Azja Chiny

Byłem nauczycielem angielskiego w Chinach. Opowieść o emigracji

Kiedyś byłem nauczycielem. Cieszę się, że byłem nim w Chinach, tam i tylko tam. 

Do Lishui, po długiej podróży, dotarłem w drugiej połowie września 2007 roku. Zanim wszedłem za katedrę i rozpocząłem nauczanie, czekała mnie długa przeprawa przez słynną, chińską biurokrację, która miała uczynić mnie „zagranicznym ekspertem”.

Jeszcze przed opuszczeniem Polski, uzgodniona została umowa przedwstępna oraz wszelkie dokumenty, które potrzebne były do późniejszego otrzymania kompletów dokumentów uprawniających mnie do mieszkania i pracowania w CHRL. Jedną z rzeczy, które musiałem, jeszcze będąc w Polsce, przesłać do Chin, było zaświadczenie o braku nosicielstwa HIV. Takowe, wydane w prywatnej klinice w języku angielskim, przekazałem stronie chińskiej. Jednak, jak się okazało, nie był to koniec formalnych wymagań.

Gdy przekraczałem chińską granicę na lotnisku Pudong w Szanghaju, przekreślono moją pracowniczą wizę wjazdową. Oznaczało to tylko i wyłącznie tyle, że w ciągu trwania mojego kontraktu, nie mogłem opuszczać Chin, gdyż nie mógłbym do nich wrócić. Jako że wiza została przekreślona, należało się udać po kolejną naklejkę w paszporcie – tak zwane ‚residence permit’, czyli prawo stałego pobytu. Aby to otrzymać, musiałem wraz ze swoim zwierzchnikiem, Panem Chenem, udać się na miejski komisariat policji, gdzie przechodziliśmy labiryntami korytarzy od jednego mniej, do innego bardziej zadymionego pomieszczenia. Wypełnialiśmy kolejne papiery, robiliśmy zdjęcia, podpisywaliśmy dokumenty, aż w moim starym, niebieskim paszporcie pamiętającym czasy na długo przed wejściem do Unii, i mającym moje zdjęcie jako totalny nastolatek, pojawiła się kolejna naklejka obok wizy wjazdowej – wspominane prawo stałego pobytu, na której napisane było kim jestem, w jakim miejscu w Chinach pracuję i w na jakim stanowisku – Foreign Expert. Swoją drogą, do tej pory nie mogę zrozumieć, dlaczego wyjechałem do Chin ze starym, niebawem kończącym się paszportem, w którym nijak nie byłem podobny do siebie samego, i co zaowocowało tym, iż po roku, w czasie którego utuczyłem się i zmężniałem, chiński strażnik graniczny nie chciał mnie wypuścić z Chin zastanawiając się, co to za paszport jakiegoś dzieciaka mu pokazuję.

Wracając jednak do formalności… po otrzymaniu residence permit, odebrałem kolejny dokument – czerwoną książeczkę będącą moim dowodem, iż jestem zagranicznym ekspertem. Jest to efekt reform z początku lat 90, kiedy Chiny wiedziały już, iż będą potrzebować specjalistów zza granicy,  i jednocześnie chciały przygotować się na ich napływ. Książeczka stwierdza kim jestem, na jakim stanowisku i gdzie pracuje oraz jakie mam kwalifikacje. Drugą, i ostatnia już książeczkę, którą musiałem uzyskać, był Certyfikat Badań Medycznych. Jak wiadomo, zaświadczenie o dobrym zdrowiu musiałem przedstawić wcześniej, ale Chińczycy i tak musieli to sprawdzić na własną rękę. Gdybym  był np. nosicielem HIV, czekałaby mnie deportacja. Uzyskanie książeczki medycznej było dosyć przyjemną i prostą sprawą. Czarne szkolne audi zabrało mnie do nowoczesnego szpitala, gdzie przechodziłem od pokoju do pokoju, w których to badano wszystko – wzrost, wagę, wzrok, uzębienie, serce, oddech, krew, wszystko. Od specjalisty do specjalisty, ot takie kompleksowy tour medyczny, skończył się szybko i ogólnie przebiegł bardzo sprawnie. Po tej wycieczce korytarzami przyjemnego szpitala otrzymałem pomarańczową książeczkę – Certificate of Health Examination. Stwierdzała ona wszystkie moje parametry, a także oczywiście to, gdzie pracuję i w jakiej roli.

Ostatnim elementem całego procesu stawania się „ekspertem”, było formalne podpisanie umowy w gabinecie dyrektora, szefa wszystkich szefów, człowieka wysoko postawionego w lokalnych strukturach partii komunistycznej. Ponieważ szkoła, czy też właściwie szkoły, w których uczyłem, były własnością państwa, kontrakt uważany był za rządowy kontakt między szkołą a zagranicznym specjalistą.

Kluczowe zapisy umowy mówiły, że „zagraniczny nauczyciel” zobowiązany jest:

  • uczyć około 15 godzin tygodniowo
  • odbywać „office hours” – konsultacje z nauczycielami i uczniami w biurze
  • opracować program nauczania, przedstawić go szefostwu i na koniec zdać raport z wykonanej pracy
  • uczestniczyć w życiu szkoły oraz być częścią szkolnego PR-u.

