Azja Malezja

Georgetown, Malezja. Przewodnik po głównym mieście wyspy Penang

Penang to jedno z moich ulubionych miejsc w Azji. Zobaczcie różnorodność wyspy i niesamowity zakątek Malezji

Gdy opuszczaliśmy malezyjskie góry Cameron Highlands, nie tęskniliśmy za niższymi temperaturami i w gruncie rzeczy każdy cieszył się z powrotu do normalnych, wysokich temperatur. Naszym kolejnym celem, do którego mieliśmy dotrzeć po kilkugodzinnej jeździe samochodem, była wyspa Penang, raj dla miłośników jedzenia, i miejsce, które uznałem za jedno z najbardziej interesujących podczas wizyty w Malezji.

Zanim dotarliśmy do głównego miasta na wyspie – George Town, nasz kierowca zabrał nas do kilku miejsc położonych po drodze, głównie w okolicach miasta Ipoh. Pierwszym przystankiem, do którego de facto nie chcieliśmy jechać, było miejsce zwane Kellie’s Catle. Budynek zlokalizowany w Batu Gajah, jakieś 20 kilometrów od Ipoh, jest uważany za jedną z ważniejszych lokalnych atrakcji. Nieskończony, zrujnowany dom pochodzi z początku XX wieku i miał być siedzibą szkockiego biznesmena, który dorobił się w tym regionie. W tym budynku miała znajdować się między innymi pierwsza w Malezji winda, jednak i tego projektu nie udało się ukończyć. Jakiś dziwny pech prześladował rzeczonego biznesmena, gdyż epidemia hiszpańskiej grypy zdziesiątkowała mu konstruktorów. Wiele innych złych splotów akcji sprawiło, że po prostu budynku nie ukończono. Jeśli myślicie o odwiedzeniu tego przybytku, możecie sobie odpuścić.

Kolejny przystanek w drodze do Penang to już o wiele bardziej ciekawe miejsce – chińska świątynia Perak Tong, która stała się jednym z głównych atrakcji okolic iPoh (samo miasto nie słynie jako jakaś rewelacyjna destynacja). Przyznam szczerze, w tym miejscu poczułem się „jak w domu” – tzn jak w moim chińskim domu z czasów, gdy mieszkałem w Lishui. Perak Tong to świątynia położona w jaskini, w której to kompleksie mieszczą się setki schodów. Jeśli wybierzecie się nimi na samą górę skały, waszą nagrodą będzie piękny widok ze szczytu na okalające okolicę góry. No może nie idealnie piękny, bo między świątynią a malowniczymi pagórkami rozpościera się strefa ekonomiczna z licznymi fabrykami i gęstym smogiem, ale zawsze to coś!

W Perak Tong, zaraz przy wejściu, znajdowały się dachówki, na których chętni mogli napisać jakieś słowa wotywne lub po prostu swoje imię. Jak to jest przyjęte w zwyczaju, przekazałem niewielki datek i otrzymałem pióro do kaligrafii, aby napisać coś na wspomnianej dachówce. Wszyscy pracujący i przebywający w tym czasie w świątyni Chińczycy, skupili swój wzrok na mojej osobie, by chwilę potem zacząć się śmiać oczekując na to, co ów człowiek z zachodu napisze? John? John Smith? A może napisze „Hello & Thank you”. Specjalistą od kaligrafii nie jestem, ale zawsze stanowiła ona dla mnie rodzaj wyzwania i z chęcią się jej uczyłem w czasie, gdy starałem się nauczyć języka chińskiego. Toteż pochwyciłem pędzel i zgrabnymi ruchami napisałem po chińsku swoje imię i nazwisko – 马丁 – mading. Miny Chińczyków były po prostu genialne, a właściwie były takie jak zawsze – ojej, on potrafi pisać! Gdy już zrobiłem swoje, odbyłem małą rozmowę z siedzącymi przy stoliku ludźmi. Najpierw po chińsku, potem przeszliśmy na angielski. Jak się okazało, jeden z nich, starszy mężczyzna, był w Polsce, był też w Krakowie. I jak zawsze – wyszło, że świat jest mały!

