Azja Gruzja

Gruzja | trekking w Swanetii

Swanetia. 10 czerwca 2013 roku to był nasz cel, nasz mini Mount Everest. Postanowiliśmy powędrować na granie ponad jeziorem Koruldi, u podnóży góry Ushba wznoszącej się ponad 4700 m.n.p.m. Nasza czteroosobowa ekspedycja to totalny misz masz – dwóch zapalonych kolarzy (ja i Michał), moja siostra (Asia) oraz senior naszej wyprawy, prawie siedemdziesięcioletni Adam. Każdy z nas kocha góry, ale dawno w nich nie był. Michał naliczył prawie 3 lata od ostatniego chodzenia po Tatrach, Adam…to już nawet trudno było zliczyć. Moja siostra, najbardziej zapalona, też specjalnie po górach ostatnio nie chodziła, gdyż mieszka nad morzem. A ja? Ja nadal pamiętałem moje wyjście z Asią na Krzyżne we wrześniu 2011 roku. Ważyłem wtedy sporo i sporo też paliłem, więc fakt, że przeżyłem, należy docenić. Szczerze, od tamtego wyjścia myślałem, że nie prędko wybiorę się na jakąkolwiek drogę krzyżową, ale góry to góry i miłość do nich potrafi wrócić po latach. Gdy w styczniu tego roku zobaczyłem z oddali górę Kazbegi, pomyślałem, że w Gruzji góry to prawdziwie malowniczy krajobraz, po prostu cudowny, taki wbijający się w pamięć. A gdy w książkach i na zdjęciach odkryłem Swanetię, byłem po prostu pewien, że muszę, że chcę tam dotrzeć.

Po jednodniowej aklimatyzacji i odpoczynku po długiej wyprawie, musieliśmy podjąć decyzję co do trasy. Wyprawa w bezpośrednią okolicę Ushby była zbyt ambitna, czasochłonna i wymagająca dojazdu do punktu startowego. W centrum informacji turystycznej w Mestii polecono nam dwie trasy – do jeziora Koruldi lub do języka lodowca położonego w odrobinę innej okolicy. Teraz, z perspektywy czasu, wiem, że dokonaliśmy dobrego wybory idąc w stronę wysokogórskiego jeziora. Lodowiec nawet w małym procencie nie zapewniłby nam takich widoków jak ta trasa. Po typowym gruzińskim pijaństwie dzień wcześniej, udało nam się jednak wstać wcześnie rano i lekko po godzinie 7:00 wszyscy byli odświeżeni i przygotowani do wyjście. Skonsumowaliśmy porządne gruzińskie śniadanie, przygotowaliśmy zapasy i tuż przed 8:00 rano wyruszyliśmy na naszą malowniczą trasę. Rozpoczynała się ona w centrum Mestii. Mijaliśmy posterunek policji i rynek, by zaraz potem skręcić w lewo w kierunku słynnych wież. Stromymi uliczkami wspinaliśmy się w górę w kierunku czerwonego szlaku, który de facto jest szlakiem żółtym, a czasami pomarańczowym, o czym wcześniej nas poinformowano, abyśmy nie czuli się zdezorientowani.

Pierwszy solidny wysiłek rozpoczął się, gdy musieliśmy z przyjemnej łąki przejść dosyć kamiennym, stromym podejściem do kolejnego punktu, z którego widoczne było miasto. Temperatura dawała nam coraz bardziej popalić, nie tylko ze względu na wysiłek, ale także z powody niezwykle silnego słońca, przed którym, jak sobie potem przypomnieliśmy, gdzie jak gdzie, ale w górach należy się chronić.Po kilku minutach wspinaczki stromymi uliczkami miasteczka wyszliśmy na łąkę, z której widoczne było miasto oraz otaczające je zewsząd góry. Wszyscy jeszcze chwaliliśmy pogodę za przyjemną temperaturę i jakże piękne słońce. Jak wiadomo, nie wolno chwalić dnia przed zachodem słońca, jednakże już wtedy miałem to przeczucie, że najprawdopodobniej udało nam się wstrzelić w pogodową lukę. Jeszcze w Polsce, gdy śledziłem prognozy pogody, byłem przekonany, że deszcz da nam popalić.

