Ameryka USA

Hartford. Przewodnik po stolicy stanu Connecticut

Słyszeliście kiedyś o mieście Hartford w amerykańskim stanie Connecticut? Nie? Nic nie szkodzi, praktycznie nikt nie słyszał. Być może dlatego, że miasto to położone jest niedaleko Nowego Jorku (ok 3 godziny jazdy), a być może dlatego, że jest tylko stolicą niewielkiego stanu, do którego raczej nie dociera wielu podróżników. A może wszystko po trochę.

Dla mnie Hartford to przede wszystkim miejsce rodzinne, gdzie latamy z Magdaleną, by odwiedzać bliskich nam ludzi, miejsce, które znamy tak dobrze, że bez problemu rozpoznajemy miejscowości zlokalizowane w całym stanie, drogi do nich prowadzące i sklepy, które lubimy odwiedzać.

Dla kogoś z zewnątrz Hartford może być niezłą lekcją amerykańskiej historii na przykładzie czegoś innego, niż dobrze znany Waszyngton, czy kompletnie wysysający strumień podróżników Nowy Jork. Po pierwsze – nie jest to miejsce byle jakie, szczególnie pod względem historycznym. Stan Connecticut był jednym ze stanów założycielskich USA. To właśnie w Hartford znajduje się najstarsze publiczne muzeum w Ameryce – Wadsworth Atheneum, najstarszy publiczny park w Stanach – Bushnell Park, a także najstarsza, nieprzerwanie wydawana gazeta w kraju – The Hartford Courant. Jest to więc miejsce pełne historii i tradycji, a jednak z drugiej strony uważane za kompletnie nieinteresujące dla obcokrajowców, a także wielu Amerykanów.

Connecticut to dla mnie kraina kontrastów. Z jednej strony ziemia bez jakichkolwiek wysokich gór, co zawsze stanowi urozmaicenie, z drugiej strony pomimo dosyć monotonnego, lekko pagórkowatego krajobrazu, potrafi momentami zaskoczyć i oszołomić – jak na przykład teraz, jesienią, kiedy cała kraina robi się żółta, czerwona, pomarańczowa.

Kontrasty dotyczą jednak bardziej ludzi i ogólnie pojętego życia i w dużej mierze wynikają z historii. Przed wojną secesyjną było to najbogatsze miasto Ameryki przez kilka dekad. Nie jednym z najbogatszych, tylko najbogatszym. Tak, bogatszym od Nowego Jorku. Mark Twain, którego dom także można zobaczyć w Hartford, mówił o szczęściu jakie go spotkało, gdyż spośród wielu pięknych miast, które widział w życiu, trafił w końcu do tego najpiękniejszego. Sto czterdzieści lat po wojnie secesyjnej i czasach swojej świetności, Hartford jest jednym z najbiedniejszych miast w Ameryce z 30% ludzi żyjących na granicy ubóstwa. Na szczęście dla miasta, nie upadło ono na samo dno a jedynie sturlało się do dalekiej, nieliczącej się ligi.

Ale to nie koniec kontrastów. Miasto jest może i biedne, ale niewiarygodnych rozmiarów bogactwo znajduje się poza nim i w jego bezpośredniej bliskości. Wytłumaczeniem jest ogólna historia tego kraju. Do czasów II wojny światowej życie w USA dzieliło się na to w zatłoczonych, brudnych, ale także mających w sobie ogrom bogactwa, miastach oraz na to w typowej amerykańskiej wsi. Wszystko zaczęło się zmieniać zaraz po wojnie. Do kraju wracały masy żołnierzy, kraj ponownie się rozwijał i to w sposób, jakiego do tej pory nie notowano. Rozpoczynała się trwająca do dziś epoka konsumpcjonizmu.  Nagle stało się coś, co zdefiniowało obecny obraz Ameryki. W zasadzie można powiedzieć, że ojcem współczesnego krajobrazu Stanów można spokojnie nazwać Williama Levitta. Levitt wymyślił ideę taniego domu budowanego z prefabrykatów w krótkim okresie czasu. Na taki dom stać było praktycznie każdego. Ruszyła lawina wzrostu klasy średniej, a przy tym czas wielkich zmian – najpierw powstały słynne ‚suburbs’ – przedmieścia, mieszanka wsi i miasta na obrzeżach metropolii. Wraz z domami powstającymi dalej od miast, nastąpił wzrost produkcji i sprzedaży samochodów, którymi należało do swoich domów dojechać. Wraz z samochodami rozwijały się sieci dróg w całym kraju, a wraz z drogami Ameryka zagrabiała każdy cal swoich wydawałoby się nieskończonych przestrzeni.