Ostatnim miejscem, do którego zawitaliśmy przed przyjazdem na wyspę Penang był pałac Sułtana. Przyznam szczerze, nie załapałem jakiego i którego, gdyż w Malezji jest ich kilku. Malezja to bowiem federalna monarchia konstytucyjna, gdzie króla wybiera się co 5 lat, a każdy z 9 sułtanatów wchodzących w skład państwa ma swoje niezależne konstytucje i prawodawstwo. Król więc jest głową państwa, jednak każdy sułtanat Malezji ma swoje osobne władze. Miejsce było o tyle ciekawe, iż dawno nie widziałem takiej ilości bogactwa zgromadzonego w jednym miejscu. Złoto dosłownie kipiało z przedmiotów. Zdjęć w środku jednakże robić nie można, więc nie jestem w stanie zaprezentować Wam nic poza zewnętrznymi fasadami tego miejsca.

                                                                                                ***

I tak, po dłuższej podróży i kilku przystankach zbliżaliśmy się nareszcie do wyspy Penang. W Malezji jest wiele różnych wysp, dokładniej rzecz ujmując, kilkaset, a dwie najbardziej znane to: Tioman – rajska wyspa i ulubiony cel podróży backpackerów oraz Langkawi  – najbardziej luksusowa wyspiarska destynacja w Malezji, obszar bezcłowy i miejsce do alkoholowych i imprezowych wypraw, jeden wielki kurort.

My wybraliśmy wyspę Penang. Z kilku powodów. Od jakiegoś czasu obijało mi się o uszy, że jest to jedno z tych miejsc, gdzie warto pojechać w życiu, jeśli kocha się jedzenie. Już byłem praktycznie przekonany. Potem usłyszałem, że większa część mieszkańców wyspy to Chińczycy, którzy zdominowali lokalną kulturę, a więc znów popadłem w dobre samopoczucie, bo poczuję się jak u siebie. A na koniec usłyszałem, że oprócz Chińczyków, na wyspie mieszkają także Hindusi, Malajowie i inni, którzy tworzą razem niesamowitą mieszanką kulturową i kulinarną. A do tego miejsce to zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Na wyspę dotarliśmy przez mający 13,5 kilometrów długości most Penang, i tak po chwili byliśmy już w zatłoczonym, gwarnym i pełnym życia Georgetown.

Po przyjeździe do hotelu myśleliśmy tylko o jednym – zjedzmy coś dobrego tego dnia! Wyszliśmy z hotelu i praktycznie od razu trafiliśmy na wspaniały chiński street food. Jednak tego dnia zaplanowaliśmy coś innego – tym razem obiad u Hindusa! Dlatego też wybraliśmy się na pierwszy spacer w stronę starej części miasta wpisanej właśnie na listę UNESCO. Tam trafiliśmy do Little India, gdzie zasięgnęliśmy  opinii kilku przechodniów, którzy wszyscy jak jeden brat wskazali jedną restaurację, do której mamy iść, jeśli chcemy zjeść dobre hinduskie jedzenie. Restauracja Karaikudi pełna była lokalsów, głównie Hindusów, więc odczytaliśmy to jako dobry znak. Każda z par układała sobie swoje menu, moim zajęła się Magdalena, która jest większą fanką indyjskiej kuchni. Jak mogliśmy się spodziewać, wszystko było cudowne, niesamowicie przyprawione i wykrzywiało buzię siłą ostrości! Idąc na takie jedzenie trzeba założyć, że zamówi się sporo wody i bardzo dużo piwa! Bez tego ani rusz!

