Europa Ukraina

Prypeć miała zapach miłości i smak młodości. Potem przyszła katastrofa

Historia miejsca, które katastrofa nuklearna wymazała z obszaru ludzkiej aktywności, okraszona fotografiami analogowymi.

Pierwszy raz spojrzał na nią na prospekcie Lenina. Arterie były wtedy tak szerokie i wietrzne, otwarte przestrzenie gromadziły lub przepuszczały całe masy świeżego powietrza, którym oddychał on, podobnie jak oddychało całe miasto. Czasami tęsknił do swojej zachodniej, zakarpackiej Ukrainy, do której wracał jeszcze czasami, by odwiedzić pozostawionego tam ojca. Był już jednak człowiekiem miasta, nową generacją socjalistycznego człowieka, dla którego Prypeć, powstałe zupełnie niedawno miasto, stanowiło idealną realizację perfekcyjnego konceptu urbanistycznego. Miasto idealne,  miasto słońca, miasto młodej generacji. Wszystko, co potrzebne do życia, było na miejscu, na wyciągnięcie ręki. Może poza cerkwią, o której nikt nigdy w tym miejscu nie pomyślał. Odpalając kolejnego papierosa spoglądał na pewną kobietę, na jej nienaganny strój w odcieniu niespotykanego do tej pory granatu i na tę amarantową apaszkę przepasającą jej szyję. Stała i patrzyła w niebo, wyglądała jak jedyna osoba na świecie, która zatrzymawszy się na chwilę, zauważa coś poza zwykłym, tygodniowym pędem.

Czas. Jednostka bezcenna, mierzalna, ale ulotna. Robiąc krok do przodu, mijając bramę strefy, wstępuje się w krainę, gdzie kruchość ociera się o wieczność, gdzie czas zatrzymany współistnieje obok czasu, mimo wszystko, pędzącego dalej. Piękna jest teoria względności Einsteina, która wspomina, że grawitacja zakrzywia czasoprzestrzeń, że zegary leżące na powierzchni Ziemi pracują wolniej niż te umieszczone na szczycie wieży. W strefie czarnobylskiej czas zatrzymał się przy ziemi, która wchłonęła wszystko to, co najgorsze, to, co opadało na nią w momencie wybuchu. Kiedyś jednak, trzydzieści lat temu jeszcze, na tej samej ziemi leżał lud pracujący, robotnicy odpoczywający po pracy, rodzice z dziećmi wesoło biegającymi i krzyczącymi na pełny głos, leżeli kochankowie szukający w trawie swoich dłoni i wszyscy ci, którzy w socjalistycznym raju znaleźli chwilę czasu, by zwolnić i odpocząć.

Na tej samej ziemi, która dziś bezwzględnie pochłania to, co na nią upadło zaraz po wybuchu, spacerowało kiedyś pięćdziesiąt tysięcy ludzi z całego Związku Radzieckiego. Wystarczy stanąć na głównym placu i wyobrazić sobie wszystkich tych, którym tragiczna historia wyszarpała to, co było ich, tylko ich, intymne, oswojone i pachnące.

Tego pięknego dnia zapewne poszedł za nią do restauracji o dźwięcznej nazwie Restauracja. Wyjątkowej, najlepszej, czasami nawet obleganej, w każdym razie jedynej w centrum miasta. Siedziała przy stoliku i sączyła kawę, taką parzonkę pełną fusów i o smaku dalekim od ideału. Z nikim nie rozmawiała, na nikogo nie patrzyła. Czuła niepokój, bo niebo kilka dni temu tak niespokojne, nieułożone, przypominało jej słowa babci, która po chmurach, po kolorze zachodzącego słońca, rozpoznawała przyszłość, nie zawsze dobrą i nie zawsze kolorową. Dopiero przyjechała z odległej republiki, dopiero poznawała swoje nowe, młode miasto, do którego zesłał ją radziecki przydział pracy. On, szukający w życiu czegoś więcej aniżeli tylko inżynierskiej pracy, spoglądał na nią jakby przypominała mu kogoś z dawnych lat młodzieńczych.

Gdy siedziała przy stoliku w restauracji, wiedziała tylko jedno. Jutro zaczyna się jej przydział, jej nowa praca i jej nowe życia w mieście, którego jeszcze nie znała. Jedyne, co słyszała to fakt, że jest bezpiecznie, że jest przyjemnie, że jest miło.

