Różne

Cały świat pije. Rzecz o alkoholu w podróży

Oesu – wyszeptała w niedzielny poranek nasza znajoma, która odwiedziła nas niedawno w Krakowie. Tak, gorączka krakowskiej sobotniej nocy odezwała się z całą swoją siłą. Alkohol – ukochany wieczorem i znienawidzony o poranku – pomyślałem, po czym zapisałem temat w notatniku.

Gdy po kilku godzinach otworzyłem swój notes i popatrzyłem na krótki zapis, przypomniało mi się, że swego czasu dopadłem książkę małżeństwa Pawlickich („Światoholicy”), w której jeden rozdział traktował o alkoholu właśnie:

„W podróży pijemy szklaneczkę lokalnego trunku dziennie. Dla zdrowotności. Dla lepszego trawienia, wspomożenia organizmu w walce z nieznanymi bakteriami, dla rozładowania napięcia po całym dniu niewiadomych, dla zbratania się z przewodnikiem i dla poprawy humoru po prostu.”

A potem wzięło mnie na wspominki tych wszystkich chwil, gdy alkohol w mniejszym lub większym stopniu towarzyszył mi w podróżach.

Moje pierwsze podróżnicze wspomnienia alkoholu to wyprawy na Słowację, by zakupić tańszy w tamtych czasach wysokoprocentowy trunek.
Gdy na wakacje wybierałem się z kuzynostwem, wujostwem i wieloma innymi członkami rodziny do Piwnicznej, którą od granicy dzieli zaledwie 4 kilometry, zawsze przychodził moment, że w rodzinnym domu należącym do babci skończył się alkohol. A że dom położony był kilkaset metrów nad poziomem morza, do najbliższego sklepu należało iść ponad 4 kilometry. Z tym, że 4 kilometry to górskimi ścieżkami zupełnie inny dystans aniżeli 4 kilometry w mieście. Po zejściu trzeba było wejść na szczyt. Zdarzało się, że wujkowie, którzy nie mieli już sił witalnych prosili swoich synów, by ci wyprawili się za słowacką granicę, by zakupić nowe zapasy. Wtedy z kuzynami, wszyscy niepełnoletni, braliśmy świeżo wydane paszporty i plecaki, i ruszaliśmy na wyprawę. Najpierw przez góry 4 kilometry, potem 4 kilometry do granicy. W latach 90. istniały jeszcze granice – to dla tych, którzy myślą, że Schengen jest od zawsze. Gdy dochodziliśmy do budek Straży Granicznej, mijaliśmy stojące w kolejkach samochody i z uśmiechem podchodziliśmy po pieczątki – słowackie w jedną stronę i polskie w drugą. Podczas jednej z takich wypraw rudowłosa Pani celniczka poprosiła nas o otwarcie naszych hałaśliwych plecaków. Jak się okazało, zawartość ich wnętrz nie pasowała do naszych profili wiekowych i naszej zdolności prawnej, więc z hukiem zawrócono nas tam skąd przyszliśmy, czyli do sklepów, na Słowacji zwanych Produktami. Na szczęście były to czasy, kiedy telefony komórkowe zdobywały Polskę, więc używając starego Boscha wielkości cegły (ktoś pamięta telefony Boscha?), ściągnęliśmy wujków, by odebrali sobie to, po co nas posłali. Z wypraw tych pamiętam smak Złotego Bażanta. Do niedawna uważałem je za jedne ze smaczniejszych piw i jednocześnie smak młodości, jednak z racji tego, że młodość powoli się oddala, i Złoty Bażant smakuje jakoś inaczej.

Kolejne wielkie wspomnienia alkoholowe związane są z Chinami. Wspominam ten czas jako hedonistyczny rok, kiedy kraj ten był nadal na tyle tani, że na wszystko można było sobie w nim pozwalać.

Ileż było w Chinach tych nocnych upojeń, pijackich rozmów i chwil szczerości, gdy wydobywało się z Chińczyków prawdziwe opinie i ich prawdziwą twarz. W Państwie Środka rządziły dwa typy alkoholu – piwo oraz baijiu (bajdzio), czyli specyficzna wódka ryżowa. Piwo, bądźmy szczerzy, było sikaczem, często jedynie 2,5-procentowym. Jednak baijiu zdecydowanie nadrabiało słabą moc chmielnego napoju- rozkładało na łopatki zawartością procentów dochodzącą do 65 procent.