                                                                                               ***

Następnego dnia postanowiliśmy odrobinę pozwiedzać. Miał to być ostatni dzień, kiedy używaliśmy usług naszego kierowcy. Potem miał nas tylko zawieźć na lotnisko w Kuala Lumpur po kolejnym dniu spędzonym w Georgetown. Poprosiliśmy więc, aby tego dnia zabrał nas do miejsc, do których pieszo od naszego hotelu nie dojdziemy. Zaczęliśmy od tego, co przewijało się w naszych podróżach po Azji non stop, czyli od świątyń. Zajechaliśmy na cichą ulicę, gdzie dokładnie na wprost siebie znajdowały się dwie świątynie buddyjskie – tajska Wat Chaiyamangalaram oraz birmańska Dhammikarama Burmese Buddhist Temple. Odwiedziliśmy obydwie, spędzając odrobinę więcej czasu w tej drugiej, ponieważ do Tajlandii wybieraliśmy się tak czy inaczej, do Birmy niestety nie.

Szczególnie miłym miejscem była dla mnie świątynia birmańska. Panował w niej taki naturalny spokój i względna cisza dająca chwilę odetchnienia od miasta. Za odwiedzenie świątyń nie trzeba płacić, zainteresowane osoby mogą oczywiście pozostawić jakieś datki.

Słońce coraz bardziej zaczynało nam doskwierać, więc postanowiliśmy wybrać się na oddalone kilka minut jazdy przez miasto Penang Hill, wzgórze Bukit Bendera. Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce, przypomniała mi się Sycylia i historia, jak z położonego przy morzu Trapani uciekaliśmy do miasteczka na wysokim wzgórzu tuż obok – Erice. Miejsca takie mają jeden wielki plus. Gdy już na nie wyjedziesz, temperatura powietrza w nich panująca daje ci wytchnienie i świeżość, jakiej nie można znaleźć na dole. Ot, takie 600 – 800 metrów, a robi różnicę! To właśnie z Penang Hill rozpościera się najładniejszy widok na Georgetown, więc jeśli ktoś lubi mieć ogląd na całość, polecam!  Na szczyt dostaliśmy się kolejką, która w ciągu 5 minut dowozi ludzi z dołu na samą górę. Kolejka została wyremontowana i unowocześniona w 2011 roku i rozwija całkiem przyzwoitą prędkość po drodze.  Cóż można robić na Penang Hill? Przede wszystkim odpoczywać. Miejsce to stworzone zostało jako punkt wypadowy dla tych wszystkich, którzy pragną odpocząć od temperatury i wilgotności planującej na dole, a także dla tych, którzy po prostu chcą pospacerować w ładnych okolicznościach przyrody.

Tuż obok Penang Hill znajduje się gigantyczny kompleks świątynny – Kek Lok Si Temple. Ta buddyjska świątynia uważana jest za największą w Azji Południowo-Wschodniej. Na szczycie góruje chińskie bóstwo Guanyin. Wpadamy tam w krótką wizytą. Przyznam szczerze, po oglądaniu świątyń w Chinach, które miały np. 1500 lat, młodszymi świątyniami po prostu zachwycam się trochę szybciej. W każdej z odwiedzanych przez nas chińskich świątyń rzucały się w oczy ozdoby, szczególnie czerwone lampiony, które zwiastowały nadchodzący chiński nowy rok. Przygotowania do tego wielkiego święta trwały wszędzie na dobre, a my już zastanawialiśmy się, jaki będzie ten nasz drugi sylwester, który przyjdzie nam spędzić w Bangkoku. Po wizycie w Kek Lok Si, zjechaliśmy w dół i zatrzymaliśmy się w prostym, przydrożnym barze. Na Penangu każde miejsce jest dobre na jedzenie! Prostu, ale niezwykle smaczny makaron i już mieliśmy siłę na to, co właśnie sobie zamarzyliśmy!