Radziecka władza pragnęła ponad wszystko pokazać rzeszom swoich obywateli, że nie ma czystszej i bardziej bezpiecznej energii od tej, którą daje atom. Dlatego też, o ironio, postanowiła zbudować swoje idealne miasto tuż obok elektrowni, w odległości, którą według jakichkolwiek standardów, nie można było nazwać bezpieczną. Miasto założone w lutym 1970 roku, zaledwie szesnaście lat później, w całości ewakuowano tworząc podwaliny do tego, co dziś nazywane jest „Miastem Widmo”, ogromnym, już prawie rozkradzionym reliktem sowieckiej epoki na Ukrainie.

Gdy nasz młody bohater wyjeżdżał czasami w kierunku rodzinnych Karpat czerwonym, nagrzanym od słońca samochodem, który ledwo toczył się po trudnych, kiepsko utrzymanych drogach, bardzo szybko zaczynał tęsknić za Prypecią. Wyjeżdżał z niej tylko po to, by odwiedzić swoich starszych rodziców i by przypomnieć sobie młodzieńcze, beztroskie, szkolne czasy. Taką beztroskę za światem pełnym radości i zabawy poczuł, gdy zobaczył ją tego dnia na szerokiej arterii miasta swojego, uroczej Prypeci.

Mimo chwilowej słabości, momentu roztargnienia i niemożności skupienia się na tym, na czym zawsze się skupiał, czyli pracy, wiedział dobrze, że nie może na nic narzekać. W skali całego Związku Radzieckiego, w porównaniu do wielu miejsc, które borykały się z całą masą problemów, Prypeć jawiła się jako miejsce naprawdę ujmujące, uporządkowane, przyjazne.

W sercu miasta, w jego centrum, które miało służyć ludowi pracującemu, znajdował się Hotel Polesie przy ulicy Kurczatowej. Przy tej samej ulicy swoją siedzibę miało Centrum Kultury „Energetyk” oraz Kino Prometeusz. Nad wspomnianą Kurczatową górowała niepodzielnie Siedziba Partii, która po dziś dzień wybija się ponad korony drzew, które porosły dawne serce miasta. Miasto obsługiwane było przez nowoczesny szpital zlokalizowany przy Drużby Narodow, zaś czas wolny ludzie spędzali na Stadionie przy Gidroprojektowskiej lub w uroczej Kawiarni Prypeć przy Nabierieżnej, tuż nad rzeką, której wody chłodziły pobliskie bloki elektrowni.

We wspomnieniach mieszkańców, którzy z dnia na dzień musieli opuścić miejsce, które znali od samego początku, miejsce oswojone, stworzone przez siebie, przewija się obraz Związku Radzieckiego, który jakkolwiek stanowił tyraniczny stwór, nadal pozostawał domem dla ludzi, którzy, jak wszyscy inni na świecie, czuli, żyli, kochali, tęsknili, odciskali swoje piętno i pozostawiali swoje historie. Prypeć w ich wspomnieniach było miastem pełnym zieleni, tysięcy zasadzonych w nim drzew, parków, plac zabawa. Było to miasto rozbrzmiewające dźwiękami proletariackiej muzyki mieszkającej się z dźwiękami przywiezionymi przez ludzi z najdalszych republik. Było w końcu miastem pachnącym, w którym roznosiła się woń krzewów różanych zasadzonych w ogromnej ilości w całym mieście. Była to, jak każde inne miejsce na ziemi, kraina oswojonego życia.

W feralnym kwietniu roku 1986 miasto zamieszkiwało 50,000 osób o średniej wieku dwudziestu sześciu lat Na chwilę przed pierwszym maja, wielkim świętem komunizmu, oddano do użytku wesołe miasteczko, kolejne miejsce, które miało służyć zdrowiu psychicznemu jego mieszkańców.

A potem przyszła katastrofa i zabrała wszystko. 

Analogowe zdjęcia nie kłamią, nie potrzebują filtrów ani przeróbki, dlatego Magdalena postanowiła udokumentować pobyt kolorową kliszą, na której uwieczniła miejsce nie wyglądające o tej porze tak, jak wyobrażają sobie to ci, którzy przybywają tam ze swoimi oczekiwaniami i wyobrażeniami.