I właśnie w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku rozpoczął się proces upadku miasta Hartford. Klasa średnia przenosiła się do swoich nowych domków, zaś bogaci do swoich niesamowitych posiadłości rozsianych w lasach całego stanu Connecticut. Wypływ z miasta na przedmieścia przyspieszyła dodatkowo budowa autostrad międzystanowych I-84 oraz I-91, które przecięły centrum miasta, a tym samym sprawiły, że dojazd z domu do pracy, stał się łatwiejszy. Ostatnim podrygiem rozwoju miasta były lata osiemdziesiąte, kiedy w centrum wybudowano ponad tuzin wieżowców. Reszta nie miała już szans powstać, gdy nastała recesja lat 90.

Wraz z powyższymi procesami, kompletnie odmieniła się miejscowa demografia. Biali wyjechali na bogate przedmieścia, w centralnych dzielnicach pozostali czarni. A potem przybyła masa ludzi z Portoryka czyniąc Hartford jednym z największych skoncentrowań tej narodowości w Stanach. Gdy pierwszy raz przyjechałem do Hartford, nastał jeden dzień, kiedy siedząc sam w domu, postanowiłem wsiąść w autobus i pojechać do centrum, po prostu zobaczyć co tam jest. W autobusie byłem jednym białym człowiekiem, w dodatku znając świetnie angielski, nie wiedziałem, co się dzieje, bo wszystkie komunikaty i reklamy w środku były praktycznie… po hiszpańsku. Potem uświadomiłem sobie, jak moje europejskie przyzwyczajenia do transportu publicznego zrobiły ze mnie idiotę. Bo w Stanach naprawdę nikt nie jeździ autobusami, tylko najbiedniejsi.

Przejeżdżając autostradą przecinającą centrum miasta, ma się jednak wrażenie, że jest to miasto zupełnie normalne. Wieżowce lśnią w słońcu, samochody krążą po mieście, na niedalekim lotnisku lądują małe samoloty. W centrum Hartford ostała się jeszcze jedna gałąź gospodarki. Jeśli ona zniknie, nie zostanie tam już praktycznie nic. Do niedawna Hartford nazywane było amerykańską stolicą ubezpieczeń. Rzeczywiście, w centrum zlokalizowane  są centra największych gigantów ubezpieczeniowych – Aetna, Travelers, UnitedHealthcare czy The Phoenix. Jednak z rozmów ze znajomymi wiem, że i ci wkrótce zaczną za sobą gasić światło. Po prostu, jest wiele miejsc, gdzie można to samo robić taniej. Zapewne nastanie więc taki dzień, że zamkną się i one, podobnie jak kiedyś zniknęła najsłynniejsza w mieście fabryka – zakłady Colta. Tak, to właśnie w tym mieście produkowano najbardziej znane amerykańskie pistolety. Nie mam więc wątpliwości, że Hartford kiedyś umrze. Jak Detroit, w którym upadł biznes samochodowy czyniąc z tego miasta niemal metropolię widmo, Czarnobyl Ameryki.

Cała historia nabiera zupełnie innego obrotu, gdy wyjedzie się Hartford. Na początek mijać będziemy otaczające je kolejne miasteczka – West Hartford, Newington, Wethersfield, East Hartford, South Windsor oraz Windsor. Nazwy te są na wskroś angielskie nie bez powodu. Connecticut jest częścią regionu USA zwanego Nową Anglią. Region ten ma swoją specyficzną charakterystykę, która sprawia, że 6 stanów wchodzących w jego skład (Connecticut, Maine, New Hampshire, Massachusets, Rhode Island oraz Vermont) łączy wiele cech wspólnych. To ten region był kolebką brytyjskiej obecności, która z czasem przemieniła się w Stany Zjednoczone Ameryki. To w tym regionie w 1620 roku zatrzymał się słynny statek Mayflower z pierwszymi kolonizatorami, ojcami narodu. To właśnie Nowa Anglia przyczyniła się do procesów konstytucyjnych kształtujących nowy kraj, a potem do procesów abolicyjnych, które miały dać wolność niewolnikom. Także do chwili obecnej jest to jedno z głównych zagłębi intelektualnych kraju.