Po dosyć lekkim zwiedzaniu w ten pierwszy pełny dzień na Penangu, wymarzyliśmy sobie wodę! Najlepiej morską, z piękną plażą i takim tam urokami z tym związanymi. Aby doświadczyć plaż i chwilę się zrelaksować, trzeba wyjechać z Georgetown w północnym kierunku w stronę Batu Feringghi. Tam też zmierzał nasz kierowca, ale z racjo tego, że najwidoczniej specjalistą od plaż nie był, znalazł nam miejsce, rzekłbym dosyć kameralne. Z pewnością nie była to największa plaża wyspy ze słynnymi hotelami i ośrodkami wypoczynkowymi zlokalizowanymi wzdłuż niej. Ale nie było najgorzej. Był piasek, była woda, choć nie taka jak sobie ją wyobraziliśmy (dosyć brudna po niedawno zakończonym sezonie monsunowym), była nawet infrastruktura taka jak łazienki i prysznice. Myśleliśmy, że spędzimy tam dwie, trzy godziny, ale szybko okazało się, że godzina wystarczyła nam w zupełności. Z utęsknieniem wyczekiwaliśmy powrotu Thiru, a w zasadzie nasze żołądki czekały na niego. Tak, zgłodnieliśmy. I zdecydowanie nie myśleliśmy już o niczym innym tylko o chińskim street food!

To, co najlepsze na Penangu, nadeszło wieczorem! Street Food ! Po odrobinie zwiedzania i potem pływania w morzu, nasze żołądki były kompletnie puste i spragnione dobrego jedzenia. A to, na szczęście, mieliśmy zaraz pod nosem, czyli nieopodal Hotelu Sentral, w którym się zatrzymaliśmy. Cała jedna ulica – Lorong Baru – dedykowana tylko i wyłącznie jedzeniu, głównie chińskiemu. Czułem się jak w tych najlepszych czasach, gdy wychodziłem ze swojego mieszkania i pędziłem wieczorem na street food koło Lishui University. Ten wieczór miał proste założenie – najpierw jemy bardzo dużo, potem coś pijemy. Zaczęliśmy od przepysznego, odrobinę grubawego makaronu ryżowego z warzywami i owocami morza. Potem przyszedł czas na sajgonki, następnie kaczka po pekińsku, naleśniki, smażone krewetki, ośmiornice, kolejne sajgonki, ryba w liściu bananowym i jedne z najlepszych świeżo wyciskanych soków z lokalnych, egzotycznych owoców.

Osoby, które jeszcze nie były w Azji, zastanawiają się zapewne – Boże, street food, jedzenie na ulicy, jakie to musi być niebezpieczne! Nic bardziej mylnego. Wszystko przygotowywane jest ze świeżych składników, z reguły robione na wysokim ogniu i co tu dużo mówić – jest po prostu przepyszne! Przyznam, że nagiąłem swoje zasady bezpieczeństwa, które mówią m.in. „uważaj na wodę!” i zamówiłem sobie wspomniany sok ze świeżych owoców z lodem.  Miałem szczęście, woda nie była trafiona, a napój był po prostu pierwsza klasa!

Cały model jedzenia ulicznego jest genialnie prosty: jest ulica. Wzdłuż ulicy na każdym skrawku chodnika rozstawione są stoliki i stołki, które należą do miejsc serwujących napoje, położonych w budynkach na tej ulicy. Wieczorem zaś na samej ulicy, po obu stronach, zjawiają się budki z przeróżnymi pysznościami. Każdy ma swoją specjalizację i każdy z reguły robi jedną, bardzo dobrą rzecz. Kupujesz jedzenie i jednej osoby, siadasz do jakiegokolwiek stolika, po czym po chwili podchodzi osoba u której zamawiasz picie. Twoją „zapłatą” za siedzenie przy stoliku jest napój, który zamawiasz. Czasami, co przypominam jest spowodowane faktem, że Malezja to kraj muzułmański, piwo kosztuje Cię więcej niż jedzenie, które dopiero sobie przyniosłeś do stolika. Wszystko jednak pięknie się balansuje i jedno jest pewne – na street food nie zrujnujesz się, za to najesz się jak król!

