Azja Malezja

Dzień w stolicy Malezji – Kuala Lumpur

Nazwa stolicy Malezji, Kuala Lumpur, od dziecka kojarzyła mi się z czymś egzotycznym, czymś dalekim i kompletnie innym! Do Kuala Lumpur mogliśmy kiedyś polecieć, już byliśmy blisko zakupu biletów w rewelacyjnej cenie, kiedy znajoma zapytała, jaka tam będzie pogoda!? Dwuminutowe sprawdzanie informacji o klimacie w środku roku sprawiło, że bilety uciekły nam sprzed nosa.

Na szczęście Kuala Lumpur powrócił do naszych planów podróżniczych i stał się kolejnym przystankiem w naszej podróży tuż po Singapurze.

photo by Michał Hejduk
photo by Michał Hejduk

Oba miasta dzieli 377 kilometrów i można było z jednego do drugiego dostać się drogą lądową plus czas na przekraczanie granicy, ale po co, skoro za 140 złotych za osobę mogliśmy tam po prostu polecieć! I tak wczesnym porankiem 19 stycznia pojechaliśmy ponownie na lotnisko Changi w Singapurze. Tam sprawnie i bardzo miło przeszliśmy przez wszelakie kontrole i po chwili wsiadaliśmy już do turbośmigłowego samolotu malezyjskich regionalnych linii Firefly. Lot trwał godzinę a lądowanie odbywało się na jednym z dwóch (mniejszym i starszym) lotnisk – Subang. Plusem tego dawnego, głównego lotniska jest fakt, iż znajduje się ono bliżej centrum Kuala Lumpur aniżeli nowe lotnisko Kuala Lumpur International. Przejazd do miasta zajął nam lekko ponad pół godziny i kosztował 40 złotych za jedną taksówkę. Za taksówki płaci się z góry na lotnisku, więc nie ma obaw, że ktoś kogoś oszuka. Kierowca otrzymuje karteczkę, z której potem jest rozliczany.

lotnicze sceny
lotnicze sceny

I tak właśnie, w kolejny słoneczny i gorący poranek, rozpoczynała się nasza przygoda z Malezją, krajem, który zapamiętałem jako najbardziej pozytywne zaskoczenie, a o którym przed przyjazdem nie wiedziałem praktycznie nic. Tradycją stało się już, że zawsze przed wyprawą staram się odnaleźć i zakupić jakieś ciekawe pozycje na temat odwiedzanego kraju. Jednak w Polsce, na rynku wydawniczym, Azja to przede wszystkim Chiny i Indie. I o ile jeszcze znalazłem coś o Tajlandii i Kambodży, o tyle o Malezji nie było kompletnie nic! Dlatego też o tym kraju opowiadać będę przez kilka postów, gdyż wydaje mi się, iż traktowany on jest przez ludzi wybierających się w tamten region, jako miejsce raczej nudne. Według mnie jest wręcz przeciwnie!

Nigdy nie zapomnę jednej rzeczy z pierwszych chwil w Kuala Lumpur! A były to miny moich drogich przyjaciół, gdy taksówki dowiozły nas na ulicę, gdzie znajdował się nasz hotel. Do tej pory śmieję się w głębi duszy, gdy przypominam sobie ich wyrazy twarzy, aż żałuję, że nie zrobiłem im wtedy zdjęć! Otóż po mega grzecznym, uporządkowanym i czystym Singapurze, nagle trafiają na ulicę, która wygląda jak dokładna kopia uliczki z podłej mieściny w Indiach, tyle tylko, że bez tak ogromnej ilości ludzi i pojazdów. Po wyjeździe z Kuala Lumpur i w następnych, naprawdę pięknych zakątkach Malezji, do których trafiliśmy, przyznali, że pierwsze wrażenia z tego kraju były dziwne.

Plan na ten dzień mieliśmy mocno napięty. Jedyny dzień w stolicy, gdzie wszyscy mówią, że kompletnie nic ciekawego nie ma, w całości praktycznie poświęcony wieżom Petronas oraz kilku innym  zakątkom miasta. Oj tak, Petronas Towers. Jak myślałem KL, widziałem te wieże, które od 1998 do 2004 roku były najwyższym budynkiem świata.