Co ciekawe, gdy weźmie się pod uwagę skład etniczny całej Nowej Anglii, okazuje się, że 95% ludności to biali potomkowie europejskich kolonizatorów, jedynie 5% to czarni. Największa populacja czarnych jest zaś w Connecticut (10%), a w samym Hartford biali stanowią mniejszość (30%). Niektórzy twierdzą, że jest to jedna z przyczyn tego, że Hartford jest najbiedniejszym miastem regionu. Można się sprzeczać o to, czy to biali są winni losowi czarnych, bo najpierw uczynili ich niewolnikami, potem obywatelami drugiej kategorii; czy też winni swojemu losowi są sami czarni, którzy powszechnie uważani są za leni żyjących na garnuszku służb socjalnych. Faktem jest jednak to, że są w Hartford miejsca, gdzie lepiej po zmroku się nie pojawiać.

Warto jednak wsiąść do samochodu lub na rower i ruszyć na prowincję, do wszystkich tych miasteczek i miejscowości zlokalizowanych w okolicach, by przekonać się, że Hartford to jedno, a to, co jest wokół to drugie. A to drugie jest przepełnione historią i bogactwem. I jest piękne. Do tej pory zachwycam się tymi wszystkimi domkami ukrytymi w lasach, dekorowanymi na Boże Narodzenie, tą atmosferą miejsca, gdzie wszyscy się znają, a gdy przychodzisz Ty, pytają się, skąd przybywasz, kim jesteś, jak Ci się podoba. W Nowym Jorku nikt do Ciebie nie zagada, bo wszyscy są czymś zajęci i gdzieś akurat się spieszę. A jeśli się nie spieszą, to zapewne są turystami, którzy właśnie odpoczywają, by po chwili spieszyć się do kolejnej atrakcji. Tutaj, na prowincji, ludzie są ciekawi. Z reguły widzą, że nie jesteś stąd. Czasami słyszą, po akcencie. Czy słyszę australijski akcent?  – przywitał mnie starszy mężczyzna w antykwariacie. Dziękuję, bardzo miło mi to słyszeć – odpowiadam – ale nie, nie jestem z Australii a z Polski. Pan wyraźnie podekscytowany odpowiada, że zna jakieś słowo w polsku, którego raz nauczył go kolega, z którym pracował. Podrapał się po głowie, zadumał się chwilę, po czym wykrzyczał – Gówno! Zaśmiałem się głośno i wytłumaczyłem mu, co to słowo oznacza. Na to jego kolega – ja też potrafię po polsku! Jak się masz? Podziękowałem, powiedziałem, że dobrze. On wyraźnie zdziwiony zastanawia się, dlaczego się uśmiecham. Wydawało mi się, że to coś brzydkiego? – powiedział. Gdy wytłumaczyłem, że po prostu znaczy to ‚how are you?’, wrócił zawiedziony do polerowania antycznej łyżki z przełomu lat 50 i 60 ubiegłego wieku. W tym roku w rozmowach z lokalsami przetaczał się jeszcze jeden wątek – nasze okulary! Ponownie, w Nowym Jorku, mieście pełnym najnowszych trendów mody, nasze okulary nie były niczym specjalnym. Tutaj zwracały uwagę każdego. „Oh, I love your glasses!”, „Oh, you have similar glasses!”, „Where did you buy those glasses? Oh, I knew that you didn’t buy them in the US!”. Szczyt szczytów zaliczyłem w drodze na ryby w sklepie z napojami, gdzie młody chłopak o, jak by się w Polsce powiedziało, hipsterskim wyglądzie, powiedział do mnie: Jesteś z Europy? Uwielbiam Twoje okulary! I tak od tych okularów zaczynały się małe rozmowy, tak zwane ‚little chats’, o tym skąd jesteśmy, co tu robimy, jak nam się podoba i tak dalej, i tak dalej.

