Siedziałem w tej samej kawiarni co zawsze, przy tym samym stoliku przy oknie, z tą samą kawą, która powoli stygła i nagle przestałem wiedzieć, gdzie właściwie jestem. Nie w sensie geograficznym. Wiedziałem, że to Kraków, że za szybą pada lekki deszcz, że człowiek przy barze zamawiał właśnie drugie espresso. Ale byłem gdzieś indziej. Byłem w Trieście. Na nabrzeżu, gdzie Magris opisuje miasto jako miejsce, które nie może się zdecydować, czym chce być: włoskie czy środkowoeuropejskie, przeszłe czy teraźniejsze, zastygnięte czy w ruchu. Byłem w tym zawieszeniu razem z nim. I byłem przy tym w kawiarni. I oba te miejsca były prawdziwe.
To chyba najciekawsza rzecz, jaka mi się zdarza z dobrą literaturą. Nie zabiera mnie z miejsca, w którym siedzę. Ona po prostu rozszerza to miejsce.
Wróciłem wzrokiem na stronę. Magris pisał o Dunaju jako rzece, która jest nie tyle granicą, co miejscem, gdzie granice się rozmywają. Polityczne, językowe, tożsamościowe. Gdzie Niemiec był już trochę Austriakiem, Austriak trochę Czechem, Czech trochę Węgrem i wszyscy razem byli czymś, czego już nie ma na żadnej mapie, bo to coś istniało tylko w pewnym czasie i pewnej wyobraźni. W tej Europie Środkowej, którą Magris opisuje z czułością kogoś, kto opłakuje coś nieodżałowanego, ale bez sentymentalizmu. On wie, że tamten świat przepadł. Ale wie też, że rzeka nadal płynie. I że w wodzie zostaje coś z każdego, co kiedyś przez nią przeszło.
Pomyślałem wtedy, że właśnie dlatego sięgamy po książki. Choć przez lata odpowiadałem sobie na to pytanie inaczej.
Jako student czytałem, żeby uciec. Nie mam złudzeń co do tego. Wykłady z socjologii, miasto choć historyczne, usiane także blokami z wielkiej płyty na wybrzeżach otaczających to co piękne, zima, która w Krakowie trwała od października do kwietnia, literatura była wyjściem awaryjnym. Brałem Miłosza, brałem Schulza, brałem wszystko, co pachniało inaczej niż rzeczywistość za oknem lub rzeczywistość z okresu krótkich wiosen i ulotnego lata. Książka była pociągiem do innego klimatu. Wsiadałem i jechałem. Wysiadałem, kiedy musiałem, ale ze smutkiem kogoś, kto wraca z wakacji do pracy.
Potem, kiedy zacząłem więcej podróżować, zmieniło się coś innego. Myślałem, że jeśli będę miał dostęp do prawdziwych miejsc, przestanę potrzebować fikcji jako substytutu. Że Paryż zastąpi książkę o Paryżu. Że Wiedeń zastąpi Musila. Że wystarczy być.
Mylłem się. I to grubo. A zrozumiałem to wtedy, kiedy podróży odbyłem tak wiele, że na nowo zasiadłem w ogrodzie, w domu mojej spokojnej młodej starości, nad kawą wyniesioną na mokry trawnik, w chwili kiedy podróż stała się jedynie czymś istniejącym obok życia a nie życiem samym w sobie.
Okazało się, że prawdziwe miejsce bez lektury jest jak fotografia bez ostrości. Widzisz, że coś jest piękne, ale nie wiesz jeszcze, czemu. Magris to zmienił. Kiedy podróżowałem wzdłuż Dunaju, przez Wiedeń, przez Bratysławę, przez Budapeszt, miałem wrażenie, że czytam i jadę jednocześnie. Że rzeka komentuje własny bieg. Że przez jego zdania miejsca stają się gęstsze. Bardziej wielowarstwowe. Bardziej swoje.
Jest w literaturze Magrisa coś, o czym rzadko się mówi. Coś, co uderzyło mnie podczas tamtego siedzenia w kawiarni z powoli stygnącą kawą.
On zatrzymuje. Dosłownie.
Jego zdania są długie. Meandrują. Wracają do siebie. Zaczynają mówić o geografii, kończą na psychologii. Zaczynają od historii, kończą na filozofii codzienności. I w tej meandrującej składni jest coś, co zmusza czytelnika do zwolnienia własnego oddechu. Nie można czytać Magrisa w biegu. Nie można go scrollować wzrokiem. On wymaga zatrzymania się. I paradoksalnie, to właśnie to jest ucieczką.
Nie ucieczką od chwili. Ucieczką od pośpiechu.
Kiedy biorę jego książki, nie uciekam ze swojego życia. Uciekam z trybu, w którym to życie zazwyczaj pędzi. Z trybu listy zadań, skrzynki mailowej, natychmiastowych odpowiedzi, ciągłej produktywności. Czytanie Magrisa jest aktem bezproduktywności. Celowej. Świadomej. I to w tym bezproduktywnością kryje się coś, za czym tęsknię czasami przez resztę jakże produktywnego tygodnia.
Chwila na ucieczkę. Nie od życia tylko od jego tempa.
Triest pojawia się u Magrisa jako miasto, które zawsze stało na krawędzi. Między Italią a Słowiańszczyzną, między cesarską nostalgią a nowoczesnym pragmatyzmem, między wielką historią a życiem zwykłych ludzi w kawiarniach przy Via del Teatro Romano. Magris spaceruje po tym mieście jak ktoś, kto dobrze zna każdą uliczkę, ale wciąż pozwala sobie na zaskoczenie. To rzadka umiejętność. Większość z nas, w pewnym momencie życia, przestaje się dziwić miejscom, które zamieszkuje. Miasto staje się infrastrukturą. Skrótami między punktami A i B.