Te dwa najpopularniejsze na imprezach, w restauracjach czy prywatnych spotkaniach trunki tworzą zupełnie różne kultury picia. Przy kolacjach zakrapianych piwem, skrzynki pełne złocistego napoju leżą po prostu obok i pije się je jedno za drugim. W przypadku baijiu, nalewa się je z malutkiej buteleczki do szklanki i sączy przez cały wieczór. Po wypiciu kilkunastu butelek piwa czy też jednej szklanki baijiu efekt w zasadzie jest ten sam. W czasie chińskiego imprezowania co chwilę wznosi się ichniejsze na zdrowie – „gan bei„, które oznacza nic innego tylko „dno do góry”, lub po prostu „do dna”. Dlatego też piwo przelewa się z butelki do malutkich literatek tak, by potem wypić je jednym haustem. Ci, którzy na tej samej imprezie wybierają baijiu, z reguły uśmiechają się wtedy z zakłopotaniem i nabierają w usta jeden łyk. Azjaci, jak powszechnie wiadomo, głowy mają słabe. Dlatego, gdy po trzyletniej przerwie poleciałem do Chin z moją wtedy narzeczoną oraz dwójką przyjaciół, po raz kolejny pokazaliśmy słowiańską klasę i polot. Na jednej z imprez, która odbywała się w klubie karaoke, nasi Chińscy przyjaciele z godnością i równością (z racji ich wieku) stawiali nam czoła. Karaoke, w Chinach zwane KTV, nie jest wielką salą, gdzie ktoś śpiewa a inni słuchają. To miejsce, gdzie wynajmowane są całe pokoje, by w takim odizolowaniu, mogli bez skrępowania bawić się bliscy znajomi. Do naszego pokoju kelner raz po raz wnosił skrzynie słabego chińskiego piwa Tsingtao. Ja i Kuba musieliśmy wypić osiemnaście butelek na głowę, by poczuć, że w naszych żyłach krążą jakieś procenty. A że szklanki zdały się nam zbędne, po zasłyszeniu słynnego ‚gan bei’ – do dna, przechylaliśmy butelki i wypijaliśmy zawartość do dna. Dzięki temu przez cały wieczór mogliśmy raz po raz podziwiać chińską kulturę imprezowania w toaletach klubowych, gdzie dla przykładu, młodzi mężczyźni rzucali w siebie tortem urodzinowym. Podczas innej kolacji z Chińczykami, dystyngowanymi nauczycielami lokalnej szkoły, popijaliśmy piwo i od czasu do czasu baijiu. Poproszono mnie i Kubę, abyśmy zaprezentowali nasze zdolności wokalne. Ciekawi polskiej muzyki Chińczycy najpierw wysłuchali Ukrainy, potem Bogurodzicy, by na koniec, podziwiać nas stojących i trzymających ręce na piersi, gdy w patriotycznym uniesieniu śpiewaliśmy hymn. Z wszystkich utworów chyba najbardziej spodobało im się nasze gardłowe wykonanie Bogurodzicy, gdyż zdawali się do melodii ruszać głowami. A może to już nasza pomroczność jasna.W lutym 2008 roku przeżyłem zaś konsumpcję najmocniejszego bo prawie 70-procentowego baijiu zrobionego przez ojca Lee, który na stałe mieszka w niedalekiej wsi. Aż trudno uwierzyć, że późną nocą Lee był w stanie odwieźć mnie do domu samochodem jadącym 10 km na godzinę. Przeżyłem.

Niedługo po powrocie z Chin, w styczniu 2012 roku, zawitałem do Belgii. Do momentu przybycia do tego kraju znałem i lubiłem smak dobrego polskiego piwa, słowackiego złotego bażanta czy ukraińskiego Lvivskiego.