Całe szaleństwo związane ze sprowadzaniem tysięcy zagranicznych nauczycieli wynika z kilku czynników. Nie zagłębiając się za bardzo chodzi generalnie o dwie rzeczy. Pierwsza to szaleństwo na punkcie Yingyu – języka angielskiego, które ogarnęło Chiny wraz z ich otwarciem na świat. Uczenie się tego języka stało się bezwzględnym wymogiem modernizującego się społeczeństwa i jednym z elementów wymaganych do osiągnięcia sukcesu. Po drugie, tysiące szkół w całym kraju chcą podnosić swój prestiż reklamując się tym, iż stać ich na ściągnięcie i zatrudnienie ekspertów z Zachodu. Piszę „stać ich”, ponieważ zagraniczni nauczyciele zarabiają z reguły o wiele więcej niż wieloletni, doświadczeni chińscy koledzy. Wynika to z tego, iż za „chińskie stawki” nikt, nawet za cenę świetnej przygody, nie przyjechałby tam pracować. Choć prawda jest taka, iż dla moich kolegów z USA, Australii, czy Anglii, pieniądze, które zarabiali, to nic w porównaniu z tym, co zarabia się w ich krajach. Oczywiście dla mnie, Polaka przyjeżdżającego z kraju, gdzie rządziło dwóch bliźniaków a bezrobocie wynosiło 20%, stawka zarobkowa określona w kontrakcie była ogromnym finansowym upgrejdem. I nie chodzi o to, że pojechałem tam w celach zarobkowych, nie, gdybym chciał to zrobić, pojechałbym na wyspy brytyjskie. Chodziło raczej o to, że przy niewielkich wtedy kosztach życia, moje zarobki pozwalały mi na życie pełne przyjemności, gdzie nie trzeba było się zastanawiać, czy cię na coś stać, cz nie.

Co ważne, oprócz określonej stawki miesięcznej, kontrakt precyzował następujące, przysługujące mi dodatki: 200 juanów dodatku w postaci karty magnetycznej do szkolnego sklepiku (który wyglądał jak market) i kantyny, gdzie podawane były śniadania, obiady i kolacje. To wystarczało na miesięczny zapas picia wszelkiej maści (bezalkoholowego); 2000 junaów dodatku wakacyjnego na okres przerwy semestralnej; wolne we wszystkie święta państwowe CHRL oraz w okresie naszych świąt Bożego Narodzenia; telefon służbowy wraz z określoną ilością minut, internet w mieszkaniu oraz, przede wszystkim, służbowe, spore mieszkanie na terenie kampusu wraz z opłaconymi wszystkim rachunkami za prąd i wodę. Jak więc widać, moje „koszty życia” były praktycznie zerowe, a w zasadzie wszystko co zarabiałem pozostawało do mojej dyspozycji. Wisienką na torcie był fakt, iż po przepracowaniu przewidzianego w kontrakcie czasu, szkoła wypłacała mi kwotę, którą wydałem na samolot w obie strony. To była jedyna kwestia, na której trochę straciłem. Ponieważ kontrakt precyzował kwotę w juanach, na początku, pokrywała ona praktycznie całość biletu w obie strony, jednakże pod koniec mojego kontraktu, dolar notował jedne z najniższych stawek w historii (około 2 złote za dolara) i ze względu na te walutowe zawirowania w efekcie otrzymałem de facto zwrot za 2/3 wartości biletu, co przy bilecie za 3500 zł było dosyć bolesne, ale do przeżycia.

I tak, po opowiedzeniu o wszystkich formalnościach, mogę teraz opowiedzieć Wam o samej szkole.

 

 

Lishuixueyuanfuzhong (liszłej siue juan fudżong) – nazwa mojej szkoły, łatwo wpadała w ucho. Angielska nazwa trochę dokładniej precyzowała czym jest ta szkoła – The Affiliated Senior High School of Lishui University. Szkoła znajdowała się w niedalekiej odległości od głównego uniwersytetu w mieście i z założenia byłą ośrodkiem produkującym przyszłych studentów Lishui University. Sam teren szkoły zrobił na mnie pozytywne wrażenie od samego początku. Znajdował się trochę na uboczu miasta, niedaleko rzeki, a ponadto był ukryty między wzniesieniami. Kampus szkolny był samowystarczalną jednostką. Pierwszy budynek po lewej stronie wchodząc przez bramę był głównym miejscem nauczania. Mieściły się tam wszystkie klasy na trzech poziomach, a także gabinety nauczycieli, gdzie przyjmowało się interesantów. Dokładnie na wprost budynku, gdzie odbywały się zajęcia, znajdował się gigantyczny budynek obrazujący rozrost biurokracji Chińskiej. Mieściły się w nim biura, gabinety oraz hala sportowa. Mijając ten budynek wchodziło się na wielkie boisko szkolne, gdzie odbywały się wszelkie sportowe wydarzenia oraz apele o charakterze polityczno – wychowawczym. Stojąc na boisku po lewej stronie na wzgórzach znajdowały się wielka kantyna wraz z zapleczem kuchennym, budynki mieszkalne nauczycieli, w tym nasz, oraz ogromny internat dla uczniów mieszkających na terenie szkoły. Na końcu kampusu można było odpocząć w parku przy źródełku i małym jeziorku. Obok niego położone były ostatnie 3 budynki – internet dla dzieciaków, sale zajęciowe dla dzieci wraz z szkolnym supermarketem oraz budynek administracyjny szkoły juniorów. Wynikało to z faktu, iż senior high school połączony z Lishui University miał na swoim terenie chińskie gimnazjum, które to z kolei produkowało przyszłych uczniów senior high school. Idealny system naczyń połączonych.