Niestety nie mogliśmy od razu po przyjeździe pójść na miasto, gdyż przyjechaliśmy za wcześnie i nasze pokoje nie były jeszcze gotowe. Upchnęliśmy więc bagaże gdzieś w rogu recepcji i poszliśmy pozałatwiać kilka spraw. Na początek potrzebowaliśmy sporej ilości gotówki, więc poszliśmy do kantora z dobrymi stawkami i jedną sprawę mieliśmy za sobą. Swoją drogą, malezyjskie ringgity mają kapitalny przelicznik w stosunku do złotego, a mianowicie jeden do jednego (w lekkim zaokrągleniu). Samo słowo ringgit znaczy po malajsku ‚postrzępiony” czy ‚wyszczerbiony’ i pochodzi z czasów, gdy w Azji Południowo-Wschodniej krążyła spora ilość podniszczonych srebrnych, hiszpańskich dolarów.

Gdy już posiadaliśmy walutę, przyszedł czas na jedzenie. I tutaj spotkało nas kilka nowych zaskoczeń. Po pierwsze, uwaga, jesteśmy w kraju muzułmańskim! A to oznacza, że piwo do obiadu jest droższe od samego obiadu i niewiele tańsze niż w Singapurze! Cóż, będzie cola… Jedzenie było pyszne, porządna uliczna kuchnia malezyjska, a po dobrym posiłku można było w środku bezkarnie zapalić. Taka odmiana od pełnego zakazu Singapuru. Potem jeszcze szybka wizyta na lokalnym sporym i do tego bardzo gwarnym targu, i wracamy do hotelu, żeby wrzucić nasze bagaże do pokoi, wziąć szybki prysznic i ruszyć w końcu w kierunku Petronas Towers.

targ nieopodal naszego hotelu
targ nieopodal naszego hotelu
stragan z owocami na wprost naszego hotelu. Zdjęcie by Magdalena Garbacz
stragan z owocami na wprost naszego hotelu. Zdjęcie by Magdalena Garbacz

Najlepszym sposobem przemieszania się po Kuala Lumpur jest MRT, czyli monorail, czyli w skrócie pociąd jeżdżący wysoko nad ziemią. Stację MRT mamy dosłownie pod nosem. Zdobywamy żetony, które zakupuje się wybierając określoną trasę z puntu A do B (różne ceny w zależności od dystansu) i jesteśmy w drodze do naszych upragnionych wież.

Po drodze „podziwiamy” miasto. Miny znajomych nadal sugerują, że z utęsknieniem myślą o Singapurze, choć moja siostra wybija się i stwierdza, że to jest Azja, której oczekiwała. Magdalena do wszystkiego podchodzi chłodno i po prostu spogląda przez okna wagonika. A za nimi widać miasto w ciągłej rozbudowie, z niekończącą się ilością inwestycji.

Kuala Lumpur widziane z perspektywy MRT - miasto w budowie
Kuala Lumpur widziane z perspektywy MRT – miasto w budowie
Kuala Lumpur, photo by Magdalena Garbacz-Wesolowska
Kuala Lumpur, photo by Magdalena Garbacz-Wesolowska
Kuala Lumpur, photo by Magdalena Garbacz-Wesolowska
Kuala Lumpur, photo by Magdalena Garbacz-Wesolowska
w drodze do Petronas Towers, photo by Magdalena Garbacz
w drodze do Petronas Towers, photo by Magdalena Garbacz

Po chwili docieramy w okolice Petronas Towers. Nagle Kuala Lumpur staje się miastem bardziej uporządkowanym, mniej rozkopanym, mniej chaotycznym, bardziej eleganckim. Im bliżej wież, tym bardziej człowiek zaczyna rozumieć, co to znaczy wizytówka miasta.

Wieże Petronas to wiele ciekawych historii… w 2009 roku słynny Spiderman, czyli Francuz Alain Robert, wspiął się na szczyt jednej z wież bez jakichkolwiek zabezpieczeń w lekko ponad dwie godziny. Wcześniej podobne rzeczy robił na siedemdziesięciu innych wieżach, więc doświadczenia trochę miał. Była to jego trzecia, i pierwsza udana próba wejścia na Petronasy, gdyż poprzednie w 1997 i 2007 roku zostały przerwane i skończyły się aresztowaniem. Zresztą także za trzecim razem skończyło się aresztowaniem. Alain Robert przyznał się do winy, zapłacił RM2000 kary i poprzysiągł nie wspinać się już więcej na żaden wieżowiec w Kuala Lumpur.