Ale to, co przeżyłem w tym kraju przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zaczęło się zupełnie normalnie. U znajomych rodziny Magdaleny kosztowaliśmy przepyszne belgijskie frytki i popijaliśmy czerwone wino a może i odrobinę polskiej wódki. Jednak któregoś dnia wybraliśmy się ze znajomym do Antwerpii. Pokazał nam dobrze sobie znane miasto oraz miejsca, w których skosztować można różne smaki złocistego napoju. W jednym z tych miejsc do wyboru mieliśmy kilkaset rodzajów piwa, w drugim mocno ponad kilkaset. To, czego tam spróbowaliśmy, na zawsze odmieniło moje myślenie o piwie. Owszem, pijałem wcześniej dobre piwo pszeniczne w Niemczech, w Polsce łaziłem po ogródkach letnią porą popijając Lecha, Żywca, a potem różne piwa z pomniejszych browarów, które ostatnimi czasy stały się nad Wisłą tak bardzo popularne. Ale nic, naprawdę nic nie przebiło do tej pory smaku belgijskiego piwa. Nawet belgijskie czekoladki. Zaczęło się od Leffe w małej knajpie w miasteczku położonym niedaleko Antwerpii. Pyszne, mocne piwo. Potem Duvel – piwo zdradzieckie, które naprawdę może powalić. Tak pełne w swoim smaku i tak mocne w zawartości, że musiałem uważać z prędkością jego picia. Aż w końcu przyszła chwila uczty – Antwerpia. Piwo bananowe? Jasne, proszę bardzo. Malinowe, poziomkowe? Już podaję. Wszystkie smaki Belgii, wszystkie smaki piwa, wszystkie smaki świata, bo w miejscach tych można było dostać trunki z całego świata. Jednak najwspanialszym z tych, które spróbowałem było belgijskie, pełne, wyraziste w smaku piwo kwak podawane w specjalnie dla niego zaprojektowanym szkle z drewnianą rączką. Uczta dla konesera!

Wielokrotnie na przestrzeni ostatnich lat bywałem na Ukrainie. Ukraina to niebezpieczne miejsce – w obecnych czasach można to zrozumieć dwojako, ale ja mam na myśli rzecz jedną. Alkoholu tam za dużo, jest za tani, a czasami jest potwornie niedobry.

Ukraina wódką stoi, jest wszędzie i można ją kupić za pół-darmo, ale to nie to nie ten trunek zachwycił mnie w tym kraju. W jednym specyficznym miejscu, gdzie koncentruje się większość ukraińskich dóbr narodowych, we Lwowie, spotkać można dwie przepyszne ciecze o procentowej zawartości. Miedowucha, czyli wódka miodowa oraz piwo Lvivskie, jasne, smaczne, po prostu dobre. Jednak to Miedowucha zasługuje na chwilę uwagi. Gdy po raz ostatni, latem zeszłego roku, wybrałem się z Kubą na Ukrainę, to właśnie tym trunkiem świętowaliśmy nadchodzące narodziny jego syna i mój zbliżający się ślub. Miodowa lwowska jest gęsta i pełna w smaku, tak pyszna, że nie powoduje tego swoistego grymasu na twarzy, który człowiek ma po przechyleniu kieliszka. Następnego dnia nie ma zaś po niej kaca. Gdy zmarnowaliśmy się odrobinę z Kubą pierwszego dnia naszego pobytu, następnego ranka poszliśmy na przepyszne śniadanie do mojego ulubionego przybytku na Krakivskiej, gdzie serwują najlepszą marynowaną słoninę na chlebie. Siedzieliśmy przy stoliku na zewnątrz, gdy nagle stolik obok zajęły cztery bardzo żywe i rozbawione Ukrainki. Także zamówiły śniadanie. Pół litra miodowej i cztery kieliszki. A była 9 rano. Takiej miodowej jak we Lwowie nie ma nigdzie, jeśli chcecie jej spróbować, musicie tam po prostu pojechać. A gdy mieszka się w Krakowie, nie jest to specjalnie skomplikowane.

Pyszne schłodzone piwo smakowaliśmy w Madrycie. Miało wyjątkowy smak, gdyż w muzułmańskim Maroku, z którego wracaliśmy, mieliśmy długi okres posuchy.