We wspomnianym wcześniej punkcie, po ominięciu wielu, bardzo wielu krów, zauważyliśmy coś, co krowy nie przypominało. Przypominało zaś niedźwiedzia. W naszym kierunku zmierzał gigantyczny pies. Pomyśleliśmy, że zapewne pilnuje stada, które wcześniej mijaliśmy. Stwierdziliśmy, że zrobimy sobie z nim zdjęcie, po dobrze się prezentuje, że pewnie on sobie już pójdzie i w ogóle takie tam. Jakie było nasze zdziwienie, gdy pies odejść nie chciał. Mało tego, szedł przed nami wskazując nam dokładnie, gdzie mamy zmierzać. Gdy zatrzymywaliśmy się na odpoczynek lub zdjęcia, on zatrzymywał się z przodu i czekał. A gdy był za daleko, po prostu wracał po nas i upewniał się, że wszystko jest w porządku. I tak nasza wyprawa zwiększyła swoją liczebność z czterech na pięciu podróżników. „Baca” – bo tak nazwaliśmy naszego psa przewodnika, towarzyszył nam do samego szczytu i dał nam więcej radości niż cokolwiek innego! Do tej pory pamiętam jego smród i ten fajny, przyjacielski wzrok.

Gdy Mestia znikła nam z oczu, weszliśmy w las. Przecinaliśmy małe potoki, które wciąż toczyły wodę z topiących się lodowców i śniegu zalegającego wysoko w górach. Baca raz po raz kładł się w wodzie i odpoczywał czekając aż go dogonimy. Po kilku zejściach w dół, by znów włazić pod górę, doszliśmy do hal, gdzie wypasana jest zwierzyna. Zwierzęta akurat były w dolinie, więc towarzyszyły nam tylko wszędobylskie drewniane płoty mocowane porządnym drutem. Nagle, gdy weszliśmy na ten otwarty teren, góry mające cztery tysiące metrów stały się jakoś bliższe, bardziej osiągalne i namacalne.Przed nami jeszcze jedno wzniesienie z którego idealnie widać było stare, historyczne wieże Mestii, a także, gdyby spojrzeć w lewo, lotnisko, które także w tym małym miasteczku istnieje. Przyznam, że nie widziałem ani jednego samolotu lądującego czy startującego na tej płycie, jednakże ponoć połączenie z Tbilisi jest i ponoć jest obsługiwane przez narodowego przewoźnika. Bilet z Tbilisi do Mestii jest także tani, z tego co słyszałem, jednakże na stronie gruzińskich linii lotniczych połączenia takowego nie widziałem.

Na łące zrobiliśmy sobie mały odpoczynek a i Baca skorzystał z okazji i wybiegał się po w miarę płaskim terenie.

Niejako zahipnotyzowani widokiem majestatycznych szczytów, stanęliśmy na rozdrożu i jak to bywa w Gruzji, akurat nie było znaku mówiącego „tutaj idzie szlak”. Chcieliśmy być mądrzy, więc wybraliśmy ścieżkę, która wydawała nam się właściwa. Baca zaszczekał kilka razy i poszedł drugą. Byliśmy przekonani, że idziemy prawidłowo, jednakże koniec końców, okazało się, że musieliśmy zejść na dół i dojść do ścieżki którą poszedł pies. On oczywiście już tam czekał a zraz obok niego znak z wymalowanym kolorem szlaku. Postanowiliśmy nie eksperymentować w drodze do szczytu.

Powoli zbliżaliśmy się do pierwszego ważnego punktu naszej wyprawy – do krzyża na szczycie górującym nad miastem, do miejsca z którego rozpościerała się niesamowita panorama Kaukazu. Dosłownie wszędzie wokół jak wzrokiem sięgnął widać było ośnieżone szczyty.