Po absolutnie genialnym jedzeniu potrzebowaliśmy spaceru. Ruszyliśmy więc na nocny obchód po mieście, koncentrując się na w miarę dobrze już nam znanych okolicach tego, co nazwać można starym miastem. Czasami po prostu szliśmy przed siebie dziwnymi, opustoszałymi i lekko podniszczonymi uliczkami, by po chwili znów trafić na piękne, pełne uroku alejki. Po chwili już wiedzieliśmy – potrzebujemy kawy! I najlepiej jeszcze cukru, czyli kawa i jakieś ciasteczko byłyby idealne!

Zupełnie przypadkiem, myśląc już intensywnie o tej kawie, trafiliśmy do jednego z tych hipsterskich miejsc – kawiarnia prowadzona przez młodego chińczyka, ascetyczna w wystroju i de facto ciągle się tworząca! Chyba chcieli już zamykać, ale jak w jednym momencie zwaliła się piątka Polaków i jeden Niemiec, to jakże by tu odmówić!? Zaproszono nas do środka, podjęto miłą rozmową i koniec końców wypiliśmy nasze kawy. Cóż, kawę w kawiarni de Moonlight jeszcze muszą poprawić, ale sami prowadzący, młodzi, energiczni, pełni wiary w siebie, tworzyli świetną atmosferę i sprawili, że czuliśmy się po prostu dobrze.

Właściciel, wspomniany młody Chińczyk, miał specyficzne hobby – zbierał puszki coca-coli z całego świata. Twierdził, że ma nawet z Polski, ale jakoś nie mógł jej znaleźć. W końcu, tak jak obiecałem, muszę się przełamać i kupić puszkę coli z jakimś polskim napisem, wypić ją, i wysłać do jego kolekcji! Zakręcony człowiek, ale nie zwykle pozytywny! Po dobrej kawie i smacznym ciastku cukier zaczął robić swoje i jakoś mimowolnie zaczęliśmy się kierować do hotelu.

Jednak to nie kawa była końcowym akcentem tego wieczoru, tylko najsmaczniejsza wódka jaką piłem w życiu – wódka z liczi. Po pierwsze, należała do tych skarbów znalezionych w kraju, gdzie alkohol raczej jest drogi (dobrze, że w ogóle jest!), który to skarb nie rujnował portfela. Po drugie zaś, miała zapach i smak, który trudno zapomnieć. Była to pierwsza wódka, która nie powodowała we mnie odruchu wymiotnego.

I tak, po całym intensywnym dniu, zasnęliśmy jak dzieci!

                                                                                                      ***

Następny dzień to przede wszystkim spacery po mieście, po tej podstawowej i pasjonującej tkance miejskiej, tym starym mieście, które do tej pory omijaliśmy koncentrując się na innych okolicach. Nasz spacer rozpoczęliśmy od pójścia w stronę budynku głównej informacji turystycznej. Stamtąd zapuściliśmy się w wąskie uliczki pełne małych, charakterystycznych domków będących jednym z symboli tego miasta. Najlepiej budynki te definiuje angielskie słowo shophouse. Są to jednopiętrowe konstrukcje, gdzie dół pełni funkcję handlową, góra zaś mieszkalną. Georgetown to idealne miejsce dla ludzi lubiących zakupy. I nie mam tutaj na myśli łażenia po galeriach za ciuchami. Bardziej myślę o uroczych antykwariatach pełnych pięknych staroci. W jednym z takich miejsc wyrobiliśmy chińską, imienną pieczątkę dla naszego znajomego. Polowaliśmy także na wyjątkowe czarno-białe fotografie, jednak nie odnieśliśmy większego sukcesu. Zabytkowa część miasta, zdominowana przez Chińczyków, pełna jest małych i pięknych sklepików, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. A jedynym limitem jest… Twój bagaż, który masz ze sobą.

