Europa Niemcy

Berlin Zachodni. Odkryj atrakcje dzielnicy Charlottenburg

Berlin odkrywany na nowo, przewodnik po jego zachodniej połowie.

Berlin. Wiele lat musi upłynąć zanim człowiek nauczy się doświadczać stolicy Niemiec. Ta wielka-mała metropolia to specyficzne miasto. Dla kogoś, kto przyjeżdża tam z Krakowa, to wielki gigant zaś dla kogoś, kto przybywa z wielkich amerykańskich ośrodków, to przyjemne miasto do życia lub chociażby odwiedzin. Z pewnością jest ono tak bardzo wielowątkowe, że trudno zamknąć je w jednej opowieści czy w pojedynczym przewodniku. Berlin należy odkryć dla siebie, indywidualnie, dokładnie w taki sposób, w jaki chcemy go zapamiętać.

Jak wielu przede mną, także i ja przybywałem do stolicy Niemiec jako klasyczny turysta. Tak, byłem pod Bramą Brandenburską. Tak, zwiedziłem Reichstag, katedrę też. Stałem pod resztkami Muru Berlińskiego, spoglądałem na Checkpoint Charlie. Poza klasycznymi atrakcjami były to często także odwiedziny biznesowe, prywatne. Nawet podczas ostatniej wizyty nadrobiłem muzeum, którego nie udało się zobaczyć poprzednio. Tak pojawiał się ów Berlin i znikał w moich życiowych szlakach, aż to tego roku.

Teraz jednak postanowiłem wrócić do części Berlina, w której w ostatnich latach bywałem często, głównie biznesowo, jednak nigdy paradoksalnie nie było sposobności, aby poznać ją lepiej. To tam, na wielkie targi ITB Berlin, wybierałem się co roku przed pandemią. Wieczorami bywałem w urokliwych zakątkach dzielnicy Charlottenburg i to właśnie na nią oraz na jej okolicę, postawiłem podczas tego letniego pobytu.

Inspiracją do spędzenia czasu na określonym obszarze miasta była pewna lektura, która niedawno wpadła w moje ręce. Dzięki niej spojrzałem na mapę miasta w zupełnie nowy sposób i zdałem sobie sprawę z tego, że większość turystycznych peregrynacji po stolicy Niemiec odbywała się na terenie… Wschodniego Berlina, dawnej stolicy socjalistycznej NRD.

Dzisiejszy Berlin to, jakby na to nie patrzeć, jedna całość sklejoną z dwóch, kiedyś tak bardzo różnych połówek. Tą drugą przez dziesięciolecia był Berlin Zachodni, kapitalistyczna enklawa na terenie NRD. Ten zachodnioberliński element był ważnym motywem przewijającym się przez wizytę w stolicy Niemiec.

Zanim więc ruszymy w podróż po najciekawszych miejscach, które udało mi się odwiedzić, zanurzmy się w odmęty historii, które pozwolą nam lepiej zrozumieć miejsce, do którego dziś podróżujemy.

Dlaczego istnieją de facto dwa Berliny?

W okresie między 1961 a 1989 rokiem Berlin pozostawał miastem podzielonym przez niesławy mur berliński. Zachodnia część metropolii, z racji tego, iż pozostawała ona elementem nieradzieckim na terytorium socjalistycznej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, została całkowicie otoczona przez mur. To pęknięcie poetycko porównała do rozbitego na pół talerza Dorota Danielewicz, autorka książki „Berlin. Przewodnik po duszy miasta”. Obie połówki rozbitego talerza przez trzy dekady leżały obok siebie i pozostając zupełnie różnymi, ciągle rodziły dziwne osobliwość. Po dziś dzień z kolei cały czas się sklejają!

Berlin Zachodni składał się z dzisiejszych dzielnic Tiergarten, Kreuzberg, Charlottenburg, Wilmersdorf, Reinickendorf, Spandau, Steglitz-Zehlendorf, Neukölln, Schöneberg, Tempelhof i Wedding.Trzy z nich – Charlottenburg, Wilmersdorf oraz Spandau, poznawałem bliżej podczas tej właśnie wizyty.