Michał radował się już, że do jezior blisko, podobnie jak ja. Jak się później okazało, przed nami była jeszcze bardzo długa droga i lekka zmiana klimatu. Jednak wtedy nie myśleliśmy o tym. Popijaliśmy herbatę z termosu z polską wkładką, czyli wiśniówką w plastikowej butelce kupioną jeszcze na lotnisku w Katowicach.Gdy dotarliśmy na miejsce, usiedliśmy przy krzyżu i zarządziliśmy półgodzinną przerwę regeneracyjną. Najśmieszniejsze było to, że krzyż ten pięknie widać z centrum miasteczka i wydaje się on być na wyciągnięcie ręki. W prostej linii wydawałoby się, że można do niego dojść raz dwa, a jednak samo dotarcie do tego miejsca to niemała wyprawa.

Słońce grzało coraz bardziej, jednak szczyt góry Ushba przykryty był szczelnie szarymi chmurami. Po regeneracji zwinęliśmy nasze obozowisko i ruszyliśmy dalej, pełni nadziei, że zaraz dojdziemy do jeziora Koruldi.

Gdy dotarliśmy na wysokość 2600 metrów, pogoda diametralnie się zmieniła. Zrobiło się chłodno a chmury były jakoś bliżej. Wszędzie zalegały jeszcze resztki śniegu, z czego ewidentnie cieszył się Baca. My, co dopiero spaleni słońcem, musieliśmy ubrać kurtki i co by tu dużo mówić – nadszedł czas, by cieszyć się czerwcowym śniegiem!

Gdy w końcu dotarliśmy nad jezioro Koruldi, takie gruzińskie Morskie Oko, nastąpiło gwałtowne załamanie pogody. Na szczęście nie była to ulewa, ani też burza. Po prostu, 10 czerwca po 13:00 na wysokości około 2800 metrów nad poziomem morza, złapał nas porządny… grad. W sumie cieszyliśmy się, bo wszystko było lepsze od deszczu.

Po dłuższym odpoczynku na szczycie, przyszedł czas na powrót. I co tu dużo mówić – to on wykończył nas najbardziej. Adam, nasz harnaś-senior, człowiek twórczy, wynalazł nową dyscyplinę sportu: skrótking (ang. scrooting). Polegała ona na tym, że gdziekolwiek się dało, czy ściana mega pochyła, czy prawie pionowa, przecinaliśmy łąki, pastwiska, lasy, wszystko co się dało, by nadrobić czas i skrócić drogę. O ile niektóre skrótingi (tzw. soft skrótingi) należały do spokojnych i przyjemnych, o tyle niektóre, szczególnie ostatni, tzw. hard skróting, totalnie nas wyniszczyły. Skutki owych skrótów czułem przez wszystkie ostatnie dni, a moje kontuzjowane w przeszłości kolano odczuwa do dziś. Adam, najstarszy członek załogi, wykazał się takim hardcorowym podejściem do skracania drogi, że na pewnym etapie myśleliśmy, że go udusimy. Szczególnie wtedy, gdy raz postanowiliśmy, że idziemy szlakiem, tylko po to, żeby po chwili ruszyć za Adamem. Po leśnej gęstwinie i na prawie płaskiej ścianie ciągle tylko krzyczeliśmy „Adam, gdzie jesteś!?”, by po chwili usłyszeć „ja już na łące, na dole!”.

Przeszliśmy prawie 25 kilometrów w 9 godzin. Każdy z nas spalił prawie 6000 kalorii. Każdy z nas dorobił się mega zakwasów, ja walczyłem z kolanem, które odmówiło posłuszeństwa po powrocie do Polski. Adam z racji jasnej karnacji walczył z oparzeniem któregoś tam stopnia na twarzy i rękach. Moja siostra nie walczyła chyba z niczym, ale po niej to też trudno poznać. Choć zważywszy na fakt, że następnego dnia przez kilka godzin marudziła, żebyśmy poszli na lodowiec (16 kilometrów), to pewnie ta wycieczka jej specjalnie nie ruszyła.

