnym równie ważnym i równie świętym miejscem, które postanowiliśmy tego dnia odwiedzić, była świątynia Wat Pho (znana też jako Wat Bo) – miejsce, gdzie przebywa gigantyczny, pozłacany leżący Budda. Jest tak ogromny, że trudno go ująć obiektywem aparatu, szczególnie, gdy operuje się ograniczonym obiektywem. Jest to największa, i prawdopodobnie najstarsza świątynia w Bangkoku. Leżący Budda ma 46 metrów długości i 10 metrów wysokości, a cała ta masa jest… pozłacana! Złoto aż kipi zewsząd. Ale to nie koniec rekordów. Na terenie świątyni, gdzie znajduje się ten najprawdopodobniej największy leżący Budda świata, znajduje się także 1000 innych posążków Buddy. Moja mama prawdopodobnie dostałaby tam zawału. Koszt wejścia to 100 Bahtów, czyli jakieś 10 złotych.

Wat Bo widziane z ulicy
Wat Bo widziane z ulicy
bilet do Wat Bo
bilet do Wat Bo
leżący Budda - jedyna perspektywa, gdzie można go ująć w całości
leżący Budda – jedyna perspektywa, gdzie można go ująć w całości
mnisi na terenie Wat Bo
mnisi na terenie Wat Bo
w kompleksie świątynnym Wat Bo
w kompleksie świątynnym Wat Bo
głowa Buddy na wysokości 15 metrów
głowa Buddy na wysokości 15 metrów

Nie mogę zaprzeczyć, iż Grand Palace jest naprawdę wielki. Bo jest. I robi równie wielkie wrażenie. Oczy po prostu latają jak oszalałe wokół i nie wiedzą na jakim punkcie się zatrzymać.  Podobnie z Wat Bo i złotym leżącym Buddą – coś jest w tym naprawdę niesamowitego! Jednocześnie jest to coś, i powiem to ponownie – jestem częścią tego „cosia”, co sprawia, że tych miejsc nie da się odbierać w taki sposób jaki by się chciało. Przewalające się wszędzie tłumy, dosłownie każdy cal zajęty przez kogoś, brak skrawka cienia (bo akurat siedzi tam 1345 Japończyków), sprawiają, że odwiedzający szybko się męczy. I nie ma na to lekarstwa. Nie ma pory, gdy jest ich mniej. Bo po prostu zawsze jest ich dużo.

Czasami zastanawiam się, jak wielkim sukcesem biznesowym (i estetycznym) byłoby coś takiego – wyobraźcie sobie – najbardziej rozpoznawalne miejsca na ziemi – Taj Mahal, odcinek chińskiego muru, Zakazane Miasto, Top of the Rock, Plac św. Piotra, Angkor Wat i cokolwiek co sobie wyobrazicie i dodacie na listę, przez ostatnią godzinę otwarcia oferowałby niezwykle drogie bilety wstępu dla limitowanej i z góry założonej ilościowo garstki ludzi, którzy chcą zapłacić i mieć święty spokój. Oczywiście zaraz podniósłby się szum i afera, i wiadomo, że zwykli ludzie nie mogą, a oni mogą. Ale jak sobie o tym myślę wspominając niektóre miejsca, które odwiedziłem na świecie, to dochodzę do wniosku, że tak, zapłaciłbym 100, 150, czy 200 dolarów za to, żeby w którymś z tych miejsc pobyć sam. Choć przez chwilę! Tysiąca już bym raczej nie zapłacił, bo nie byłoby mnie po prostu stać…

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

4 comments on “Bangkok. Świątynie i pałace stolicy Tajlandii

  1. Jestem akurat w Bangkoku i musze przyznać że jestem trochę rozczarowana , wszyscy zachwycają się tym poniekąd magicznym miejscem a ja nie widzę tu nic pięknego tylko bród, smród spalin i nie tylko. Świątynie owszem ładne ale takich tysiące w całej Azji. Ciesze się że jutro wylatuje my na Krabi , zobaczymy co nas tam czeka . pozdrawiam Anna

    Polubienie

  2. Pingback: 2014. Rok niesamowitości | WOJAŻER

  3. Pingback: Co się robi w Raju? czyli Tajlandia Południowa | na etacie przez świat

  4. Marcinku to byly inne czasy.ha ha ha

    ,

    Polubienie

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s