Polityczna i kulturowa specyfika Berlina Zachodniego przełożyła się w sposób bezpośredni na to, czym jest to miejsce dziś. Mieszkańców tego specyficznego tworu zarządzanego przez trzy mocarstwa – USA, Wielka Brytanię i Francję – obowiązywały zupełnie inne zasady aniżeli mieszkańców NRD czy chociażby RFN – nie służyli oni chociażby w wojsku, stąd osiedlało się tu sporo osób o pacyfistycznych poglądach, nie obowiązywały godziny zamknięcia barów, przez co kwitło tu życie nocne pełne neonów, gwarnych miejsc i osobliwych kultur. W Berlinie Zachodnim kwitło życie artystyczne, kulturowe, handlowe.

Dziś, w zjednoczonym mieście śladem dawnego podziału jest to, iż można odnieść wrażenie, że Berlin posiada de facto dwa „centra miasta” – Mitte w samym centrum oraz Charlottenburg ze swoją pełną glorii aleją Kurfürstendamm, potocznie zwaną Ku’damm.

Berlin. Atrakcje dzielnicy Charlottenburg

To od tego miejsca, od tłumnie zapełnionego ludźmi Ku’damm rozpoczynam swoją przygodę z berlińskim Charlottenburgiem. Architektonicznie jest to podróż w czasie od okresu belle époque przez niedawny Berlin Zachodni po dzisiejszą odsłonę dzielnicy. Obszar, który w XIX wieku stanowił oazę nowobogackich mieszkańców metropolii, dziś wraca do swojej glorii z przeszłości.

Okolice Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma, od którego to punktu rozpoczynamy nasz spacer, w słusznie minionej przeszłości stały się sercem starego Berlina Zachodniego i „oknem na Zachód” ze sklepami, życiem nocnym i niesamowicie rozwiniętą kulturą. W latach od zjednoczenia na tym obszarze przeprowadzono wiele remontów, prac i inwestycji, które ciągle odmieniają jej twarz, ale także nadają jej niezwykle eleganckiego i międzynarodowego stylu.

Stańmy przed chwilą przed Gedächtniskirche – Kościołem Pamięci. W przeszłości była to monumentalna świątynia ewangelicka ufundowana przez Cesarza Wilhelma II. Pod koniec 1943 roku została ona zniszczona w wyniku alianckiego bombardowania. Architektoniczny kikut, który widzimy dziś, jest elementem, który pozostawiono jako antywojenny symbol. Ciekawe jest jednak to, co wydarzyło się wokół pozostawionej wieży. Postawiono bowiem wokół niej ośmiokątną nawę, sześciokątną dzwonnicę, czworokątną kaplicę i kruchtę. Koniecznie wejdźcie do świątyni, której szklane ściany składające się z 30 000 elementów będących dziełem francuskiego artysty Gabriela Loire, robią niesamowite wrażenie swoją innością.

To chyba jedyny kontakt z sacrum podczas wizyty w Berlinie, gdyż już po wyjściu z niezwykle interesującego punktu, jakim jest świątynia, trafiamy do innej świątyni – kapitalizmu. Wspomniana wcześniej Kurfürstendamm to długa i niezwykle elegancka aleja pełna sklepów najbardziej rozpoznawalnych, światowych marek. Nadmierna konsumpcja nie jest czymś szczególnie bliskim mojemu sercu, więc sklepy jako przybytki wspomnianej konsumpcji nie należą do szczególnie ważnych punktów na mapie naszego zwiedzania, jednak budynki, w których się znajdują są już czymś, na co warto zwrócić uwagę. Kurfürstendamm to bowiem wspaniała architektonicznie arteria, która jest w dodatku idealnie obsadzone drzewami, co sprawia, że spacery po niej to istna przyjemność. Warto także odbijać co chwilę w uliczki odchodzące od Ku’damm. Tam, w tym bocznych zakamarkach odnajdziecie bowiem wspaniałe restauracje, kawiarnie, bary oraz butiki.