Pod koniec naszej trasy marzyliśmy tylko o jednym – zimnym piwie. Na szczęście to marzenie udało się zrealizować dosyć szybko i sprawnie. Gorzej, że tego dnia postanowiliśmy uczcić naszą drogę za pomocą czaczy – gruzińskiego bimbru. Gdy jeszcze piliśmy czaczę z plastikowej butelki, taką domowej roboty, którą otrzymaliśmy od naszej znajomej – Eki – wszystko było w porządku. Poszliśmy sobie nad wezbraną rzekę, gdzie lekka, przyjemna bryza sprzyjała dobrej, zakrapianej zabawie.

Prawdziwe zło zaczęło się, gdy poszliśmy na chinkali (duże gruzińskie pierogi z mięsem) do restauracji Leila w centrum Mestii. Wspomniane chinkali postanowiliśmy zapić czaczą, jednak ta w Leila miała jakieś 20% więcej niż tak, którą piliśmy wcześniej. Tak więc piliśmy alkohol który sięgał 70% i wydawało nam się, że wszystko jest w porządku. I przez długi czas było – poznaliśmy Australijczyków, których zaprosiliśmy do stołu, potem POlaków, z którymi odśpiewaliśmy różne polskie pieści, wieczór był wspaniały. Problemy zaczęły się, gdy zamówiłem drugą butelkę, czego przyznam szczerze, nie pamiętam. A od większych problemów uratował nas fakt, że w pewnym momencie zawołałem po rosyjsku przechodzącego obok Gruzina (ewidentnie pod wpływem) i zapytałem się go, czy zechce się napić z nami za przyjaźń polsko-gruzińską. Zechciał. Nalałem mu więc to, co zostało, o ile pamiętam szklankę wielkości puszki coli, po czym wzniosłem toast. Poradził sobie bez problemu. Cóż, powrót do domu to prawdziwe Kac Vegas i chyba każdy z nas coś po drodze zagubił. Jeden kluczyki do samochodu, inny kartę płatniczą, ale cóż – wspomnień pozostało nam wiele.

Gdy następnego dnia rano siedzieliśmy niczym duchy na schodach przy balkonie, drogą przechodził Gruzin, któremu w nocy polałem. Uśmiechnął się, pomachał ręką i przywitał się z daleko. Oni to mają głowę do codziennych imprez – pomyślałem.

Ostatniego dnia pobytu w Mestii Asia bardzo męczyła nas o to, żebyśmy poszli do języka lodowca. Jakieś 16 kilometrów marszu. Jednak pogoda była dosyć niepewna, a nasza forma, powiedzmy sobie szczerze, bardzo przeciętna. Adam gotował się z powodu oparzenia słonecznego, Michał cierpiał z przejedzenia, ja miałem ogólnego kaca, a każdemu zaczęły się odzywać mięśnie, o których istnieniu zapomnieliśmy. Aby dogodzić mojej siostrze, wpadłem na genialny pomysł. Poszliśmy do sklepu w centrum Mestii i zapytałem się pierwszej lepszej sprzedawczyni, czy zna jakiegoś kierowcę, który zawiózłby nas tak daleko jak się da, a resztę do lodowca przejdziemy pieszo. Było to o tyle sprytne, iż wiedziałem, że do lodowca większość trasy wiedzie doliną, po której jakieś auto zapewne przejedzie. Sprzedawczyni wykonała telefon, zakomunikowała mi cenę i szybko dobiliśmy targu. Za bardzo przyzwoitą kwotę pojechaliśmy w czwórkę nieśmiertelnym fordem transitem. Nie powiem, że dojechaliśmy szybko, bo tak wyboistej i kamiennej drogi to chyba nigdy nie widziałem. Kilka razu musieliśmy przejechać przez rzekę, wszystko to sprawiało, że wybujało tam nas solidnie. Jednak po długiej jeździe w końcu dotarliśmy do miejsca, z którego mogliśmy wystartować na lodowiec. Mieliśmy godzinę, by przebiec do lodowca i z niego wrócić. Ponad 3 kilometry sprintu pod górę i biegu na dół (z czego połowa po ogromnym rumowisku głazów), dobiły moje kolano, jednak było warto. Veni, vidi, vici – pomyślałem.