Początki mojej działalności na kampusie były dziwne. Człowiek powoli musiał przyzwyczajać się do swoistej roli nie tyle nauczyciela angielskiego, co szkolnej gwiazdy i lokalnego celebryty. Onieśmielające były te pierwsze chwile, kiedy mijające mnie dzieciaki, czy też prawie dorosła już młodzież na mój widok reagowały zaskoczeniem, zasłanianiem ust ze zdziwienia i słynnymi wyrażeniami – „oooo, waiguoren!!” lub „oooo, laowai!!!” – znaczącymi w pierwszym przypadku człowiek z obcego państwa, w drugim starszy obcy, oba określające obcokrajowca. Powszechnemu zaskoczeniu towarzyszyło także ciągłe robienie zdjęć mojej białej twarzy czymkolwiek co robiło zdjęcia. Sytuacje były pochodną kilku rzeczy.
Po pierwsze, Chińczycy, naród, który przez wieki izolował się od obcych i interesował się głównie sam sobą, nie miał ogromnych kontaktów z białym człowiekiem. Wszyscy byliśmy dla nich taką samą masą białych diabłów. Szalone czasy komunizmu tylko utwardziły wielowiekowe antagonizmy i obcość. Pomimo otwarcia  Chin na świat, nadal wizyty ludzi wyglądających zupełnie odmiennie budzą niezwykłe zainteresowanie. Dotyczy to szczególnie prowincji oraz małych miast (choć w naszym rozumieniu trudno chińskie małe miasta nazwać małymi, bo często mają populację większą od Krakowa). Jak się okazało, reakcje moich uczniów oraz innych mieszkańców kampusu, były jedynie przedsmakiem tego, co mnie czekało przy każdorazowym wyjściu na miasto. Bo w Lishui było nas, obcokrajowców, może dwunastu. Ta grupka ludzi, łącznie ze mną, stanowiła lokalną grupę celebrytów, którzy podniecali chińskie masy przy każdym swoim pojawieniu się na mieście. Byliśmy tam my, dwójka Polaków, jeden Amerykanin z Kalifornii, Brandon, była Kanadyjka – Sandra – wspaniała kobieta, która w Chinach przebywała od lat 80. zaś jej mąż był inicjatorem pierwszych kontaktów naukowych i szkolnych między Kanadą a CHRL, i byli inni, których nie miałem jakoś okazji poznać.
To, co do mnie dotarło już na samym początku mojego pobytu w Lishui High School, to ideologia tam panująca. A jest nią socjalizm z ludzką twarzą, chińska wersja komunizmu łącząca ideologiczne zacietrzewienie z pragmatyzmem gospodarczym. Jednym z najzabawniejszych obrazków, jakie widziałem w szkole była ściana przedstawiająca komunistycznych bożków począwszy od Marksa, przez Engelsa, Lenina, Stalina, Mao, Denga, Jianga aż po… dyrektora szkoły. Od razu wiadomo, jaką linię polityczną reprezentuje ciało pedagogiczne. Lista szkolnych członków chińskiej partii komunistycznej to pokaźna tablica ze zdjęciami, nazwiskami, sierpami i młotami. Z imienia i nazwiska wiadomo kto w szkole zajmuje najważniejsze stanowiska i kto ma najwięcej do powiedzenia. I tak, w chyba już tylko z nazwy, ludowym i socjalistycznym państwie rozpoczynałem pracę na jak najbardziej kapitalistycznym kontrakcie.
Szkoła, począwszy od samych początków nauczania, szczególnie przez okres szkoły średniej, odpowiedzialna jest za wychowanie chińskiego ideału socjalistycznego człowieka, który realizować będzie założenia rozwoju i zrównoważonych reform gospodarczych, człowieka, który przez całe życie będzie ciężko pracować, a także, gdy nie będą mogli jego rodzice, zrealizuje swój obowiązek wobec nich i państwa utrzymując ich w latach starczych.
Szkoła średnia podporządkowana jest jednej i zarazem najważniejszej rzeczy w Chinach – GAOKAO, chińskiej maturze, czemuś, co trudno przełożyć na nasze realia bez odrobinę większego wytłumaczenia o co w tym wszystkim chodzi.
Aby wytłumaczyć Wam, co to tak naprawdę jest, posłużę się cytatem z książki Katarzyny Pawlak „Za Chiny Ludowe”:
Gao – wysoki, kao – egzamin. Najważniejszy sprawdzian w życiu Chińczyka, odbywa się pod koniec szkoły średniej. Stopnie otrzymane na gaokao przesądzają o tym, na jaki uniwersytet i wydział zostanie przyjęty młody człowiek, co z kolei decyduje o jego przyszłej pracy, która z kolei wpływa na jego dochody, co następnie determinuje jego małżeństwo. Dzieciństwo, a już na pewno wiek nastoletni służą właściwemu przygotowaniu się do gaokao. Każda ocena jest traktowana jako prognostyk sukcesu bądź porażki na egzaminie, a każdy przedmiot jako wymagający dodatkowej nauki – samodzielnej w domu i zbiorowej w licznych szkółkach popołudniowych. Po gaokao następuje kilka lat luzu, czyli studia i wiele lat pracy (…)
Wytłumaczenie, czym jest gaokao będzie pomocne przy zrozumienie wielu aspektów życia szkolnego, o których będę pisał w dalszych akapitach.