Zbudowanie tych imponujących wież było nie lada wyzwaniem. Jakiekolwiek twarde podłoże, na którym można było położyć fundamenty budynku, znajdowało się 150 metrów pod ziemią. Dlatego budowlę tą uważa się za mającą najgłębsze fundamenty na świecie. Potrzeba była gigantycznej ilości betonu i niesamowitego wysiłku, aby w mieście, gdzie pada praktycznie non stop, a gleba jest wiecznie nasiąknięta wodą, zbudować coś takiego!

Gdy nacieszyliśmy wzrok widokiem wież, weszliśmy do środka, aby się ochłodzić. Na dolnych poziomach wież znajduje się bowiem najbardziej prestiżowa galeria handlowa Malezji. Magdalena uświadomiła mnie, że takiej ilości tak luksusowych sklepów w jednym miejscu, w Polsce nie ma. Miejsce to polecam z dwóch względów – na dolnym poziomie można znaleźć bardzo ładne pamiątki. Po prostu ładniejsze i lepiej wykonane niż w innych częściach miasta. Można także spróbować pysznych lodów z duriana. Ale o durianie potem, bo to swoją drogą cała historia!

Będąc w Petronas Towers można także:

  • wejść na Skybridge – przejście pomiędzy wieżami na poziomie 41 i 42 piętra. Codziennie wpuszczana jest określone ilość ludzi, w określonych grupach i na określony czas. Należy zdobyć wejściówki. Ja zdecydowanie bardziej polecam wybrać się na wieżę telewizyjną KL Tower, skąd jest rewelacyjny widok na całe miasto oraz na Petronasy.
  • Suria KLCC – wspomniane centrum handlowe
  • KLCC Park – bardzo przyjemne miejsce ze ścieżkami, ławkami, basenami i fontannami. Miejsce popularne wśród mieszkańców Kuala Lumpur i zdecydowanie super spot do obserwowania ludzi.

Po czasie spędzonym przy Petronas Towers, postanowiliśmy odwiedzić jeszcze pozostałości kolonialne w Kuala Lumpur. Aby je zobaczyć, trzeba się ponownie przejechać monorailem, tym razem w stronę meczetu Masjid Jamek leżącego przy Merdeka Square. To właśnie na Merdeka Square, placu zwanym obecnie placem Niepodległości, 31 sierpnia 1957 roku, opuszczono flagę Wspólnoty Brytyjskiej i podniesiono flagę niepodległej Malezji. Akurat w chwili, gdy dojechaliśmy na miejsce rozległy się modlitwy muezina z meczetu Masjid Jamek, a nas dopadło zmęczenie. Słońce powoli znikało na horyzoncie, więc wróciliśmy do okolic naszego hotelu, aby eksplorować lokalny street food.

Muszę przyznać, że jedzenie w Kuala Lumpur nie było jakoś specjalnie genialne w porównaniu z Singapurem, ale to właśnie w Kuala Lumpur spróbowałem czegoś, czego nie da się porównać do niczego innego. Tą rzeczą był zaś owoc duriana. Durian zdecydowanie stał się słowem kluczowym jeśli chodzi o Malezję. Ten najbardziej charakterystyczny owoc z tego kraju towarzyszył nam absolutnie wszędzie. Malezyjskie ulice po prostu walą durianem.

Zanim dotarłem do Malezji, trafiłem na wideo naszego polskiego bloggera kulinarnego, którego swego czasu firma Sokołów pozwała za test tatara. Stworzył on film o treści ‚test Duriana’. A ponieważ blogger ten słynie z wymiotowania w swoich filmach, po spróbowaniu duriana, jakże by inaczej, zwymiotował. Szczerze, uważam, że jest to zabieg, który po prostu podbija mu oglądalność. Owszem, durian wali niemiłosiernie, ale spoko, ja oraz inni, którzy spróbowali, nie zwymiotowaliśmy. To prawda, wystarczył nam ten jeden raz i raczej przyjemności tej powtarzać nie mam potrzeby, ale na prawdę, nic w tym strasznego nie ma i przeżyć się da.