Jednak tam to nie samo piwo było gwiazdą wieczoru, lecz to, jak się je pije. W małym barze, którego pewnie byśmy nie odkryli gdyby nie nasz znajomy mieszkający w stolicy Hiszpanii, kolejka piwa dla kilka osób podawana była z hiszpańskimi przystawkami – tapas. Każda kolejka to małe literatki napełnione do pełna podawane z talerzem pysznego jedzenia. Picie z tak małych literatek przypominało mi picie w Chinach, ale w Hiszpanii miało to jedno praktyczne uzasadnienie – piwo było zimne, i nie zdążyło jeszcze się rozgrzać, gdy lądowało w naszych gardłach. Taka zabawa kosztowała też o wiele mniej niż gdybyśmy wybrali się do typowo turystycznego miejsca.

W Indiach, do których udaliśmy się w marcu zeszłego roku, zimne piwo Kingfisher bywało ukojeniem w rozgrzanym do granic możliwości klimacie Radżastanu.

Nasz kierowca, Pawan Sharma, woził w bagażniku swojego samochodu „lodówkę” ze styropianu wypełnioną lodem, do którego codziennie wkładał świeżą dostawę piwa Kingfisher. Piwem tym raczyliśmy się między innymi na wyboistej trasie między Jodphurem a Pushkarem. Kierowca też uraczył się jedną butelką, czego szczerze mówiąc, nie mieliśmy mu za złe. W samym Pushkarze, mieście świętym dla mieszkańców Radżastanu, alkoholu w ogóle nie można było kupić. Po piwo nasz kierowca udawał się  więc do melin poza granicami miasta, gdzie ukrycie handluje się alkoholem. Hindusów nie uważam za narodów specjalnie dostosowany do picia mocnych alkoholi, jednak jak już piją, to muszę przyznać, że walą na całego. Koneserów whisky spotkacie dosłownie wszędzie.

Podczas naszego ślubnego pobytu na Mauritiusie królował rum.

Planowaliśmy wprawdzie zabrać ze sobą zapasy wódki, jednak mieszkający na wyspie znajomy Polak  zdecydowanie odradził nam ten pomysł. W tym klimacie wódka to czyste zło, o czym część naszej grupy dobitnie się przekonała. Naszą dietę oparliśmy więc na produkowanym tam, arcypysznym rumie Green Island. Alkohol ten krążył w naszych żyłach przez tydzień i sprawiał, że nie opuszczało nas błogie uczucie wakacyjnego upojenia. To także butelka wspomnianego rumu otworzyła nam drogę do małej imprezy w parku nad oceanem, gdzie w towarzystwie lokalnych mieszkańców, mieliśmy jedną z najlepszych plenerowych imprez w życiu. Do tej pory smak rumu z Mauritiusa kojarzy mi się z błogością i relaksem, na jaki człowiek pozwolić sobie może bardzo rzadko.

O winie nie wiedziałem jeszcze kilka lat temu prawie nic. Nie pijałem go, nie lubiłem, a gdy pijałem, szczytem szczytów było Carlo Rossi.

Później poznałem Magdalenę, pasjonatkę dobrego wina. Nauczyła mnie dosłownie wszystkiego, co wiem o tym alkoholu. Jakiś czas później pojawił się w Krakowie lokal – Winoman – do którego często wybieraliśmy się na dobre wino w dobrych cenach. Tak powoli budowała się moja świadomość. Każdy wie, że jak wino to Włochy. I to właśnie w tym kraju wino pasuje do wszystkiego i dobre jest zawsze, na każdą okazję. Jedno z najprzyjemniejszych wspomnień związanych z winem była kolacja, którą przygotował dla nas Eugenio, właściciel mieszkania, które wynajmowaliśmy podczas pobytu w Bolonii. Dzień po naszych zaręczynach przygotował dla nas najlepsze jakie do tej pory spróbowaliśmy risotto zafferano, któremu towarzyszyło pyszne wino z włoskiej Kalabrii. Także Rzym przychodzi mi pamiętać przez pryzmat bąbelków i procentów. Gdy na okrągłe urodziny mojej mamy wybraliśmy się w trójkę do Wiecznego Miasta, okazało się, że nawet moja mama nie może ulec urokowi włoskiego prosecco. Miesiąc po tej wizycie w Rzymie, poleciałem tam ponownie, tym razem z kolegą i w dosyć mocno zdefiniowanym celu – na wieczór kawalerski, swój w dodatku. I pamiętam tyle, że jeśli gdzieś pić i dobrze się bawić, to najlepiej w Rzymie.

