Słowacja

Mała Fatra. Słowackie góry, które przywróciły mnie na szlak

Jedne z najpiękniejszych gór tuż za nasza granicą to świetny pomysł na weekend czy wakacje

Czechosłowacjo, wróć! Z góry przepraszam wszystkich moich przyjaciół Czechów i Słowaków, ale w czasach pandemicznych zdałem sobie sprawę, że gdy nie można swobodnie przemierzać dalekich światów, za miedzą nadal są dwa wspaniałe kraje, które dają mi wszystko, czego teraz potrzebuję: wino, brak języka polskiego, piękne krajobrazy, porządek przestrzenny i góry. Inność po prostu. Pieszczotliwie i zbiorczo nazywam je jednym członem nie mając intencji by kogokolwiek urażać. Mówię więc Czechosłowacjo wróć, bo chciałbym tam – do Czech i Słowacji, podobnie jak w zeszłym roku, pojechać na moim jednośladzie i zatopić się w ową krainę, w której czuję się naprawdę sielsko.

Na chwilę do owej krainy przeniesiemy się także w tej krótkiej opowieści. Chciałbym tym, którzy pragną ruszyć w drogę niedaleką, ale już wynoszącą nas poza granice kraju, przedstawić punkt na mapie, w którym odżyła moja miłość do gór i czasu spędzanego na szlakach. Odkopałem owo ukryte uczucie pod koniec minionego lata i chwała niebiosom za to, gdyż cały sezon jesienno-zimowy spędziłem na szutrowo-śnieżnych drogach utrzymując zdrowie psychiczne oraz kondycję fizyczną na higienicznym poziomie.

O tym opowiemy sobie jednak w kolejnej odsłonie, dziś zaś przenieśmy się do miejsca, które chciałbym tu i teraz zachwalić, do którego zaprosiłbym niejednego dobrego przyjaciela, nie tylko po to, aby zmęczyć się na szlakach i stromych podejściach, ale także po to, aby usiąść i zadumać się nad pięknem otaczającego nas, bliskiego świata.

Słowacja stała się w minionych latach jednym z głównych celów moich skuterowych peregrynacji. To także do tego kraju wybrałem się na pierwszą wspólną wycieczkę samochodową z moją siostrą, która po kilkuletniej przerwie wróciła na stary kontynent. Przejechawszy wiele urokliwych zamków, miast i miasteczek, ostatnie dni naszej podróży postanowiliśmy spędzić w górach, jak za dawnych, młodzieńczych czasów.

Tak odkryliśmy przepiękną krainę, o której dziś sobie opowiemy. Mała Fatra – urokliwe pasmo górskie o niezwykłej różnorodności, które położone jest tuż za granicami naszego Śląska, to jeden z najpiękniejszych regionów górskich w naszych okolicach.

Mała Fatra to czwarta co do wysokości część Karpat Zachodnich zaraz po Tatrach, Niżnych Tatrach oraz Beskidzie Żywieckim. Całość pasma to nieregularna elipsa skierowanej z północnego zachodu na południowy wschód, której długość wynosi 52 kilometrów zaś maksymalna szerokość 17 kilometrów. Naszą bazą do wyruszenia na szlaki Małej Fatry stała się popularna miejscowość Terchowa.

To w tej miejscowości 25 stycznia 1688 urodził się Juraj Jánošík, znany u nas po prostu jako Janosik, który błędnie uważany jest za polskiego zbója i bohatera popularnej ekranizacji telewizyjnej. Ten karpacki zbójnik i słowacki bohater narodowy działał w osiemnastym wieku, z kolei, jeśli pamięć mnie nie myli, „nasz Janosik” rabował bogatych i pomagał uciśnionym za czasów rozbiorowej okupacji Austro-Węgierskiej. Mniejsza o to do kogo należy Janosik, ważne, że to kolejna postać, która łączy nas z naszym bratnim, słowackim narodem.

Wielki pomnik Janosika góruje dziś nad miejscowością Terchowa, w której znajduje się wszystko, co wybierający się w góry turysta potrzebuje: knajpy, sklepy i Lidl, z czego ten ostatni zdecydowanie jest najważniejszy. Zaopatrzywszy się w prowiant skierowaliśmy się do naszej noclegowni, która sama w sobie jest miejscem wartym wspomnienia. Nie spaliśmy bowiem w kwaterach położonych w centrum miejscowości, ale na terenie parku, tuż przy wejściu na szlaki, w schronisku należącym to słowackiego TOPR-u.

Dom Horskiej Sluzby to miejsce z charakterem, nie dość, że pięknie położone, to jeszcze przenoszące człowieka w klimat lat osiemdziesiątych, czasów, jak niektórzy mawiają, słusznie minionych. Małe, wygodne pokoje oraz spora ilość wspólnych, czystych i nowoczesnych łazienek, dawały komfort odpoczynku przed wyruszeniem na szlak. Wspólne przestrzenie na piętrze były miejscami wieczornych rozmów przy ognistej wodzie. Choć przyznaję szczerze, że za schroniskami (tymi polskimi), nieszczególnie przepadam, gdyż zawsze są zatłoczone i nie panuje w nich nawet chwila ciszy, to w tym słowackim schronisku czułem się bardziej niż dobrze. Po prostu – znalazłem swoje miejsce i swój spokój.

Powodem dla którego zawitaliśmy do Małej Fatry był szlak na jeden z najbardziej ciekawych szczytów w tej okolicy. Wielki Rozsutec położony na wysokości 1610 metrów to jeden z najwyższych i niewątpliwie najbardziej charakterystycznych szczytów w tak zwanej krywańskiej części Małej Fatry. Wielki Rozsutec to szczyt, który wymaga pewnej kondycji. Łączne przewyższenia na trasie to nawet 1200 metrów, po drodze łańcuchy oraz niezwykle męczące Diery – różnego rodzaju przejścia nad rwącymi potokami. Mimo to trasa, która zajmie nam od 6 do 8 godzin i od 15 do 20 kilometrów zważywszy na ilość odstępów od założonej pętli, to niezwykle przyjemny spacer z kilkoma interesującymi wyzwaniami.