Gdy wróciliśmy z lodowca, mieliśmy przed sobą jeszcze kilka godzin na odpoczynek przed długą drogą powrotną do domu. I jak zawsze to bywa w przypadku wyjazdów, tuż przed wyjazdem z Mestii, poznałem kogoś ciekawego. Wszedł do naszego gościńca i pytał się, ile kosztuje nocleg. Nie było akurat właścicieli a sam nie mówił po rosyjsku, więc pomogłem trochę w tłumaczeniu. I tak wywiązała się rozmowa. Ma na imię Will, a gdy usłyszeliśmy, że do Mestii przyjechał na rowerze, ja i Michał wybiegliśmy pooglądać jego sprzęt. Przy okazji poznaliśmy kolejnego wspaniałego wariata. Jest Amerykaninem, który zafundował sobie dwuletnią wycieczkę dookoła świata. Cóż, to też nie jest zły pomysł. Zamiast jak ja, jeździć co roku po trochę, można wszystko zobaczyć od razu i potem skupić się na budowaniu domu, płodzeniu dzieci i pracą za biurkiem. Tak czy inaczej… Will stwierdził będąc w Turcji, że trochę swoją podróż zmodyfikuje. Kupił rower i postanowił, że dojedzie nim do… Malezji. Ma przed sobą takie kraje jak Azerbejdżan, Kazachstan, Tadżykistan, Chiny etc. Podziwiam tego wariata podwójnie, jako zapalony podróżni i rowerzysta. Will przyznał, że 75 kilometrów, które zrobił do Mestii to był jego najtrudniejszy dzień w tej podróży. Nie dziwię mu się, gdybyście zobaczyli tą drogę na żywo, zwątpilibyście!

IMG_4435

Zainteresowanych dalszymi losami Willa zapraszam do jego bloga: Blog Willa

I tak, po trzech dniach pobytu w Swanetii, przyszedł czas na powrót. Przed nami 4 godziny samochodem, 6 godzin czekania na lotnisku, 3 godziny lotu i dwie godziny samochodem do Krakowa – 15 godzin, które odsypiałem przez cztery kolejne dni.

Jednak z tych piętnastu godzin najbardziej wymęczyła nas jazda samochodem. Nie z powodu jakichś niewygód, tylko z powodu tego, jak jeżdżą Gruzini. Ja myślałem, że najgorsze było w górach, kiedy nasz kierowca o zmroku a potem w nocy wchodził w zakręty przy 90 km / h. Nie, to nie było najgorsze. Najgorsze było, jak wyjechaliśmy z obszaru góry i wjechaliśmy do miast i wsi. Noc, pada deszcze, kierowca ma auto-anglika, a my dajemy 140-150 km/h. O wyprzedzaniu nie będę Wam opowiadać, dodam tylko, że raz po raz na środku drogi stała sobie krowa, albo przebiegł jakiś koń. Gdy wysiedliśmy na lotnisku, papieros smakował jak nigdy wcześniej!

Jednakże muszę przyznać, iż nasz kierowca, rasowy Gruzin-kierowca, fach miał w ręku i wiedział co robi, więc jak widać, nie zabił nas. Chodzi po prostu o to, że Europejczyk ma wpojone pewne zasady. Nawet ten, który je łamie. W tym kraju nasz pirat drogowy to grzeczny kierowca.

Tak czy inaczej, wróciliśmy padnięci, ale spełnieni jak nigdy, szczęśliwi, i pełni niesamowitych wspomnień! Już planujemy kolejny trekking w Gruzji, tym razem w rejonie Kazbegi. Ale to już pewnie przyszły rok! Gdy tam dotrzemy, na pewno Wam o tym opowiem!

PS: chciałbym serdecznie podziękować naszej znajomej Gruzince – Ekaterinie, za wszystko co dla nas zrobiła, za całą pomoc, i za 6 litrów wina, które sprawiło, że pierwszej nocy wyśpiewaliśmy prawie cały śpiewnik polski! Dziękujemy!