W styczniu ubiegłego roku, udałem się do miejsca, gdzie alkoholowe historie przybierają wspaniałe barwy. W żadnym kraju nie miałem tak upojnych wakacji, jak w Gruzji, do której wybrałem się, by odwiedzić mieszkającą tam wtedy siostrę.

Śmiem twierdzić, że aby wybrać się do tego kraju, trzeba najpierw swoje w życiu wypić. W przeciwnym wypadku zgon na jakimś etapie jest praktycznie gwarantowany. Tak dobrze jak w Gruzji, piło mi się chyba tylko w Chinach. W Gruzji okryłem zupełnie inną stronę kultury picia wina. De facto odkryłem też dużo inne wino, wino mocniejsze od tych, które dotychczas pijałem, i słabsze niż na przykład portugalskie porto.  Nie jest to francja elegancja i sączenie jak we Włoszech czy Francji. Tam wino to życie a życie bez wina to nie życie. Wino jest mocne, krwiste, i ma je każda szanująca się rodzina. Trzyma je w domu w baniakach, zabiera na przyjęcia, czy to domowe, czy w restauracji, chwali się nim, dumnie o nim opowiada. Wino pije się z szklanic a nawet z kloszy od lamp. Po to, by wypić do dno. Bo w Gruzji pije się do dna, po tym gdy padnie gardłowa Gaumardżos. Jednak Gruzja to nie tylko wino. To także bimber. Najlepszy jaki piłem. Bo o ile chińskie baijiu odtrąca swoim smrodem, o tyle gruzińska czacza zachęca swoim tajemniczym aromatem. Delikatne pięćdziesiąt procent jest idealną ilością, by dobrze się zabawić a przy tym nie upaść. Zainspirowany tą wspaniałą gruzińską atmosferą, poleciałem do Gruzji ponownie po zaledwie pięciu miesiącach. W wyprawie do Swanetii towarzyszył mi Adam, celebrujący właśnie 70 urodziny, moja siostra Asia, oraz przyjaciel z Warszawy – Michał. Tam, w najpiękniejszym regionie Gruzji, pośród niesamowicie wysokich szczytów Kaukazu, walczyliśmy z gruzińskim bimbrem, lecz polegliśmy. Do tej pory nie pamiętam, czy po rynku w Mestii na koniu jechał Gruzin, czy też Adam.

Po Gruzji wątroba odpoczywała długo, nawet bardzo długo. Tak długo, że myślałem, iż zapomnę, jak smakuje alkohol. Jednak świat jest mały, Kraków jeszcze bardziej, i na szczęście dla polsko-gruzińskiej integracji, nasza przyjaciółka wyszła za mąż za Gruzina, który tak ładnie gościł nas w Tbilisi. Gdy sprowadził się do Polski, przybyła z nim także cała ta gruzińska gościnność i, co oczywiste, dobra zabawa!

W Austrii nie wiedziałem, czego się napiję. Myślałem, że królować będzie piwo, a tu proszę, jaka niespodzianka – Grinzing, nieformalna dzielnica Wiednia, winem stoi!

Majówka 2013 roku jest jedną z tych, które do tej pory miło wspominam, głównie dlatego, że na miejscu towarzyszyła nam dobra znajoma. I tak pewnego dnia wybraliśmy się na słynne wzgórza Kahlenberg. Owszem, widoki na Wiedeń są stamtąd oszałamiające, jednak najciekawsze jest to, co spotykamy po drodze. Grinzing wygląda jak spokojna austriacka wioska, a kryje w sobie urokliwe knajpy, gdzie można wypić lokalne wino. I tak wieczorem usiedliśmy, wypiliśmy i pozwoliliśmy, by zaszumiało nam w głowach.

Rok 2014 okazał się czasem alkoholowych szoków. Raz po raz zaskakiwały nas różne alkoholowe sytuacje.

Jak wtedy, gdy przylecieliśmy do Singapuru. Znajomy wspominał – zabierzcie sobie coś mocniejszego na pierwsze dni, bo tam naprawdę jest drogo.