Po kilku dniach przemieszczania się po kraju w klimatyzowanym, chińskim busiku, przypomnieliśmy sobie, co to jest przemieszczanie się z buta w pełnym, azjatyckim słońcu. Po chwili marzyliśmy o tym, by znaleźć jakieś schronienie przed słońcem. I tak, zupełnie nagle i niespodziewanie, znaleźliśmy się przed domem Sun Yat-Sena. Sun Yat-Sen to wielka postać chińskiej historii. Polityk, rewolucjonista, przywódca Kuomintangu i twórca teorii chińskiego socjalizmu, był ojcem nowoczesnych Chin i jednym z tych, którzy rozwalili cesarskie Chiny. Zanim obalił cesarstwo i stworzył Republikę (tą pierwszą, zanim potem nastała panująca nam obecnie republika ludowa), Sun przemierzał świat zbierając datki na swój cel – stworzenie nowoczesnego państwa chińskiego. Dom w Georgetown to jedna z jego baz, miejsce, gdzie spędził trochę czasu w swojej podróży po świecie.

Dom pamięci Sun Yat-Sena w Georgetown prowadzi bardzo miły Chińczyk, który o Sun Yat-Senie, o tym domu i o Georgetown, opowiadać mógłby przez długie godziny. Miejsce to utrzymuje się z datków, ale także z rzeczy, które można kupić na miejscu. Ja na przykład zakupiłem od wspomnianego Chińczyka niezwykle interesującą książkę o Malezji i od razu uzupełniłem swoją wiedzę o tym kraju. Tak jak bowiem wspominałem, w Polsce praktycznie nie ma książek o Malezji. W cenie „datku”, który jest de facto opłatą wstępu do domu, jest zawarta dobra chińska herbata, która leży w termosie, i którą można się częstować.

Inne miejsca warte odwiedzenia w Georgetown to:

  • Cheong Fatt Tze Mansion – najbardziej rozpoznawalny tradycyjny dom wybudowany wg zasad feng shui, kawałek od centrum miasta
  • Armenian Street – najpiękniejsza i moja ulubiona ulica w Georgetown, pełna pięknych domków i niezwykłych sklepików
  • Khoo Kongsi –  dom klanowy pochodzącej z południowych Chin rodziny Khoo
  • Meczet Kapitala Kelinga – bardzo ładna świątynia w centrum miasta
  • Little India – absolutny i totalny gwar, głośna muzyka, masa handlu i pyszne samosy za 50 groszy za sztukę
  • Clan jetties – czyli klanowe domy na wodzie

Jednak to, co sprawiło mi największą frajdę w Georgetown to STREET ART – sztuki uliczna, która zawładnęła tym uroczym miastem. Mazianie farbami po budynkach ma sens tylko wtedy, gdy jest to przemyślana akcja, gdy rodzi się sztuka, która współgra ze starymi budynkami, na których się pojawia, a nie niszczy je, jak ta „pseudo sztuka dresów”, którzy walną pare kresek na starej kamienicy i myślą, że są cool. W Georgetown sztuka uliczna jest cool! Idziesz od miejsca do miejsca i raz po raz zaskakuje Cię jakiś niezwykły obraz. Czasami skręcisz w jakąś małą, niepozorną uliczkę i ponownie trafiasz na małe dzieła sztuki. Jest tam tego tak dużo, że mam wrażenie, iż widzieliśmy naprawdę niewiele.

Sztuka uliczna w Georgetown jest tak pomyślana, żeby dawała radość ludziom. Prowokuje ona do zabawy z tymi przestrzennymi dziełami. Sprawia, że bez przerwy ma miejsce interakcja między człowiekiem a dziełem. Wpadliśmy w tą zabawę po uszy!

                                                                                  ***

Pozostałe chwile spędziliśmy na spacerowaniu po mieście, przekąszaniu małych co nieco i kupowaniu małych rzeczy, które potem w Polsce będą przypominać nam o tym, że w tym cudownym miejscu byliśmy! Przed nami był jeszcze cały dzień tego, co w zwiedzaniu jest najlepsze, czyli prostego chodzenia od punktu do punktu, bez większego celu, za to z dużą szansą odnalezienia czegoś ciekawego!