Wracając do roweru… po Stanach na rowerze jeździ się niezwykle komfortowo. To ostatnia rzecz, która do niedawna przyszłaby mi do głowy, gdybym pomyślał o pedałowaniu w Ameryce. Po pierwsze, w wielkich miastach (Nowy Jork, Waszyngton), niesamowicie rozwinął się system sieci rowerów miejskich. Ogólnie rzecz ujmując, przemieszczanie się na rowerze stało się modne. To, że jest to sposób na zdrowie, nikomu nie trzeba tłumaczyć. W Connecticut do jeżdżenia na rowerze namówiła mnie mama. Jak chcesz, to bierz i jedź – powiedziała – tutaj rowerzystów traktują jak święte krowy, nic ci się nie stanie. Miała stuprocentową rację. Przyzwyczajony do totalnie szalonych polskich kierowców wymijających mnie jadącego na kolarce w odległości 1 centymetra, niemal spychających mnie do rowu (choć jest to raczej wyjątek niż reguła), dosłownie śmiałem się, gdy widziałem nadjeżdżające auta, które omijały mnie tak pełnym łukiem, iż bałem się, że wypadną z drogi po drugiej stronie. Ponadto, wyobraźcie sobie, w stanie Connecticut, rowerzysta może jechać którą chce stronę. Z prądem czy pod prąd, w zależności jak mu lepiej, czy po prostu wygodniej. I rzeczywiście muszę przyznać, że tak piesi, jak i rowerzyści, są pod każdym względem świętymi krowami. W kraju, gdzie za wypadek czy potrącenie, grożą pozwy cywilne mogące zrujnować kogoś do końca życia, ludzie naprawdę starają się uważać bardziej. Pamiętacie słynny filmik z Polski, gdzie pasażer auta nakazuje żonie zjechać na bok, wybiega z auta i atakuje rowerzystę, bo ten walnął im w lusterko, gdy jechali za blisko? W Stanach nie dość, że wylądowałby za kratkami zaraz po całej tej akcji, to w dodatku po procesie cywilnym pewnie szybko by się finansowo nie pozbierał.

I tak pewnego słonecznego dnia wyskoczyłem na rower w stronę Rocky Hill nieopodal Hartford. Jednak większość czasu spędziłem błądząc po zaułkach Starego Wethersfield. Piękne, niektóre bardzo stare, choć świetnie utrzymane domy prezentowały się dumnie. Nad gankami powiewały amerykańskie flagi, każdy powoli sprzątał swoja działkę i szykował się na jedno z najważniejszych świąt w Stanach – Halloween. Wszystko w okół nabierało w zasadzie koloru pomarańczowego, spadające liście, dynie wystawiane przed domami jako ozdoby, czy choćby kolory ciastek dyniowych sprzedawanych tuż przed tym dobrze znanym wszystkim świętem. W tej małej mieścinie, której tradycja sięga początków brytyjskiej kolonizacji znajdziecie kilka małych, kameralnych muzeów, sklep z antykami, przyjemne jezioro, nad którego brzegiem można odpocząć. W tej chwili w centrum kultury mają nawet wystawę opowiadającą o więzieniu, które wcześniej mieściło się w tymże budynku – mówiła mi podekscytowana moim zainteresowaniem starsza kobieta, członkini lokalnej community. Mamy nawet krzesło elektryczne! – dodała ledwo stłumionym szeptem – ale nie musisz na niego patrzeć, wiem, że wy Europejczycy tego nie lubicie! Gdy podziękowałem za możliwość oglądania krzesła elektrycznego, udałem się do małego sklepu z antykami zaraz obok. W zasadzie, ciekawsze od rzeczy, które można kupić, była sama rozmowa z właścicielką. Szła miło, trochę się uśmialiśmy, a jak już jej powiedziałem, że nie jestem z Nowej Zelandii tylko z Polski, humor ewidentnie jej się zepsuł i szczerze, nie do końca wiem dlaczego. Podziękowałem jej więc, miło się pożegnałem i wyszedłem. Nic nie ukradłem, co wziąłem, to opłaciłem!