Jeśli zaś chodzi o zakamarki Charlottenburga, każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Miłość od pierwszego wejrzenia przydarzyła mi się, gdy wysiadłem na stacji S-bahn Savignyplatz. Dźwięczna nazwa już samą sobą obiecywała coś wyjątkowego. Gdy zszedłem na poziom ulicy, zupełnie wsiąkłem w wieczorną, knajpianą atmosferę. Kwartały od stacji S-bahn przez ulice Niebuhrstraße, Mommsenstraße aż po Walter-Benjamin-Platz to istne eldorado dla miłośników przebywania w towarzystwie lokalnych mieszkańców.

Knajpy, restauracje, kawiarnia – wszystkie te uciechy ciała, doznania naszych kubków smakowych, naszych nozdrzy i naszego wzroku, wzbogacić możemy doznaniami artystycznymi i wizualnymi. Charlottenburg mieści bowiem w swoich granicach dwie świetne instytucje kultury: C/O Berlin oraz Muzeum Fotografii. Obie odwiedzimy spacerując z Savignyplatz w kierunku słynnego berlińskiego dworca ZOO. Tuż przed nim, po dwóch stronach ulicy, odnajdziemy obie wspomniane instytucje kultury.

C/O Berlin to jeden z symboli odradzającej się świetności Charlottenburga. Ta modna galeria zdjęć ulokowało się w budynku znanym kiedyś jako Amerikahaus. Kiedyś była to to instytucja, która powstała po zakończeniu II wojny światowej, aby zapewnić Niemcom możliwość lepszego poznania amerykańskiej kultury i polityki oraz zaangażować ich w dyskusję i debatę na temat stosunków transatlantyckich. Dziś to miejsce, gdzie swobodna architektura z lat 60. doskonale łączy się ze współczesną estetyką i sztuką.

Genialna jest także obecna wystawa – 24 godziny w zdjęciach holenderskiego artysty Erika Kesselsa. Wciąga on odwiedzających do przebrnięcia przez morze trzystu pięćdziesięciu tysięcy dziko rozrzuconych standardowych odbitek fotograficznych symbolizujących ilość zdjęć przesłaną do serwisu Flickr w ciągu jednego dnia, kilkanaście lat temu.

To wspaniałe miejsce do zadania sobie pytań na temat współczesnej fotografii w mediach społecznościowych. Przekształcenie fotografii w jeden z najważniejszych środków komunikacji społecznej to multum wątków, o których powinniśmy codziennie debatować: jak rozpoczynają rewolucje, jak pobudzają protesty społeczne czy w końcu, jak przyjmują formę współczesnej cenzury poprzez działanie algorytmów mediów społecznościowych.

Drugie muzeum – Museum für Fotografie – zabiera nas z kolei w przeszłość. Przeszłość ta ma jednak bardzo wyraźną twarz i jest nią Helmut Newton. Nie ma pasjonaty fotografii, który nie znałby tego nazwiska. Helmut Newton jest jednym z najważniejszych fotografów mody i aktu XX wieku. Stała wystawa nazywana jest prywatną własnością Helmuta Newtona i prowadzi nas przez jego życie. Wystawy czasowe pokazują z kolei słynne kolekcje jego fotografii. Dużo nagości, dużo piękna, dużo niesamowitej estetyki, którą trudno odnaleźć w dzisiejszych, cyfrowych czasach.

Po wielu spacerach w sercu Charlottenburga przyszedł czas na podróż w czasie. Aby ją odbyć, porozmawiajmy przez chwilę o odległościach. Mam w zwyczaju przemieszczać się pieszo po jakichkolwiek miastach, w których bywam. Berlin jest inny. Nawet spędzając lekko przedłużony weekend w zaledwie części miasta, odległości, które pokonywałem, były nie do zrobienia pieszo.