Durian uważany jest za najbardziej śmierdzący (dla białego człowieka) owoc świata, który przyprawia o mdłości i generalnie, raczej przywodzi na myśl najgorsze możliwe zapachy. Przy okazji jest jednym z najniebezpieczniejszych owoców świata. I nie chodzi tutaj o jego walory smakowe, gdyż akurat smak, należy do niezwykle szlachetnych i wyzbyty zapachu, smakuje cudownie. Durian jest niebezpieczny, ponieważ rośnie na wysokich drzewach, z których po prostu spada. Uderzenie durianem jest o wiele bardziej niebezpiecznie niż kokosem, ponieważ durian posiada niezwykle twarde i ostre kolce, które przy uderzeniu w głowę, potrafia po prostu zabić.

Duriana spróbowałem po raz pierwszy i ostatni na straganie z owocami w Kuala Lumpur właśnie. Cały owoc kosztował mnie 8 ringgitów, czyli 8 złotych. Owoc rozpoławia się i wyjada z niego durianową maź. Nie jada się pestek, które są sporych rozmiarów, o czym na początku nie wiedziałem, dlatego smak początkowo nie wydał mi się specjalny. Gdy siedzący obok Malajowie wytłumaczyli mi (z podziwem spoglądając na mnie) jak sie go je, wszystko było już łatwiejsze. Zjadłem cały owoc i przeżyłem, choć muszę przyznać, iż ten metaliczny smak i specyficzny zapach odbijał mi się przez dwa dni, a ilość gum do żucia, które skonsumowałem, była ponadprzeciętna.

O durianie wypowiadały się różne osobistości świata kultury. Przytoczę jeden z moich ulubionych cytatów. Anthony Bourdain, krytyk kulinarny, powiedział o durianie tak: Jego smak może być tylko opisany jako…niesamowity, coś, co pokochasz.. pomimo faktu, że potem będziesz miał oddech jakbyś całował się po francusku ze swoją zmarłą babką. Nic dodać, nic ująć!

I tak, od tego momentu, durian na stałe zagościł w naszym podróżniczym życiu w Azji Południowo-Wschodniej. Śpiewająco można podsumować to tak… „no durian, no cry” !

stragan z durianami - czuć z daleka!
stragan z durianami – czuć z daleka!
jeden z najczęściej spotykanych znaków w hotelach
jeden z najczęściej spotykanych znaków w hotelach

Nasz dzień w Kuala Lumpur zakończyliśmy przejażdżką taksówką w stronę najwyżej położonego punktu obserwacyjnego w mieści – KL Tower. Wieża ta jest przede wszystkim najwyższym nadajnikiem w mieście, muzułmańskim obserwatorium księżycowym (które pomaga w wyznaczaniu dat świąt wg kalendarza islamskiego), punktem obserwacyjnym dla turystów. Posiada także obracającą się restaurację. Cóż, wjazd na KL tower do najtańszych nie należy, gdyż kosztuje 50 ringgitów, jednak widok jest zapierający dech w piersiach. Trochę żałujemy, że nie udało nam się tam dotrzeć za dnia, ale widok w nocy także robił wrażenie!

Petronas Towers widziane z KL Tower

Tak kończył się nasz krótki pobyt w stolicy Malezji. Następnego dnia ruszaliśmy samochodem w małą podróż przez kraj. Przed nami świątynie w skałach, trekking w dżungli i niskie temperatury w malezyjskich górach. Potem zaś jedno z najwspanialszych miejsc, jakie odwiedziłem – wyspa Penang.

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

4 comments on “Dzień w stolicy Malezji – Kuala Lumpur

  1. Pingback: 2014. Rok niesamowitości | WOJAŻER

  2. Pingback: Seks, oszustwa i turystyczne pułapki, czyli Bangkok inaczej | na etacie przez świat

  3. Pingback: Kambodża – w krainie 1 dolara | marcin wesołowski

  4. Pingback: malezyjskie góry Cameron Highlands | marcin wesołowski

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s