22 comments on “Gruzja | trekking w Swanetii

  1. Pingback: Uszba,Uszba pokaż rogi…Trekking w Swanetii cz. 1 – Szukając słońca

  2. Ten wpis pozbawił mnie jakichkolwiek wątpliwości, czy warto się tam wybrać 🙂 Będę tam dokładnie za tydzień i trzymam kciuki żeby pogoda dopisała! Dzięki za rady! 🙂

    Liked by 1 osoba

  3. Pingback: Uszba,Uszba pokaż rogi…Trekking w Swanetii cz. 1 | Szukając słońca

  4. Do jeziorek nie doszłam,bo….śpieszyłam się do kantoru, kóry zamykali o 18 😉 A co do psa Bacy, to coś mi się wydaje, że go widziałam, chwilę szedł za mną,ale niedługo – chyba się postarzał i już mu się nie chciało.

    Liked by 1 osoba

    • Ach, ależ bym tam wrócił! Dziś siedzieliśmy z Bartkiem i Zviadem i chłopaki omawiali wyjazd Bartka w tamten rejon a ja sobie słodko wspominałem! Jesteś na miejscu czy już w Polsce? Pozdrawiam!

      Lubię

  5. Marcin ,daj dokładne namiary na psa. Jade za tydzien

    Lubię

  6. Swanetia to jeden z celów na nasz kolejny wyjazd do Gruzji. Może już wiosną/wczesnym latem?

    Lubię

  7. Piękne widoki! Muszę się kiedyś wybrać do Gruzji, bo co chwilę widzę jakieś relacje i zdjęcia stamtąd i aż mnie kusi, żeby kupić bilet, pojechać tam, a studiami pomartwić się później.. Na szczęście kończę je już w czerwcu, więc kiedyś zafunduję sobie także wizytę na Kaukazie 🙂
    Uwielbiam takich mega pozytywnych i zakręconych ludzi jak Will! Inspirują i udowadniają, że podróże to też sposób na życie i że „chcieć to móc”!

    Lubię

    • Jasne, że chcieć to móc. Chcesz lecieć, kupujesz bilet i lecisz 😀 A potem jest tylko lepiej.
      „Gorzej”, że takie hobby staje się nałogiem i/lub sposobem na życie. 🙂
      PS: mnie kusi Kaukaz zimą ze skiturami. 😀

      Lubię

  8. Przepiękne krajobrazy!
    Gruzja jest na szczycie naszej listy miejsc do zobaczenia.
    A jak będziemy się wybierać w tamtejsze góry – z przyjemnością wrócimy do tego wpisu.

    Lubię

  9. Fantastyczna sprawa! Piękne widoki!
    Naszym mini Ewerestem na razie była japońska Fuji-san, ale apetyty nam już bardzo wzrosły.

    Lubię

  10. Super że mieliście okazje zobaczyć tak piękne góry. Ja byłam tylko w Polskich górach. Da się porównać w ogole góry w Polsce a góry w Gruzji?

    Lubię

    • Ja raczej nie porównuję gór, bo każde mają swój urok. Będąc w Swanetii jest się wyżej niż w Tatrach, ale tatrzańskie szlaki moim zdaniem są bardziej wymagające. Nie da się jednak ukryć, że góry Kaukazu są majestatyczne!

      Lubię

  11. Cześć!
    Byliśmy w tamtym tygodniu w Gruzji i spotkaliśmy tego samego psa w tym miejscu!!
    Po przeczytaniu tego artykułu mięliśmy taką nadzieję i tak się stało 🙂

    Lubię

  12. Po zdjęciach widać jak szybko śniegu ubywało. My byliśmy w Mesti w ostatnim tygodniu czerwca i przy jeziorkach Koruldi śniegu już nie było za wiele. Zawsze miło mi się ogląda czyjeś ujęcia z odległych miejsc, które znam i w których byłem. 🙂

    Lubię

Podobał Ci się artykuł? Chcesz coś dodać? A może się nie zgadzasz? Zostaw komentarz, doceń pracę autora.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s