Gdy świeci słońce a bujna natura wokół rozkwita, bardziej od katastroficznych myśli o końcu człowieka i ludzkości, myśli się o tym, że Ziemia bardzo dobrze by sobie bez nas poradziła. Tak jak radzi sobie w Prypeci, powoli i sukcesywnie usuwając w cień dzieła człowieka i przywracając tej krainie gatunki, które człowiek wytępił już bardzo dawno.

Współczesna Prypeć to skansen, mały raj dla fotografów, kraina niezwyklej ciszy i spokoju, tylko czasami przerywanych dźwiękami liczników Geigera, które dzierżą coraz większe grupy odwiedzających to miejsce. Jeśli ktoś pragnie do tego miejsca przyjechać, aby poczuć ciarki, zobaczyć koniec świata, stwierdzić, że człowiek to zło, niech przyjedzie zimą, gdy ogołocona z liści, szara natura odsłania równie szare, odrapana budynki.

Latem Prypeć to tylko kolorowa historia o zwycięstwie natury nad naszymi ludzkimi głupotami, małostkami i nad naszą wielką, zawinioną nieodpowiedzialnością. 

Wszystkim tym, którzy poszukują czarnobylskich historii o ludziach, ich życiu, o dniu katastrofy i losach tych, którzy przeżyli, polecam lektury:

  • Czarnobylska Modlitwa –  Swietłana Aleksijewicz
  • Krzyk Czarnobyla – Swietłana Aleksijewicz
  • Czarnobyl – Francesco Cataluccio
  • Czarnobyl Baby – Merle Hilbk

O myślach z czarnobylskiej zony przeczytacie także u mnie w tekście „W krainie promieniotwórczego spektaklu” zaś tych, którzy zastanawiają się, czy wizyta w Czarnobylu jest bezpieczna, zapraszam do mojego artykułu „Czy wyjazd do Czarnobyla jest bezpieczny. Rozprawka o promieniowaniu dla laików”

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

7 comments on “Prypeć miała zapach miłości i smak młodości. Potem przyszła katastrofa

  1. Pingback: Rok 2016 był czasem wzlotów i upadków, ale głównie wzlotów | Wojażer

  2. Pingback: Sowiecki Kijów. Przewodnik po znikającej radzieckiej utopii | Wojażer

  3. No Marcin, melancholijne podejście. Nic zresztą dziwnego – często się ono zdarza w opuszczonych miastach. Kontrastuje z Twoim zdaniem o raju dla fotografa, ale dobrze to rozumiem. Ostatnio stwierdziłam, że żydowskie cmentarze są romantyczne i to też strasznie mi nie pasuje. Bo śmierć nie powinna być romantyczna. Kurcze, czuję zgrzyt. Próbuję sobie z nim radzić od kilku tygodni, ale to chyba nie do poradzenia sobie.

    Lubię

  4. Patrzę na blogi i widzę, że to bardzo popularny kierunek teraz – chyba muszę sama pomyśleć o tym miejscu i tam się wybrać – w sumie to niedaleko przecież.
    Przeczytałam „Czarnobylską modlitwę” i bardzo mi się podobała.
    Czy te kolejne też dobre?

    Lubię

  5. korionthetrackkori

    Bardzo ciekawy artykuł. Kiedyś bardzo chciałam pojechać do Czarnobyla, ale wyjazdy stały się to metodą na zarobek, niestety. Dwie pierwsze książki które polecasz czytałam. Przejmujące historie wręcz mogę pokosić się o stwierdzenie okropne ….

    Lubię

  6. Czarnobyl Baby Hilbk to nie jest lektura godna polecenia, pełna jest przeinaczeń i błędów.
    Na mnie największe wrażenie w Prypeci zrobił widok z dachu jednego z wieżowców pokazujący ogrom tego miasta duchów z elektrownią w tle. Niesamowite…

    Lubię

  7. Myślę, że pogoda nie jest bez znaczenia przy odwiedzaniu Czarnobyla. Ja trafiłam na pochmurną i burzową, więc odczucia były dużo bardziej sentymentalne. W dodatku tuż przed wjazdem do zony obejrzałam jeden z wielu filmów dokumentalnych i nagle w tych wszystkich miejscach jawili mi się ludzie. Nie jacyś tam. Konkretni, z konkretnymi twarzami, widziani przecież jeszcze przed chwilą. Trudne do opisania uczucie.

    Lubię

Podobał Ci się artykuł? Chcesz coś dodać? A może się nie zgadzasz? Zostaw komentarz, doceń pracę autora.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s