Do tej pory pozostaję pod wrażeniem lekcji, które miałem przyjemność, mniejszą lub większą, prowadzić, a także moich uczniów. Uczyłem dwie grupy studentów – pierwsza to uczniowie pierwszego roku high school, drudzy to uczniowie ostatniego lub przedostatniego roku junior school. Ci drudzy to dzieciaki, mieli jeszcze czas na cieszenie się życiem, aczkolwiek już powoli przyzwyczajani byli do funkcjonowanie w rygorystycznym systemie chińskiego szkolnictwa. Byli już po pierwszych lekcjach angielskiego, choć ich poziom był totalnie początkowy. Ci pierwsi, rozpoczynający naukę w high school, potrafili już co nieco po angielsku mówić, a jednocześnie byli w ostatnim momencie względnego luzu przed męką przygotowań do gaokao. Na tym początkowym etapie szkoła fundowała im lekcje z obcokrajowcami, z żywym językiem, akcentem. Jednocześnie chodziło o zaspokojenie światowych ambicji rodziców, którzy posyłając dzieci do tej właśnie szkoły, widzieli, że szkoła jest tego warta.
Uczyłem około pół tysiąca dzieci. W high school uczyłem pięć klas jednego rocznika – łącznie około 250 – 300 uczniów. Pozostałą część stanowili uczniowie junior school. Naprawdę ogromny problem sprawiało mi zapamiętanie imienia kogokolwiek z nich. Nie wynikało to z faktu, iż chińskie nazwiska są trudne. Owszem są, ale da się je zapamiętać. Mój problem z ich imionami wynikał z durnego zwyczaju nadawania sobie angielskich imion, którymi potem Ci młodzi ludzie się posługują. W dodatku imiona te kompletnie nie mają sensu – Sunny, Kitty, Happy, Lizard, to tylko początek. Miałem uczniów o imieniu Devil czy Belzebub. Moim ulubionym był jednak uczeń płaci męskiej o imieniu Suzanne. Totalny misz masz i bezsens tych imion kompletnie pomieszał mi w głowie i ciężko jest mi przypomnieć sobie imię kogokolwiek z nich.
Od razu chciałem powiedzieć, że to nie jest prawda, że wszyscy Chińczycy wyglądają tak samo. Słyszę to w Polsce bez przerwy. Wszyscy wyglądają zupełnie inaczej, choć rzeczywiście, przy jednym kolorze włosów i oczu nietrudno się pomylić. Na pocieszenie powiem Wam, że dla Chińczyków my, ludzie z Zachodu, także jesteśmy zupełnie identyczni, nieważny czy blondyni czy bruneci, wyglądamy dla nich tak samo.
Moi uczniowie byli bardzo różni. Wszyscy jednakowo poddawani presji życiowej, a jednocześnie, w z założenia harmonijnym społeczeństwie, z góry traktowani w sposób nierówny. Nie jestem nauczycielem z wykształcenia, jednakże jedną z pierwszych, naturalnych myśli, jakie miałem w stosunku do swoich uczniów było to, iż słabi uczniowie powinni być mieszani z uczniami lepszymi, aby Ci lepsi podciągali ich do góry. Nie, w Chinach mają na to inną metodę. Najlepszych dają z innymi najlepszymi, zaś najgorszych z innymi najgorszymi. I tym sposobem uczyłem w klasach geniuszy, którzy byli w stanie prowadzić ze mną ciekawe i normalne rozmowy, a także w klasie kompletnych głąbów, bo choć dzieciaki były to miłe, nic nie potrafiło powiedzieć ponad ‚hello, how are you?”. I tak przez cały rok! W sumie zajęcia z tą jedną klasą bardziej przyczyniły się do poprawy mojego mówionego chińskiego aniżeli ich angielskiego. Pomimo moich starań, była w nich pewna bariera nie do przejścia, która po prostu nie pozwalała im nauczyć się mówić w języku białych ludzi.
 

Z goła inaczej wyglądało to w przypadku moich uczniów, których rozkład zajęć i de faco rozkład życia, miał charakter niezwykle koszarowy, a wyglądał on mniej więcej tak:

Moja praca polegała na uczeniu. A główną formą była lekcja. Zapisana w kontrakcie ilość godzin była w zasadzie niewielką częścią tego, ile wynosi wymiar pracy w Polsce, dajmy na to w firmie, którą prowadzę, jednakże gdy wgłębi się w ilość przygotować, które wymagały te lekcje, wychodziło przynajmniej dwa razy więcej czasu spędzonego na pracy. I tak dawało to mniej godzin niż standardowy tydzień pracy w Polsce. Mój dzień roboczy można przedstawić tak: od poniedziałku do czwartku przez jeden semestr i od poniedziałku do piątku w drugi semestr. Pierwsze zajęcia miałem z reguły w godzinach poranno-południowych, pozostałe w popołudniowych. Czas dzielił się między zajęcia z uczniami starszymi oraz tymi młodszymi ze szkoły juniorów. Do własnej dyspozycji miałem poranki, przerwy w ciągu dnia, wieczory i weekendy.

  • 6:00 – pobudka, w poniedziałek apel przy hymnie i wciąganie flagi, w pozostałe dni po pobudce ćwiczenia na świeżym powietrzu. Potem prosta toaleta.
  • 7:00 – śniadanie
  • 7:40 – 12:00 zajęcia
  • 12:00 – 14:00 przerwa na obiad i drzemkę. W tym rejonie bywa bardzo gorąco, więc w tych godzinach naprawdę nie da się uczyć. Szkoła wtedy zamiera.
  • 14:00 – 18:00 zajęcia
  • 18:00 – 20:30 odrabianie zadań w klasach, dodatkowe zajęcia, ćwiczenia
  • 21:00 – kolacja
  • 22:00 – do internatu (lub do domu) i spać.

Moi znajomi chińscy nauczyciele zobowiązani byli do odbywania nocnych dyżurów, które były dla nich absolutną udręką. Polegały one na tym, iż siedzieli oni w internacie i pilnowali, by po 22:00 nie było żadnej aktywności – żadnych spacerów po korytarzach, żadnego palenia światła i rozmów. Zajęcie to dla wielu z nich było poniżające, gdyż czuli się jak strażnicy w więzieniu. Często, gdy wracałem późno do mieszkania widziałem  wygaszone korytarze i pokoje z internacie tuż obok, a w środku tylko małe świecące punkciki – telefony, na których toczyło się życie towarzyskie poprzez komunikator QQ, chiński odpowiednik naszego starego, już dla wielu nieznanego, GG. Każdy Chińczyk ma QQ i zamiast podawać numer telefony czy email, podaje się QQ. Dosyć dużo czasu zajęło mi wytłumaczenie, że QQ nie mam i nie używam, co też powodowało powszechną konsternację u moich rozmówców.

Oprócz wspomnianego rozkładu zajęć od poniedziałku do piątku, należy także wspomnieć, że dzieciaki odbywały zajęcia także w sobotę do mniej więcej południa, po czym udawały się do domu, zaś tych, którzy zatrzymywali się w internacie, odbierali rodzice z okolic miasta, bądź też puszczano ich na miasto, gdzie z reguły udawali się do różnego rodzaju ciągle powstających fast foodów. Ich „weekend” nie trwał jednak wybitnie długo, gdyż już popołudniu w niedzielę wracali na teren kampusu.