Kolejne ciekawe rzeczy miały nadejść następnego dnia! Po nocnym spaniu w aucie w drodze z Penang do Kuala Lumpur, jeszcze 2 godziny w samolocie i przed nami otwiera się nowa rzeczywistość… Kambodża!

Advertisements

15 comments on “Georgetown, Malezja. Przewodnik po głównym mieście wyspy Penang

  1. IZABELA Seifert

    Panie Marcinie, właśnie przeczytałam wspaniałe wspomnienia, a że mamy niedługo w planach 2 dni w Penang -proszę o radę, jak można znaleźć kierowcę, który zawiózł by nas tam z Kuala Lumpur i pokazał coś po drodze, jest nas niestety 8 osób, może ma Pan jakieś namiary. pozdrawiam Izabela S.

    Lubię to

  2. W Georgetown mieliśmy moment grozy, kiedy się rano okazało, że Ewa zostawiła poprzedniego wieczora wszystkie swoje dokumenty w busie, którym przyjechaliśmy z Hat Yai w Tajlandii…
    Aha, i wypiłem tam chyba jedno z najdroższych piw w życiu. Jakieś 12 PLN za 0.33. Masakra. 🙂

    Lubię to

  3. Świetnie ujęte graffiti i wasza zabawa z nim :), a co do spotkań z ludźmi, którzy byli w Polsce, to już mnie nic nie zdziwi 😉 Kiedyś, na przykład, spotkałam z rodzicami znajomych na deptaku w jakimś włoskim miasteczku, świat jest bardzo mały!

    Lubię to

  4. Mogłoby z tego być kilka wpisów:). Mnóstwo pracy włożyłeś w ten post, jak zwykle zresztą. Ja się przyłączam do wielkiej pochwały street foodu, szczególnie chińskiego. Dziękuję też za pokazanie pięknych ulicznych malunków.

    Lubię to

  5. Marcin! Ja przed obiadem jestem, litości! Aż mi zapachniało tym street foodem 🙂 Zdecydowanie chciałbym kiedyś takich specjałów świeżutkich spróbować 🙂 Nawet bez piwa 😉

    Lubię to

  6. Streetfood robi super wrażenie!

    Lubię to

  7. Pingback: 2014. Rok niesamowitości | WOJAŻER

  8. Pingback: W kierunku Arktyki | na etacie przez świat

  9. Jezeli dalej jestes w Malezji, to jak znajdziesz czas pojedz na obrzeza KL, najlepsze jedzenie na swiecie. i Melaka, moje ulubione miejsce w tym kraju(dla mnie najgorszy kraj w jakim bylem-azjatycki. Mowa o Malezji kontynentalnej)
    udanych wakacji!

    Lubię to

  10. Pingback: Kambodża – w krainie 1 dolara | marcin wesołowski

  11. Staromodny Podróżnik

    Ustrój państwowy Malezji jest na tyle ciekawy i oryginalny, że warto poświęcić mu kilka słów. Króla wybiera 13 władców poszczególnych stanów spośród 9 dziedzicznych sułtanów. W praktyce jednak ma miejsce rotacja wśród tych 9 sułtanów. I tak obecny król Abdul Halim, sułtan stanu Kedah, rocznik 1927, pełniący obecnie 5-letnią kadencję od roku 2011, był już raz królem w latach 1970-1975. Myślę, że wiele innych krajów mogłoby korzystać z tego wzorca. Malezja zbudowana jest na kompromisach!

    Lubię to

    • Absolutnie się zgadzam! W ogóle wiele faktów dotyczących Malezji to bardzo ciekawe informacje! Planuję napisać osobnego posta o ciekawostkach z krajów, które odwiedziliśmy. W tej chwili koncentruję się na chronologicznym opisie wyjazdu, potem zapewne przyjdzie czas na przemyślenia.

      Zdecydowanie zgadzam się co do faktu, że wiele krajów mogłoby czerpań naukę z modelu malezyjskiego. Szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę to, że jest to kraj muzułmański!

      Lubię to

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s