I rzeczywiście było. A przecież gdy Polak jest na wakacjach, szczególnie w gorących krajach, grzechem jest nie wypić zimnego piwa po obiadku. Więc piliśmy piwo, bo na inne alkohole szkoda było w Singapurze wydawać pieniądze. Niezainteresowani ogólnymi tematami okołoalkoholowymi, nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to dopiero początek. Bo przecież właśnie lecieliśmy do Malezji, kraju, bądź co bądź, muzułmańskiego. I tak mieliśmy szczęście, że w ogóle tu i ówdzie znajdowało się jakieś zimne piwo. Mocniejsze trunki po prostu mocniej uderzały po kieszeni. Dopiero w chwili, gdy dotarliśmy w odległe i chłodniejsze górskie rejony Cameron Highlands, okazało się, że im dalej od stolicy, tym bardziej liberalne środowisko. U Hindusa w warzywniaku można już było znaleźć butelki whisky, ginu czy rumu w cenie, jakiej nie uświadczysz w dolinach. Uradowani Polacy, tak jakby ich Bóg obdarował darami luksusowymi, nareszcie mogli się dobrze zabawić. Od tamtej chwili było już jakoś łatwiej. Gdy dotarliśmy do malezyjskiej wyspy Penang, znaleźliśmy w sklepie nieopodal hotelu wódkę o smaku liczi. Zważywszy na niewielką cenę – około 30 złotych – wszyscy myśleli, że będzie to potworny zabójca i smaku chemii. A tu znów niespodzianka – była to chyba jedna z najpyszniejszych wódek, jakie próbowaliśmy w życiu i chyba każdy z naszej grupy żałuje, że nie zabrał jednej butelki do domu. Gdyby tak smakowały wódki w Polsce, gwarantuję, że żylibyśmy w kraju, gdzie każdy jest alkoholikiem. I tak od mniej więcej połowy naszego pobytu w Azji Południowo-Wschodniej, rozwijała się coraz lepsza zabawa. W Kambodży piwo było już za 1 dolara, albo w cenie masażu, który kosztował dolary dwa. Najbardziej podczas upalnych dni smakowały dwa piwa – AngkorLao. A potem przyszła już Tajlandia, która jakoś musiała zasłużyć na miano światowej imprezowni. Tutaj cen piwa czy drinków naprawdę nie trzeba było sprawdzać. A nawet jakby się ktoś przejmował cenami, gdyby zasmakował w ichniejszym drinku Mai Tai, przestałby myśleć o sprawach przyziemnych. Oprócz kolorowych drinków serwowanych dosłownie na każdym miejscu, popularnym trunkiem były piwa Chang oraz Singha. 

Największy alkoholowy szok można jednak przeżyć, gdy człowiek wybiera się do Norwegii.

Gdy jakiś czas temu odwiedziłem Oslo, nie mogłem zamknąć ust ze zdziwienia, gdy widziałem piwa kosztujące od 25-50 złotych. Dlatego osobiście uważam, że ci, którzy mają problem z nadużywaniem napojów wyskokowych, powinni zamieszkać właśnie w Skandynawii. Ten precedens nie dotyczy jednak najciekawszego miejsca, jakie odwiedziliśmy w tym roku – norweskiej Arktyki, czyli archipelagu Svalbard. W tej najbardziej na północ oddalonej ludzkiej osadzie nie brakuje miejsc, gdzie można się dobrze zabawić. Jest tam nawet nieźle zaopatrzony supermarket, w którym jednymi z najtańszych produktów są właśnie wyroby alkoholowe. Przyczyną tego paradoksu jest fakt, że Svalbard to strefa bezcłowa. Nie tylko znajdziemy tam tanie i dobre alkohole, ale nawet papierosy dużo tańsze niż w Polsce. Norwegowie, którzy przyjeżdżają na swoje terytorium arktyczne z Norwegii kontynentalnej, tuż przed wylotem do domu zaopatrują się w markecie głównie w papierosy i alkohol właśnie.

Dla tych, którzy potrafią być nieco melancholijni, nie ma lepszego miejsca na świecie do picia niż Portugalia.