Wielokrotnie wspominałem, że cieszę się, iż mogłem być nauczycielem w Chinach. Laoshi – nauczyciel, to mimo wszystko, i przede wszystkim mimo relatywnie niewysokich zarobków, zawód o wysokim prestiżu, który cieszy się ogromnym szacunkiem tak wśród rodziców jak i dzieci. Nie dziwi to wcale, skoro to od tych ludzi właśnie zależy los dzieci, które nieuchronnie podążają ku Gaokao, które z kolei zdeterminuje ich los na resztę życia, a przy tym określi także byt rodziców, dla których dziecko jest nie tylko ukochaną pociechą, ale też żywą emeryturą, jedyną podporą na lata starości. Jednocześnie sami nauczyciele żyją pod ogromną presją statystyk. To, do jakich uniwersytetów dostaną się absolwenci szkół średnich determinuje pozycję tych szkół w rankingu, a tym samym określa popularność. W socjalistyczny, aczkolwiek na wskroś kapitalistycznym, jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi, społeczeństwie, rodzice bardzo dokładnie sprawdzają, gdzie idą absolwenci takich placówek. Oczywiście do najlepszych uniwersytetów w Pekinie i Szanghaju zawsze dostają się tylko pojedyncze jednostki, gdyż szkół takich w całym kraju są tysiące. Pozostała część zasila najlepsze uniwersytety prowincji, w moim przypadku prowincji Zhejiang, której stolicą jest przepiękne miasto Hangzhou, zaś większość absolwentów ląduje w uniwersytetach, które mieszczą się w tym samym mieście, gdzie szkoła. Po ukończeniu studiów w takim miejscu zasilają rzesze drobnych wyrobników w placówkach bankowych, finansowych, usługowych, czy też po prostu w fabrykach.
W samym byciu nauczycielem najfajniejsza była, zabrzmi to egocentrycznie, panująca wokół specjalisty-obcokrajowcy, aura szanowanego celebryty, coś zupełnie niesamowitego dla młodego człowieka. Pamiętam dobrze jedno rzecz – przez pierwsze tygodnie, ale tak naprawdę jeszcze długo potem, podchodzili do mnie uczniowie z zeszytami i prosili o podpis – autograf. Podpisywałem się po polsku, ale po jakimś czasie zrozumiałem, że nie robi to na nich wrażenia, bo nic nie mogą odczytać, a moje bazgroły wyglądają dla nich tak, jak dla mnie język arabski. Więc po jakimś czasie zacząłem się podpisywać po chińsku używając mojego pełnego chińskiego imienia – Mading – 马丁。 Robiło to na nich zdecydowanie większe wrażenie.

 

Poza pracą w klasach i zwykłym nauczaniem było jeszcze bangongshi, czyli biuro. Godziny biurowe, takie swoiste dyżury, były jednym wielkim picem na wodę i fotomontażem. Miałem swój gabinet, do którego powinni przychodzić uczniowie i dopytywać się o różne rzeczy związane z nauką języka, jednak byli zbyt nieśmiali, czy to zrobić. Więcej pożytku miały zwykłe pogawędki na terenie szkoły, śmieszne gry, spotkania, wspólne robienie zdjęć.

W biurze robiłem wszystko to, co pozwalało, by czas płynął szybciej – rozkoszowałem się zieloną herbatą, rozmawiałem z nauczycielami angielskiego, bo tylko z nimi można było prowadzić dłuższe i produktywne rozmowy, przeglądałem cenzurowany chiński internet, w którym dla człowieka z Zachodu niewiele treści było ciekawych. Czas mijał, godziny biurowe się kończyły, wracałem do siebie.

Rzeczą, która w czasie mojej pracy w Chinach była zdecydowanie najtrudniejsza, było nauczanie małych dzieci języka angielskiego. Po pierwsze, z nimi nie można już w ogóle normalnie porozmawiać, po drugie, trzeba mieć do nich określone, dobre i wyuczone podejście, po trzecie fajnie, jeśli potrafi się z nimi jakoś bawić. Lekcje z maluchami były największą męką, gdyż należało się do nich starannie przygotować, nie można było po prostu pójść i mówić, bo przecież niczego by nie zrozumiały. Przyjąłem metodykę, która pomagała tak im, jak i mi, choć nie do końca cieszyła nauczycieli angielskiego, którzy ich uczyli. Kluczową rzeczą było, by dzieciaki opanowały trochę słownictwa, trochę podstawowych słów i osłuchały się z w miarę neutralną wymową. Aby to osiągnąć, przygotowując pakiet słów do nauczenia, sprawdzałem ich znaczenie po chińsku i często po chińsku tłumaczyłem im ich znaczenie. Oni szybko rozumieli o co chodzi, ja zaś uczyłem się nowych słów. Jak w przypadku szkoły średniej, klasy były bardzo zróżnicowane i oczywiście gorszych uczniów grupowano w jednej klasie a lepszych w drugiej. Bez szans na wybicie, po prostu selekcja naturalna. W jednej z tych gorszych klas, gdzie dzieciaki kompletnie nic nie rozumiały, choć być może bardzo chciały, miałem dwójkę ulubionych uczniów. Nazywałem ich Flip i Flap, jeden bardzo duży i porządnie utuczony, drugi malutki i niezwykle ruchliwy. Należeli oni do dwójki najmniej rozumiejących cokolwiek bym nie robił. Pomimo to bardzo dobrze ich wspominam jako tych, którzy zawsze wprowadzali dużo pozytywnej energii do towarzystwa. Najbardziej pamiętam to, jak wkurzały ich ćwiczenia oczu. Co to są ćwiczenia oczu? Otóż Chińczycy konsumują ogromną masę materiału wydrukowanego na papierze. Ich nauczyciele, czy też cały system, wierzy, że kilka razy w ciągu dnia należy robić bardzo specyficzne ćwiczenia, w czasie których wraz z lecącą w tle muzyką, masuje się oczy i ich okolice. Dwójka moich ulubionych uczniów zawsze spoglądała jednym okiem, czy i ja robię takie ćwiczenia. Nie robiłem.