Innego dnia, tuż po powrocie z Waszyngtonu, postanowiłem wybrać się z teściem na ryby. Przyznam, nigdy tego nie robiłem i nie do końca wiedziałem o co w tym wszystkim chodzi. Jak się później okazało, łowienie ryb może być naprawdę ciekawym zajęciem! Dzień zapowiadał się pięknie, choć temperatura spadła mocno i nie wiem, czy przekraczała 5 stopni o poranku. Po zaledwie kilku godzinach snu wstałem jednak równo o 7 rano i po chwili byłem gotów do wyprawy. Zapakowaliśmy wędki, przynęty, wiaderka i inne potrzebne rzeczy do samochodu i pojechaliśmy w stronę jeziora Bolton. Niestety, niczego tam nie osiągnęliśmy. Pomimo ładnej scenerii, poranny chłód mocno dawał nam w kość, w dodatku nic nie brało! Tata postanowił, że pojedziemy po znajomego, który na pewno zna dobre miejsce na ryby. Gdy tylko go odebraliśmy, on od razu wiedział, gdzie nas zabrać. I tak trafiliśmy do odległego Natchung State Forest, do którego jedzie się długimi, wąskimi dróżkami ukrytymi w lesie. Widok był jednak wart tych wszystkich serpentyn i wybojów. Trafiliśmy do miejsca zupełnie cichego, totalnie wyizolowanego, gdzie ciszę przerywały jedynie odgłosy strzałów, gdyż w okolicy odbywały się polowania. Rozłożyliśmy nasze stanowisko i dosłownie po chwili w wiaderku mieliśmy pierwszą rybę – bass wielkogębowy. Podczas takich wyjazdów poza Hartford, człowiek zdaje sobie sprawę z faktu, jak bardzo malowniczy jest to stan. I rzeczywiście, sporo osób z Nowego Jorku wybiera się, szczególnie jesienią, na wycieczki w te okolice. Kolory, które pojawiają się wtedy na drzewach, są dosłownie bajeczne.

Po okolicach Hartford jeździ się dużo, nie da się tego uniknąć.  Bo cokolwiek chcesz zrobić, kogokolwiek chcesz spotkać, cokolwiek chcesz kupić, musisz po to pojechać. Nie wspominając o tym, że jeździ się do pracy, odwozi się dzieci, odbiera się dzieci, jedzie się 500 metrów do sklepu po fajki, czy kilometr dalej, by odwiedzić znajomego. Tam naprawdę praktycznie nikt nie chodzi. Nie wiem, co dokładnie się stało w tym roku, ponoć okolica dostała kasę od stanu, ale wszędzie dosłownie miały miejsce jakieś remonty. To, co Polaka śmieszy najbardziej, to fakt, iż przy najmniejszej naprawie drogi, drogowcom towarzyszy policjant lub radiowóz z policjantem. Wyobrażacie sobie to samo w Polsce? Jeden pracuje, pięciu patrzy, a do tego jeszcze misiek nadzoruje bezpieczeństwa! W tym roku działo się sporo, a tym samym w korku spędzić można było sporo czasu. Czasami jednak samo siedzenie w aucie i ślepienie się za szybę ma swój urok. Patrzysz na bok a tam farma cała wyłożone dyniami, które ludzie kupują na potęgę przed nadchodzącym świętem. Spoglądasz w drugą stronę a tam kolejne jakieś historyczne ‚neigborhood’, kilka domków z XVIII i XIX wieku, jakiś kościół równie stary z wieżą koniecznie pomalowaną na biało i nieopodal stary cmentarz z walającymi się na boki tablicami, przez Amerykanów określany jako ‚ancient graveyard’.

Za każdym razem, gdy jesteśmy w Connecticut przemierzamy te same, dobrze już znane okolice, aby dotrzeć do miejsc nowych, jeszcze nie odkrytych, często schowanych za pagórkami, w gąszczu lasów, czy w miasteczkach, gdzie jeszcze nie dotarliśmy. I przy całej masie problemów, z jakimi przychodzi się mierzyć miastu Hartford, uważam te okolice za niezwykle przyjemne miejsce, do którego lubię przyjeżdżać, tak jakbym przyjeżdżał do siebie, w rodzinne strony. W końcu to są w jakiś sposób moje rodzinne strony.

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

17 comments on “Hartford. Przewodnik po stolicy stanu Connecticut

  1. super artykuł.chetnie poczytałabym o innych stanach.

    Lubię

  2. rudaalicja

    Czesc! Wybieram się na tydzień w delegacje do Farmington. Mam jeden dzień wolny i chciałam się wybrać „na wycieczkę” ale trochę po tym artykule odeszła mi ochota na wypad do Hartford;) Może mógłbyś mi coś polecić?
    Dziękuje i pozdrawiam!