Już pomijam to, że wina mają równie dobre jak te we Włoszech czy Hiszpanii. Mają oni jednak coś, co w swej nucie melancholii przebija wszystkie te miejsca razem wzięte. Lizbona, wieczór, ciemne, odrobinę tylko podświetlone ulice skrywające małe lokale, z których wydobywa się muzyka. Fado, pieśń tęsknoty, nuta, która rozbraja nawet największego twardziela i wyciska łzy z oczu niejednej niewiasty. A do fado jedzenie, wino i to, co w Portugalii najmocniejsze – porto! W Lizbonie bawiliśmy się z Magdaleną tak dobrze, że bardzo szybko wskoczyła ona na naszą listę najlepszych miejsc, do których wracalibyśmy bez końca. Ilość śmiechu, radości, łez, emocji, dosłownie wszystkiego, czego mogliśmy doświadczać, była oszałamiająca. Może dlatego, że po porto w głowie szumi odrobinę bardziej?

W podróży mam jeszcze jeden moment, kiedy obecność alkoholu zdaje się być wprost idealnie zaplanowana. Gdy na długich lotach nadchodzi pora obiadu czy też kolacji, zjawiają się wózeczki z dźwięcznie uderzającymi w siebie, małymi buteleczkami win. Proszę o jedno, koniecznie białe. Wypijam, gaszę światło i na następne 5-7 godzin lotu odpływam w błogim śnie niemowlaka.

Na zdrowie!

 

Reklamy

12 comments on “Cały świat pije. Rzecz o alkoholu w podróży

  1. Co za wpis, rewelacja! Aż zatęskniłam do baijiu, choć dobrze pamiętam jak mi twarz wykrzywiało przy piciu 😀

    Polubione przez 1 osoba

  2. aleswiatjestpiekny

    Nie ucieknie sie od alkoholu w podróży;)

    Lubię to

  3. Pingback: InsPiMacje 17/2014 - TroPiMy

  4. Włochy sprawdziłam na własnej skórze. Wino się lało, dla zdrowotności;)

    Lubię to

  5. Ja mam wrażenie, że ludzie żyją głownie po to, aby pić. Reszta jest dodatkiem. Zero zrozumienia dla mnie, pijącej sporadycznie. Aż mam się ochotę upić z tego powodu:)

    Lubię to

    • Można takie wrażenie odnieść. Szczególnie, gdy przychodzi tak zwany „piątunio”. Pomimo tego posta, ja jestem raczej osobą pijącą bardzo mało, za jednym wyjątkiem – Włochy to dla mnie prawie to samo co wino i prosecco. Bez wina czy prosecco Włoch nie ma! Pozdrawiam!

      Lubię to

  6. Staromodny Podróżnik

    Gdybym był bardziej utalentowany, dodałbym akapit – albo całą balladę – o rozkoszach picia w pociągu! Jest to nie tylko przyjemność ale i konieczność, gdyż jazda pociągiem na trzeźwo – a już szczególnie przez Polskę – grozi popadnięciem w depresję, a co najmniej w melancholię.

    Lubię to

    • Coś w tym jest. Gdy jedzie się nocnym pociągiem relacji Rzeszów – Szczecin (najdłuższa trasa w Polsce), wysiadając rano w Szczecinie, czuć woń trunków z co drugiego przedziału. Z kolei jadąc kiedyś do Poznania spotkałem starszą panią, która pociągała jegermaistera z piersiówki i mówiła, że „k…a nic się nie zmieniło od Gierka”. Kolej to stan umysłu i najlepsze miejsce do sentymentalnych powrotów w przeszłość. No może za wyjątkiem centralnej magistrali i pociągu relacji Kraków – Warszawa.

      Lubię to

  7. o rety, ale obszerny wpis!
    ja, która fanką piwa nie jestem, podpisuję się pod tym, co piszesz o belgijskim piwie :)))

    Lubię to

    • Cześć Ewa. Co do obszerności, czy też długości, zdecydowanie za bardzo popłynąłem. Dlatego też dzień po publikacji tekst został skrócony i pozbawiony początkowej, raczej niepotrzebnej części. Pozdrawiam! 🙂

      Lubię to

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s