Wśród uczniów junior school było także kilka wybitnych jednostek. Jedna dziewczyna mówiła pięknym angielskim i potrafiła prowadzić ze mną rozmowy dłuższe i poważniejsze od niektórych moich uczniów z high school. Inna, córka mojego przyjaciela, zawsze porządnie przygotowana, nie miała problemu z formułowaniem zgrabnych zdań. Te talenty wyciąga się z masy bardzo szybko, promuje się je jeszcze bardziej, wysyła na konkursy, gdzie z reguły wygrywają, robi się z nich szkolne gwiazdy i nieosiągalny przykład dla innych.

Oprócz dwóch wspomnianych grup uczniów – zwykłych i niezwykłych, była jeszcze jedna – tych uprzywilejowanych. Były to dzieci moich znajomych nauczycieli, członków partii, ludzi, którzy po prostu mieli wiele do powiedzenia w szkolnej społeczności. Dla nich moi przełożeni organizowali specjalne, składające się z 4-5 osób grupy, które spotykały się ze mną wieczorem w osobnym gabinecie i uczyły się z osobnych książek, prowadziły ze mną rozmowy, miały obcokrajowca na wyłączność. To właśnie z reguły rodzice tych dzieciaków zapraszali mnie potem na kolacje pożegnalne do świetnych restauracji, tylko po to, żeby ich dziecko mogło jeszcze trochę przebywać z przybyszem z Zachodu.

Jak właściwie nazwać przyczynę tego, że znalazłem się w CHRL w roli nauczyciela angielskiego? Otóż na przełomie lat 80 i 90, dzięki nowej, otwartej polityce Deng Xiaopinga, następcy Mao Zedonga, Chiny otworzyły się na świat i rozpoczęły postęp na skalę nienotowaną w historii ludzkości. Gdy wyjeżdżałem, moje rodzina myślała, że jadę do trzeciego świata, gdyż obraz Chin wśród moich rodaków w tym czasie był czymś mniej więcej takim, jak połączenie obrazka uśmiechniętego Mao i wpatrzonych w niego mas chłopskich, które żyją za 20 dolarów rocznie. Gdy wróciłem i pokazałem im jak wygląda życie w zmieniających się Chinach, jak wyglądają miasta, nastąpiła pewna konsternacja, bo obrazek nie pasował do wyobrażenia. Jakkolwiek nie można zapominać o tym, że w Chinach, szczególnie na prowincji, nadal panują ciężkie warunki życia, nie można też zapominać o fakcie, że Chiny od czasów Deng Xiaopinga wyciągnęły z biedy ponad 400 milionów ludzi. To jest, dla lepszego zrozumienia, populacja Europy.

Jednym z aspektów postępu i, jak to mówią Chińczycy, harmonijnego rozwoju (ot taka socjalistyczna nowomowa), było i nadal jest nauczanie języka angielskiego. Bo to właśnie umiejętność posługiwania się tym językiem jest wyznacznikiem międzynarodowych aspiracji Chin, chęci doścignięcia i kiedyś prześcignięcia Zachodu. Jak na razie niedoścignionym ideałem dla Chin są Stany Zjednoczone. Kto może, wysyła tam swoje dzieci, by zdobywały najlepsze na świecie wykształcenie, a potem wracały do Chin i zakładały coraz prężnie działające biznesy, które to z kolei dadzą pracę rzeszom innych Chińczyków. Pomimo tego, że Chiny jako całość już są drugą gospodarką świata, a wkrótce najprawdopodobniej zostaną pierwszą, nadal daleko im do PKB per capita takiego, jaki osiągają Amerykanie. Na szczęście z każdym rokiem się to zmienia i Chińczycy wiedzą, że mogą zarobić więcej i się tego właśnie domagają. Niestety jednocześnie galopujący wzrost cen pożera ich zwiększające się zarobki. Koszty życia w Chinach od 2007 i 2008 roku, kiedy tam mieszkałem, do chwili obecnej, wzrosły w niesamowity sposób.

To była więc główna przyczyna mojego znalezienia się w Chinach – Chiny potrzebowały i nadal potrzebują rzeszy nauczycieli z Zachodu, jednocześnie, dzięki kryzysowi w Europie i USA, stać ich na to, by ściągać coraz większą ilość native speaker’ów, którzy mają wybór – bezrobocie w takim dajmy na to Los Angeles, albo wielką przygodę w Państwie Środka.

Jest jeszcze jedna rzecz, która jest warta wspomnienia przy okazji rozmowy na temat nauki angielskiego. W Chinach ma ona kompletnie inny charakter niż w Europie, czy choćby u nas, w Polsce. Osoby uczące się obcych języków w Polsce bardzo często są w stanie nauczyć się ich perfekcyjne. Mają okazje do setek rozmów, do wymian, po poznawania żywego języka. W Chinach wygląda to z goła inaczej. Język angielski uczony w Chinach jest formalny, skostniały i czasami po prostu nie mający sensu. Chinglish – chińska wersja języka angielskiego jest czymś po prostu kosmicznym. Dajmy na to, że chińskie słowo ma 5 tłumaczeń po angielsku. Bardzo często ktoś po prostu wybierze pierwsze lepsze bez sprawdzenia kontekstu, dokładnego znaczenia, sposobu, w jaki się je używa. Wychodzą z tego niesamowite kalki językowe, które może zrozumieć tylko ktoś, kto zna chiński i wie, jaka jest przyczyna takiego właśnie stanu.

Nauczanie języka angielskiego służy temu, by zdać Gaokao. Jest to jeden z przedmiotów obowiązkowych. Dlatego w końcowej fazie nauczania w szkole średniej nie zawraca się uczniom głowy zajęciami z obcokrajowcami. Najważniejsze jest klepanie schematów, bezsensownych zdań. Każdy Chińczyk wie, co i jak ma napisać, osiąga świetne rezultaty, ale w kontakcie z człowiekiem Zachodu nie powie jednego zdania poprawnie, jeśli w ogóle się odezwie.