Gdy tylko wstał nowy dzień, skoro świt ruszyliśmy przed siebie z prowiantem i wodą na cały dzień. Pozornie prosta Mała Fatra potrafi momentami dać w kość, więc pod żadnym pozorem nie warto lekceważyć długich dystansów, stromych podejść a także łańcuchów przy wejściu na sam szczyt. Początek naszej drogi to przejście ze schroniska w stronę miejscowości Stefanowa, gdzie znajduje się spory parking oraz ostatni przystanek autobusu. Minąwszy zabudowania wkroczyliśmy na zielony szlak prowadzący do Medziholie. Z tego co zasłyszałem sporo osób wybiera zrobienie naszego szlaku w odwrotnej kolejności, kończąc w miejscu, gdzie my zaczynaliśmy. Nasz wybór wynikał z tego, że zdecydowanie wolę wchodzić pod górę z użyciem łańcuchów aniżeli schodzić w dół w ich towarzystwie. Droga na Medziholie to spokojne, choć momentami męczące, podejście do punktu, z którego wszystko zaczyna robić się o wiele ciekawsze.

Medziholie, urokliwe miejsce położone na wysokości 1185 metrów to szeroka przełęcz we wschodniej części grupy górskiej Mała Fatra. Położona jest na głównym grzbiecie tej części masywu i oddziela masyw skalistego Wielkiego Rozsutca – naszego celu tego dnia oraz kształtnego stożka szczytu Stoh na południu. W tym miejscu robimy pierwszy odpoczynek przygotowując się na najtrudniejszą, wspinaczkową część.

Z wielkiej, otwartej hali ruszamy w kierunku drzewostanu oddzielającego łąki od skalistej struktury prowadzącej w w kierunki szczytu. Na tym odcinku, za każdym razem, gdy człowiek spojrzy za siebie, doświadczy spazmatycznej przyjemności podziwiania niezwykle malowniczych krajobrazów, które od teraz towarzyszyć nam będą nam sam szczyt.

Podejście na szczyt to już niemały wysiłek, być może spotęgowany faktem, że tego październikowego, pięknego dnia, halny dosłownie rozrywał głowę. Na samej górze wytrzymaliśmy dosłownie może minutę po czym szukaliśmy schronienia za skałami. Wspólne wyjście z siostrą przypomniało mi czasy naszej młodości, gdy śmigaliśmy wspólnie po górach oraz o czasach, kiedy albo kondycję miałem tak beznadziejną, że umierałem, albo tak dobrą, że nie odpuszczałem. W skrajności w skrajność – taki bywałem w podejściu do gór przez całe wieki.

Schodząc już ze szlaku po wielogodzinnej wyprawie, tuż przed dotarciem do naszego schroniska, trafiliśmy na piękną polanę, na której zatrzymaliśmy się na dłużej i tam właśnie dopadła mnie cała masa myśli, które dziś skutkują tym, że jestem gdzie jestem oraz jestem jaki jestem:

  • Czy to jest Szwajcaria? Czy może mieszanka Beskidów i Tatr? Nie, to po prostu Słowacja. To piękny kraj i niebiosom dzięki za to, że z nami sąsiaduje. Będę do niej wracać w kolejnym roku pandemicznym, tak jak lubię, spokojnie i powoli, dalej odkrywając kraj, który i tak znam już całkiem dobrze.
  • Wracam w góry – pomyślałem. I wszystko, co działo się później jest skutkiem tej chwili spędzonej na szlaku w tym dniu.
  • Przygotowałem się kondycyjnie, mam siłę, pora popracować nad sprzętami, butami, plecakami, kijkami, ogólnie rzecz ujmując – nad sprzętem. O tym w Następnej historii.
  • Dalekie podróże i odkrywanie niekiedy niezwykle odległych zakątków globu pomogło mi zrozumieć, jak wiele piękna mamy pod nosem i jak wykorzystać mogę to, że dla mnie to naprawdę niewielkie dystanse, a do odkrycia tak wiele.

Ponad wszystko ucieszyłem się jednak, że po wielu latach mogliśmy wybrać się na prawdziwy road trip z moją równie rozjeżdżoną po świecie siostrą. Pięknie było móc spędzić ten czas na Słowacji.

***

Jeśli chodzi o praktyczne kompendium wiedzy na temat szlaków, organizacji, czasu, przewyższeń, zajrzyjcie do podlasko-krakowskiej rodzinki, która fajnie opisuje szlaki, a ten, o którym dzisiaj mowa znajdziecie tu ▶︎ Wielki Rozsutec.

Rocznik 1985. Hybryda czasów analogowych i cyfrowych, człowiek, który pamięta jak było przed internetem a w internecie czuje się jak ryba w wodzie. Urodzony w Krakowie, w nim wykształcony i z nim zawodowo związany. Po krótkim okresie życia w Chinach, na dobre zajął się normalnym życiem i intensywnym podróżowaniem. Zawodowo specjalista branży podróżniczej, hotelarskiej i rezerwacyjnej.

2 komentarze dotyczące “Mała Fatra. Słowackie góry, które przywróciły mnie na szlak

  1. Pingback: Turystyka górska. Od amatora do turysty górskiego w pół roku - Wojażer

  2. Jak patrzy się na takie zdjęcia, to człowiek natychmiast chce się pakować i wyruszać w podróż 🙂 Pozdrawiamy!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.