Jego pisanie jest w jakimś sensie praktyką przeciwną. Ćwiczeniem z uwagi. Czymś, co w moich studiach psychoterapii Gestalt, jest kluczem do uchwycenia życia takim jakim jest.
I to jest właśnie to, co mnie w nim najbardziej uderza. On nie pisze o podróżowaniu jako metodzie na wyjście poza siebie. On pisze o patrzeniu jako metodzie na wejście głębiej w siebie i w świat jednocześnie.
Czytałem niedawno jego „Podróż bez końca” – cienką, skupioną książkę, szkice z podróży przez Austrię, Czechy, Polskę, Wietnam, Iran – i trafiłem tam na zdanie, które mnie zatrzymało. Magris pisze, że podróż, nawet najpiękniejsza, jest zawsze pauzą. Ucieczką. Odpoczynkiem od prawdziwego ryzyka. Bo to w domu rozgrywa się nasze życie, szczęście i nieszczęście. Podróż jest nawiasem. A nie, jak chcielibyśmy wierzyć, istotą.
Przyszło mi wtedy do głowy, że to samo dotyczy lektury. Że kiedy zagłębiamy się w czyjeś miasto, czyjeś rzeki, czyjeś pogranicza, zaczynamy widzieć wyraźniej własne, jako także miejsca z historią, charakterem, sprzecznościami. Z warstwami.
Jest taki moment podczas czytania dobrej książki, zna go chyba każdy czytelnik, kiedy odkładasz ją na chwilę i po prostu siedzisz. Nie myślisz nic konkretnego. Patrzysz przez okno. Albo wbijasz wzrok w blat stołu. I jest w tym coś bardzo spokojnego. Jakbyś na chwilę wyszedł ze swojego własnego wewnętrznego monologu.
Magris robi to ze mną regularnie.
Odkładam jego książkę i patrzę na kawę. I nagle kawa jest bardziej kawą. Mam na myśli: jej zapach jest wyraźniejszy. Para nad filiżanką jest wolniejsza. Hałas kawiarni ma teksturę. Człowiek przy barze, który zamawiał espresso, ma całą historię, której nie znam, ale która istnieje.
To nie jest mistycyzm. To po prostu uwaga. Uwaga odzyskana.
Bo literatura Magrisa i w ogóle literatura, która jest pisana z taką starannością wobec świata i człowieka, nie odciąga od rzeczywistości. Ona uczy patrzeć. Oddaje czytelnika rzeczywistości, tyle że inaczej skalibrowanego. Wolniejszego. Bardziej obecnego. Gotowego na to, że coś zwykłego okaże się nieoczywiste.
Celebracja bez ucieczki. Może właśnie o to chodzi.
Zastanawiam się czasem, czemu literatura środkowoeuropejska: Magris, ale też Roth, Musil, Kundera, tak często wraca do motywu przemijania. Do rzeczy, których już nie ma. Do imperiów, które rozpadły się tak dawno, że ich mapy wyglądają jak bajkowe. Do kawiarnianej kultury, której ślady przetrwały może w kilku miejscach w Wiedniu i w nostalgii pisarzy.
Myślę, że to jest literatura ucząca czegoś bardzo konkretnego. Że każda chwila jest w jakimś sensie pograniczem. Że teraźniejszość jest zawsze miejscem, gdzie coś się kończy i coś zaczyna. Że każdy Triest jest jednocześnie tym, który był, i tym, który dopiero będzie i tym jedynym, który jest teraz.
I że żeby to zobaczyć, trzeba się zatrzymać.
Deszcz za oknem kawiarni trochę zelżał. Kawa zdążyła całkiem ostygnąć. Zamówiłem kolejną.
Człowiek przy barze wyszedł. Przy sąsiednim stoliku para rozmawiała ściszonym głosem, pochylona nad telefonem, wskazując sobie coś na ekranie. Gdzieś w tle ktoś śmiał się za głośno jak na tę porę.
Wszystko to widziałem wyraźnie. Z wdzięcznością, że widzę. I z tym dziwnym spokojnym poczuciem, że nie muszę teraz nigdzie uciekać.
Rzeka płynie też tutaj. Nazywa się Wisła.
Jeśli chcesz zacząć albo wrócić do jego twórczości, trzy książki, od których warto:
Dunaj: flagowa. Podróż wzdłuż rzeki od źródeł do ujścia przez środek Europy Środkowej: Niemcy, Austria, Węgry, Rumunia, Bułgaria. Ale to nie jest reportaż geograficzny. To esej o wielokulturowości, rozpadzie Austro-Węgier, tożsamości i granicach, które są umowne i właśnie dlatego tak bardzo bolą, kiedy ktoś je zaznacza zbyt grubą kreską.
Mikrokosmosy;: bardziej intymna. Zamiast połowy Europy: odległość między Kawiarnią San Marco a Ogrodem Miejskim w Trieście. Zamiast historii narodów: historia konkretnych miejsc, gestów, ekscentryków, pamiętanych twarzy. Autobiografia spleciona z esejem, nostalgia bez sentymentalizmu.
Podróż bez końca: najkrótsza i może najbardziej pojemna. Szkice z podróży przez Austrię, Czechy, Polskę, Wietnam, Iran. Cienki tom, ale gęsty. I z paradoksem, który zostaje na długo: podróż, nawet najpiękniejsza, jest zawsze ucieczką. Prawdziwe życie czeka w domu.
Jedno zastrzeżenie praktyczne: Magris w polskich księgarniach to raczej pozycja do polowania niż do zamówienia.

Zostaw odpowiedźAnuluj pisanie odpowiedzi