W dniu, w którym przeszedłem łącznie trzydzieści kilometrów, z metra, autobusów czy kolejek skorzystałem kilkanaście razy. Dlatego też ruszając w miejsca, o których wkrótce wspomnę, zaopatrzcie się w bilet dzienni, dwudniowy lub trzydniowy. Takim rozwiązaniem dla turystów przybywających do Berlina jest karta Welcome Berlin Card, która łączy w sobie bilet na wszystkie rodzaje transportu w mieście oraz zniżki do odwiedzanych atrakcji. Dla przykładu trzydzieści trzy euro, które zapłacicie za 72-godzinny bilet szybko zwrócą się Wam w samych obniżonych biletach do muzeów i atrakcji. Poza wspomnianym biletem polecam Wam także zainstalowanie sobie na telefonie aplikacji Going Local Berlin – to cała masa inspiracji, wskazówek i miejsc, które polecane są także przez Berlińczyków. Jeśli do tego dodacie Google Maps do sprawdzania jak przemieścić się komunikacją z punktu A do B, będziecie się czuć jak w domu.

Podróż w przeszłość to wycieczka po wielu punktach ogromnego obszaru dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf oraz przylegającego do niej Spandau. Przeprowadzi nas od czasów dawnego Berlina przez chwile jego świetności aż po ciemne karty niemieckiej historii i jej skutki. To świetny wypad pozwalający zrozumieć dzieje rozwijającego się a potem zniszczonego miasta.

Wycieczkę, na którą polecam Wam cały jeden dzień, rozpoczynamy w Spandau. Spandau to miejsce, które w historycznym ujęciu jest o pięć lat starsze od Berlina, uzyskał on prawa miejskie w 1232 roku. Od 1920 roku, wchłonięty przez rozrastającą się metropolię, stanowi jedną z dzielnic stolicy Niemiec. To w tej dzielnicy do 1987 roku wyrok odbywali zbrodniarze z czasów II wojny światowej.

Do Spandau nie ściągnęła mnie jednak ani ich historia ani też wielki kompleks wojskowej cytadeli, która położona jest tuż obok centrum. Co naprawdę ściągnęło mnie w ten odległy punkt zachodniego Berlina to uczucie, jakie można odczuć, gdy chce się wyobrazić sobie Berlin z czasów przed jego zniszczeniem. Jak, poza monumentalnymi, klasycystycznymi budowlami, które powstawały w centrum, wyglądały pozostałe, spokojne dzielnice? Jak wyglądały ich ceglane kościoły, charakterystyczne domy? Wojenna pożoga zmiotła stary Berlin z powierzchni ziemi, jak zresztą wiele miast w Europie, dlatego też warto wybrać się do Spandau na mały spacer po jego niezwykle spokojnych uliczkach.

Jest to także miejsce, w którym odpoczniemy od wielkomiejskiego gwaru w jednej z restauracji w samym centrum lub w położonym obok browarze. Także tutaj znajdziemy i odwiedzimy najstarszy budynek w Berlinie – Gotisches Haus („Dom Gotycki”) na Breite Straße 32. Nie dość, iż jest to najstarszy stojący budynek w Berlinie, którego historia sięga XV wieku, to w dodatku należał on do budowli rzadkich i drogich w swoich czasach. Do dziś zachowały się niektóre oryginalne elementy z nadbudowami z kolejnych epok. Dziś miejsce to jest siedzibą muzeum historii miasta i różnych wystaw czasowych a także centrum informacji turystycznej.

Z czasów bardzo starych przenosimy się do okresu świetności państwa pruskiego. Kompleks pałacowy, do którego się wybierzemy to miejsce, które zasługuje na cała osobną opowieść, w końcu dzieli on nazwę z całą dzielnicą, w której się znajduje.

I tak na dłuższa chwilę docieramy do Pałacu Charlottenburg, jednego z najpiękniejszych zespołów architektonicznych Berlina. Nazwę nadał mu król pruski Fryderyk w 1705 na cześć zmarłej żony Zofii Charlotty Hanowerskiej. Gdy ta jeszcze przebywała w pałacu, znany był pod nazwą Lietzenburg od miejscowości Lietzow, w której się mieścił.