    Lubię

  3. Z ciekawością przeczytałam wędrówki po Hartford i okolicy, często przylatuje do rodziny do Meriden, wiele już tam zwiedziłam ale pana relacja zmusiła mnie do zaplanowania takiej wędrówki następnym razem, dziękuje

    Lubię

  4. przedsiebieblog

    Jak ja bardzo bym chciał, żeby kierowcy w Polsce tak traktowali rowerzystów, jak Ci w connecticut 🙂

    Lubię

  5. Co prawda USA to nie moja bajka, ale to się naprawdę dobrze czyta! 🙂 Sądzę, że przy odrobinie cierpliwości, dałbyś radę przekonać mnie, by z chłodnej niechęci, pójść w kierunku obojętności 😉
    Na pewno z tego co piszesz, przeszczepiłbym na polski grunt uwagę względem pieszych i rowerzystów, na pewno wrażenie robią te małe konwersacje. Ale czy to nie jest urok małych społeczeństw, gdzie wszyscy się znają i przyjazd kogoś obcego jest swoistą atrakcją turystyczną?
    Opisałeś USA z ludzką twarzą, za co dziękuję 🙂

    Lubię

    • Zdecydowanie jest tak, że przyjazd kogoś z „dalekich stron” do małych społeczności to z reguły jest wydarzenie. Ja jedynie żałuję, że nigdy nie postarałem się ruszyć dalej, w kierunki środkowych Stanów, gdzie tych małych społeczności wiedzących o świecie naprawdę mało, jest sporo. Fajnie byłoby opowiadać im o Polsce i przekonywać, że w wielu miejscach na ziemi jest super, nie tylko w Polsce. Cieszę się, że podobał się mój opis Ameryki. Mam nadzieję, że, jeśli będzie szansa opisać więcej, przekonasz się do chociażby wspomnianej obojętności! 🙂 Pozdrawiam!

      Lubię

  6. Connecticut to jeden z moich ulubionych stanów. Zielony, spokojny, taki nieskażony. Ach, chętnie bym wróciła!

    Lubię

  7. Teraz już będę mogła mówić, że słyszałam o Harford.
    I zapamiętam informację, że warto zwiedzać rowerem 🙂

    Lubię

  8. Czy tam w ogóle mieszkają ludzie? Patrzę na Twoje zdjęcia, a tam totalna pustka, żywego ducha na ulicach!

    Lubię

    • Wiesz, że sam nie zwróciłem na to uwagi, ale fakt, miejsca wydają się totalnie puste, z prostej przyczyny – ja tam byłem na wakacjach, więc obserwowałem te miejsce na przestrzeni różnych dni, a w większości czasu Amerykanie jednak… są w pracy, albo do niej jadą, albo z niej wracają. Więc owszem, mieszkają tam ludzie, ale najłatwiej ich zobaczyć w niedzielę, jedyny chyba dzień naprawdę wolny.

      Lubię

  9. Pingback: 2014. Rok niesamowitości | WOJAŻER

  10. Hej. A jak najłatwiej tam dotrzeć z NYC, a konkretnie z Manhattanu? Będziemy tam kilka dni w listopadzie, a ponieważ nie będzie to nasza pierwsza wizyta, to większość „must see” mamy już zrobione i może rzeczywiście warto byłoby wyjechać z City na jeden dzień. Pozdr. A.

    Lubię

    • Cześć! Najprościej do Hartford dojechać autobusem linii Peter Pan lub Greyhound (ok 10-15 $ w jedną stronę za osobę, w zależności jak wcześnie się kupuje) Jedzie się 2,5 – 3 godzin. Z tym, że jeśli w Hartford nie macie samochodu to trudno będzie tam cokolwiek, szczególnie w okolicach, zobaczyć. A w Bostonie pewnie już byliście? Pozdrawiam!

      Lubię

  11. Ha ha, jak zwykle mistrz słowa. Początkowo było nieco przygnębiająco, ale się rozkręciło. Dlaczego nie chciałeś obejrzeć krzesła elektrycznego? I gdzie podłapałeś australijski akcent? Końcowe zdjęcia bardzo sielskie. Ja chyba jakaś zaściankowa jestem przynajmniej, jeśli chodzi o miejsce zamieszkania, bo bardziej przemawiają do mnie te małe miasteczka i wioski, niż błyszczące stalą i szkłem metropolie. A potrafisz wymienić wszystkie stany?:)

    Lubię

    • Cześć! Jakoś tak odczułem niechęć do oglądania krzesła, nie potrafię tego do końca wytłumaczyć. Co do australijskiego akcentu, sprawa wygląda tak, że nie potrafię mówić z amerykańskim a bardzo staram się mówić z brytyjskim, gdy jestem w USA, i z tego staranie wychodzi mi właśnie australijski 😉 Jeśli chodzi o stany, potrafię wymienić wiele, ale nie wiem czy wszystkie, musiałby mnie ktoś przetestować 😉 Pozdrawiam!

      Lubię

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s