Abstrahując od nauczania pod kątem Gaokao, Chińczycy po prostu nie mają kompletnie możliwości i chyba chęci, poznawać prawdziwy język angielski. Poza wielkimi metropoliami nikt specjalnie nie zajmuje się tam słuchaniem angielskiej muzyki, bo słucha chińskiej. Filmy ogląda głównie chińskie, a jeśli już zagraniczne, to z dubbingiem. Nie oglądają oni w oryginale amerykańskich seriali, które uważam ze błogosławieństwo, a które odpowiednio wykorzystane (tj. oglądane w oryginale) niesamowicie poprawiają kompetencje językowe. W Chinach sieć internetowa to nie World Wide Web, tylko China WIde Web. Wszystkie potrzebne informacje są po chińsku, w dodatku odpowiednio przefiltrowane przez rzesze pracowników The Great Firewall of China. Nie ma facebooka – jest za to jego odpowiednik RenRen, oczywiście po chińsku. Nie działa blogger, więc nie czytuje się blogów pisanych po angielsku. Google miał prawie żadne udziały w rynku, więc po jakimś czasie po prostu się wycofał. Ktoś, kto pisze prace naukową, bądź zadanie do szkoły, nie sprawdzi, jak to robi wielu ludzi w Polsce, złożonych artykułów na wikipedii w języku angielskim, ponieważ skorzysta z Baidupedii, chińskiego odpowiednika we własnym języku. Dlatego też osoby, z którymi można było porozmawiać na ciekawe tematy w dobrym języku, można było policzyć na palcach. Na szczęście wiele z nich to teraz przyjaciele, których świetnie wspominam i za którymi bardzo tęsknię.

 

 

Jednym z aspektów życia w Chińskiej szkole było coś, czego nawet ja, obcokrajowiec, nie mogłem uniknąć – była to rywalizacja i sport. O ile rywalizacja, ta zawodowa i towarzyska wśród nauczycieli, ominęła mnie, o tyle rywalizacja w sporcie nie. W czasie różnych wydarzeń organizowanych na terenie kampusu, a związanych ze sportem, musiałem brać w tym udział. I w sumie dobrze, bo ubaw był z tego niesamowity. Przeciąganie liny to jedna z rzeczy, które bardzo przypadło mi do gustu. Podczas jednego z takich eventów stał nade mną sam szef wszystkich szefów, dyrektor szkoły i wykrzykiwał moje imię, abym starał się bardziej, i aby moja grupa wygrała. I wygrała. Co zapewne było wynikiem tego, iż pomimo ciągłego jeżdżenia na rowerze i regularnego chodzenia na siłownię, przytyłem 20 kilogramów.

Wydarzeniem, które wspominam najmilej był bieg w sztafecie. Czerwona opaska uczestnika na ramieniu, wielkie podekscytowanie i tysiące czarnowłosych głów kibicujące swoim nauczycielom i swojej szkolnej gwieździe, czyli mi. Gdy przyszła moja kolej usłyszałem krzyk tysięcy gardeł krzyczący moje imię – Mading, Mading, Mading! Nigdy nie przypuszczałem, że potrafię biec tak szybko i nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, jaka jest siła odpowiedniego dopingu.

Po roku spędzonym w szkole przyszedł czas podsumowań i pożegnań. Dyrekcja szkoły oczekiwała rocznego raportu z programu nauczania i wyników mojej pracy, który to przygotowałem i przedstawiłem. Pod koniec nauczania przeprowadziłem także odpowiednie egzaminy, co było niezłym przeżyciem dla kogoś, kto jeszcze rok wcześniej męczył się na korytarzach Uniwersytetu Jagiellońskiego podczas sesji letniej i później podczas obrony pracy. Zrozumiałem jaką władzę daje to pojedyncze miejsce za katedrą. Dumnie rozdawałem testy, zbierałem je i sprawdzałem. Ponadto przepytywałem każdego z uczniów podczas swoistego publicznego egzaminu, gdy głównym zadaniem była około dwuminutowa rozmowa ze mną bądź też mowa na jeden z przedstawionych przeze mnie tematów. Potem przyszedł czas pożegnać – wspólnych zdjęć, autografów, wymiany kontaktów na przyszłość. Miałem też zeszyt, piękny, chiński, poszarzały zeszycik w którym moi uczniowie, po chińsku lub angielsku, pisali lub rysowali coś dla mnie, abym o nich nie zapomniał. Podawali także (oczywiście!) swój nr QQ.

We wrześniu 2008 roku wróciłem do Polski. Kilka dni później rozpocząłem pracę w firmie, którą obecnie prowadzę. Przyroda nie lubi bowiem pustki, a pustkę po powrocie, w dodatku pomieszaną z wyobcowaniem po roku spędzonym w CHRL, czułem przeogromną.

Do tej pory uważam to za jeden z najważniejszych momentów w swoim życiu, czas szalonej młodości i czegoś zupełnie nowego. Podsumowując ten pobyt w Lishui Xue Yuan Fuzhong, mogę powiedzieć, że:

  • poznałem Chiny w skali, jaka nie jest dana większości ludzi odwiedzających ten kraj podczas wyjazdów wakacyjnych
  • poznałem ich kulturę, zwyczaje i język
  • poznałem wspaniałych ludzi i przyjaciół, z którymi nadal utrzymują kontakt
  • otworzyłem się na świat, na inność, na to, że kultury naprawdę potrafią być totalnie inne
  • no i oczywiście przytyłem 20kg i zacząłem palić papierosy, co w męskiej kulturze Chin jest swoistym ‚must’.
  • aha… i mieszkając w Chinach założyłem konto na Fejsbuku. Miałem wtedy 2 znajomych: Chińczyka (wtedy FB jeszcze działał) i Kanadyjkę.