To tam w 1695 roku rozpoczęto budowę letniej rezydencji Hohenzollernów. Zaprojektowana przez holenderskiego architekta, barokowa bryła budynku, jak wcześniej wspominałem, była prezentem dla Zofii Charlotty, kobiety żywo zainteresowanej sztuką, osoby, która wspierała Jana Christiana Bacha, który odwdzięczał się jej naukami muzyki. Jeden z utworów poświęcił jej także Wolfgang Amadeusz Mozart. Królowa zakładała domy i szpitale dla matek. Charlotta była także bardzo dobrym botanikiem amatorem a także przywiązywała wielką wagę do edukacji.

Po jej śmierci zaniechano większych prac przy pałacu aż do czasu, gdy Fryderyk II Wielki – intelektualista, miłośnik sztuki, literatury i filozofii, po wstąpieniu na tron pruski zlecił rozbudowę Charlottenburga. I tak, w latach 1740-1746 pod kierunkiem Georga W. von Knobelsdorffa powstał tzw. Nowy Pałac, usytuowany symetrycznie względem skrzydła Nowej Oranżerii, utrzymany już w stylu rokoko. To od tej części pałacu, od tak zwanego nowego skrzydła, rozpocząłem zwiedzanie berlińskiego Wersalu.

Wspaniale zachwyca odwiedzających tak zwana Złota Galeria. Skarbiec Srebrny zawiera całkiem oszałamiającą zastawę stołową ze złota, srebra, szkła i porcelany wyeksponowaną na nakrytych stołach. Około 100 zastaw stołowych przetrwało w nienaruszonym stanie, co jest żywym przypomnieniem wspaniałości posiłków na dworze. Niesamowity jest także Gabinet Porcelany w Starym Pałacu – ponownie otwarty, w którym podziwiać możemy zapierającą dech w piersiach kolekcję najlepszej niebiesko-białej porcelany zdobiącej całe pomieszczenie.

Poza biletowanym pałacem, warto spędzić chwilę w ogólnodostępnym parku pałacowym. To niezwykle zadbana przestrzeń, do której wybierają się często mieszkańcy tak na spacer jak i na piknik. Duży staw karpiowy, fontanna, solidne, wiekowe drzewostany, rabaty kwiatowe – wszystko to składa się na bardzo klasyczną i przemyślaną kompozycję parku.

I tak znów przeskakujemy kilka wieków do czasów bardziej współczesnych a jednocześnie mrocznych jak mało które. Podróżując komunikacją miejską dalej na zachód, tak od serca dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf jak i samego pałacu, docieramy do Stadiony Olimpijskiego – Olympiastadion. Tematycznie zgrywam się z odbywającymi się w Tokio igrzyskami, jednak te, o których tutaj przeczytamy, były zgoła innymi rozgrywkami w zupełnie innym świecie.

W okresie między 1934 a 1936 roku, czyli już w czasach rządów nazistów, na miejscu starego stadionu postawiono imponującą budowlę specjalnie na czas Igrzysk Olimpijskich 1936 roku. Architekt Werner March stworzył stadion mogący pomieścić 100 000 widzów, co nawet według dzisiejszych wartości jest imponującą ilością.

Jedenaste igrzyska olimpijskie odbyły się między 1 a 16 sierpnia 1936 roku. Polska w klasyfikacji krajów zajęła 22 miejsce na 30 krajów z dwoma srebrnymi o trzema brązowymi medalami. III Rzesza, USA i Węgry zdominowały podium tych igrzysk. W dni wolne od wydarzeń można samemu zwiedzać ten imponujący stadion zaglądając w jego różne zakamarki.

Do ostatniego i jednego z najdalszych miejsc dzielnicy, po której się poruszałem, prowadzi nas historia powojenna. O wielkości III Rzeszy nikt już nie pamiętał, gdy upadał Berlin i gdy okupowane Niemcy dzielone były między aliantów.

W czasach, gdy mur berliński otaczał jeszcze aliancką połowę stolicy Niemiec, Grunewald był największym zalesionym obszarem Zachodniego Berlina i głównym miejscem wypoczynku jego mieszkańców, którzy poszukiwali czasu na łonie natury. Ten ogromny obszar o powierzchni trzech tysięcy hektarów jest idealnym miejscem na spacer, jazdę na rowerze czy pływanie w urokliwym jeziorze ukrytym po jego środku.

Do odwiedzin na berlińskim łonie natury zainspirował mnie jego jeden punkt – najwyższe wzniesienie Berlina – Teufelsberg, wzgórze o wysokości 115 metrów nad poziomem morza. Nie o wysokość tu jednak chodzi ale o to, co znajduje się na jego szczycie.

Na początku XX wieku obszar ten był jednym wielkim bagnem. Naziści po przejęciu władzy zaplanowali stworzenie na tych terenach wielkiego kompleksu uniwersyteckiego, który jednak nigdy nie został ukończony. Po wojnie ciężarówki zwoziły na ten teren gruz z całego, zdewastowanego miasta. I tak na terenie, do którego dojdziemy w około pół godziny spacerem od stacji S-bahn Heerstraße, powstało spiętrzenie, które stało się najwyższym punktem w Berlinie Zachodnim. Przywożenie gruzów zakończono na początku lat siedemdziesiątych po czym posadzono drzewa tworząc atrakcyjny obszar rekreacyjny.

Amerykanie także dostrzegli przydatność tego miejsca, dlatego na jego szczycie od lat pięćdziesiątych wznosili anteny i kopuły służące do szpiegowania i przechwytywania komunikacji ze Wschodu. Charakterystyczne czasze stworzono do przechwytywania, słuchania i zagłuszania sygnałów radiowych z bloku wschodniego. Stacja używana była przez siły amerykańskie do końca zimnej wojny w 1989 roku. Choć dziś z daleka miejsce sprawia wrażenie ruiny, tak naprawdę na terenie szczelnie otoczonym siatką i drutem kolczastym, rozwija się życie imprezowe i eventowe, którego doświadczycie, jeśli dotrzecie tam w godzinach raczej nie porannych.

Wracając z Grunewaldu w kierunku stacji Heerstraße, z której dotrzecie do serce Berlina, zatrzymajcie się jeszcze na chwilę, aby docenić piękno Wilmersdorfu, który tworzy drugą część naszej ogromnej dzielnicy Charlottenburg-Wilmersdorf.

Po intensywnym i męczącym spacerze cudownie było zatrzymać się w urokliwej bistro-kawiarni na placyku przy stacji. Spotkacie tam tych, którzy właśnie wrócili z porannego biegania, rowerzystów jadących wgłąb lasu i masę innych ciekawych osobowości. I zanim wsiądziecie we wspomniany S-bahn, przejdzcie się jeszcze na drugą stronę ruchliwej ulicy, przy której znajduje się przystanek kolejki. Po wejściu w wąską, spokojną uliczkę pełno eleganckich domów i willi, znajdziecie w niej niezwykle urokliwe muzeum.

Muzeum Georga Kolbego to świetne miejsce na relaks, na przebywanie ze sztuką i po prostu na odpoczynek po intensywnym dniu. W latach 1928-1929 rzeźbiarz Georg Kolbe zbudował dom mieszkalny wraz z pracownią, w którym obecnie znajduje się zespół budynków. Same budynku to genialny przykład tak zwanej Nowej Architektury (Neues Bauen) w Berlinie, rozwijającego się trendu z czasów przed nastaniem nazizmu. W muzeum znajdują się rzeźby i rysunki Georga Kolbego a także różne wystawy czasowe.

Opuszczając Berlin, niezależnie od tego, czy kontynuować będziecie podróż dalej po Niemczech, czy pojedziecie w kierunku Polski, pamiętajcie, że dosłownie rzut beretem od stolicy Niemiec, znajdziecie dwa niezwykle ciekawe miasta warte odwiedzenia: po niemieckiej stronie portowy Hamburg, po polskiej Szczecin. Serdecznie Wam polecam odwiedziny w tych miejscach podobnie jak polecam Wam odkrycie Berlina na nowo – z zupełnie nowym, świeżym spojrzeniem!

Berlin praktycznie