Dzięki temu wyjazdowi stałem się swego rodzaju ekspertem od tego kraju, bo do tej pory nie mogę zaspokoić głodu dalszego poznawania tego miejsca. Czytam o nim wszystko, co wychodzi na polskim rynku wydawniczym i to, co zechcę sobie sprowadzić zza granicy, a co napisane jest po angielsku. Na kolejnych studiach, które ukończyłem na UJ po powrocie z Chin, dalej łączyłem swoje zainteresowanie tym krajem i także o nim pisałem w swojej pracy magisterskiej.

To, czego żałuję po tym roku w Chinach to:

  • tego, iż nie skupiłem się bardziej na nauce języka. Tak bardzo byłem pochłonięty przyjemnościami życia, że w zasadzie jedyny aspekt języka, który rozwijałem to mówienie, kompletnie ignorując czytanie i pisanie, które stało się moją piętą achillesową.
  • tego, iż nie pisałem na bieżąco bloga, gdyż twierdziłem, że nie mam na to czasu.

 

Ponad trzy lata po powrocie z Chin, będąc już zupełnie innym człowiekiem, nie wytrzymałem – wróciłem do Chin. Tym razem jako turysta i wizytator. Jako turysta w pierwszej części mojej podróży, jako wizytator, gdy na tydzień wpadłem do Lishui, by odwiedzić moich przyjaciół i poprowadzić gościnne wykłady w szkołach, w których uczyłem.

Na jednym z takich spotkać w high school na sali znajdowało się wielu moich uczniów, których uczyłem w junior school. Podchodzili, pytali co u mnie, czy ich pamiętam. Cudownie sentymentalny był ten czas spędzony w Lishui, ale o tym pisałem już w poprzednich postach. 

 

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

12 comments on “Byłem nauczycielem angielskiego w Chinach. Opowieść o emigracji

  1. Pingback: Buzzfeedowy przegląd sieci, czyli co żarło we wrześniu 2016

  2. błedy do poprawki: paragraf zaczynający się od: Oprócz dwóch wspomnianych grup uczniów – zwykłych i niezwykłych, była jeszcze jedna (…) ludzi, czy ludzi – o jedno „ludzi” za dużo,
    paragraf: Abstrahując od nauczania pod kątem Gaokao, Chińczycy po prostu nie mają kompletnie możliwości i chyba chęci, poznawać prawdziwy język angielsku – literówka, ten sam paragraf: Ktoś, kto pisze prace naukową, bądź zadanie do szkoły, nie sprawdzi, jak to robi wielu ludzi w Polsce, złożonych artykułów na wikipedii w języku angielskim, ponieważ skorzystaj – literówka,
    pierwsze wyliczenie od kropek: Miałem wtedy 2 znajomych: Chińczyka (wtedy FB jeszcze działał i Kanadyjkę) – nawias zakończony w złym miejscu

    Generalnie artykuł genialny, mimo że długi, nie mogłam się od niego oderwać 😀 Miałeś wspaniałą przygodę, zazdroszczę i jej, i odwagi. No i zainspirowałeś mnie nieco 😀

    Liked by 1 osoba

    • Zupełnie z ręką na sercu przyznaję, że tego artykułu (napisanego zresztą trzy lata temu) nie opublikowałby dziś, bo to zupełnie nie jest styl, który staram się prezentować dziś. Zamieściłem go dziś na JoeMonster trochę dlatego, że to 1 września i przypomniało mi się, odrobinę sentymentalnie, jak to było. Postaram się ten tekst skorygować do odpowiedniego poziomu, bo szkoda byłoby tę historię zdejmować całkowicie. I jeszcze jedno – jest straszliwie (!) długi, wiem, teraz się już takich nie pisze 🙂 Dziękuję!

      Lubię

  3. Marcin, właśnie przeczytałam twój nazwałabym to -reportaż,lekkie masz pióro, bardzo ciekawie napisałeś i naturalnie.Szukam właśnie możliwości wyjazdu do Chin w charakterze nauczyciela i bardzo potrzebuję każdej dawki wiedzy…porady ,wskazówki.Jeśli znasz jakieś strony, na których można znaleźc aktualne i sprawdzone informacje np.wizowe, byłabym bardzo wdzięczna.Aczkolwiek Twój wpis i blog również bardzo cenię.Pozdrawiam.Gosia

    Lubię

  4. Pingback: Bucket List Wojażera | Wojażer | relacje i reportaże ze świata

  5. Pingback: Chińska ceremonia parzenia herbaty, czyli jak poznać Państwo Środka od środka | Wojażer | relacje i reportaże ze świata

  6. Niesamowita historia, przygoda życia! Zarwałam prawie nockę czytając tę opowieść:) Świetnie napisane:) Pozdrawiam

    Lubię

    • Przepraszam za zaburzenia snu! 🙂 To były te czasy, gdy rozpisywałem się do granic możliwości, teraz zrobiłbym z tego kilka tekstów. Ale cieszę się, że przeszłaś przez całość! 🙂

      Lubię

  7. Pingback: Kim jest Wojażer? Historia prywatna | WOJAŻER

  8. Mimo, że post był całkiem długi, czytało się go super i z wielkim zainteresowaniem! Naprawdę zazdroszczę takiego doświadczenia pobytu w Chinach przez rok. Sama jestem wielką fanką Chin. Będąc w nich raz przez prawie dwa tygodnie, zakochałam się w nich po uszy i chciałabym do nich wrócić na dłużej. Cieszę się, że trafiłam na Twojego bloga, gdzie sporo na nim o Chinach i skąd mogę czerpać cenne doświadczenie na kiełkujące w mojej głowie podróżnicze plany 🙂 Pozdrawiam 🙂

    Lubię

    • Dzięki Aneta 🙂 tak, to prawda, post jest długi, zdecydowanie za długi 🙂 to bardziej artykuł. Z czasem postanowiłem pisać krótsze opowieści, ale ta się jakoś tak ostała, długa, ale za to prawdziwa 🙂 pozdrawiam!

      Lubię

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s