Felietony

Miniony rok już nie wróci

Cześć roku 2020! Do usłyszenia, miło Cię było poznać!

Ucz się z dnia wczorajszego, żyj dniem dzisiejszym i pokładaj nadzieję w przyszłości

Albert Einstein

Styczeń pachniał farbą malarską, kurzem, gruntem, miał smak ekscytacji. Gdzieś na krakowskim rynku otwierało się kolejne piętro jasnej, przyjaznej przestrzeni dla kolegów i koleżanek. Gdzieś w połowie miesiąca brazylijski portugalski rozbrzmiewał w salonie naszego domu, gdy Ana i Pedro zawitali z tradycyjną wizytą. Sao Paulo i Kraków dzieliło wtedy zaledwie kilkanaście godzin. Radość była podwójna, gdyż nad butelką merlot z Mendozy planowaliśmy tegoroczne odwiedziny w ich wielkim, południowoamerykańskim kraju. Pod koniec miesiąca upadały mury Konstantynopola. Gdy taksówka pędząca przez ogrom Stambułu dojeżdżała do pozostałości wielkich obwarowań, te akurat, na ekranie komputera, padały pod naporem Mehmeta Zdobywcy. Ostatnie dni pierwszego miesiąca roku brzmiały gwarną ulicą, smakowały grillowanym mięsem i tureckimi słodkościami, gdy dzień po dniu odkrywałem nowe dzielnice dobrze znanego mi miasta. Prom raz po raz przewoził mnie z Europy do Azji i z Azji do Europy a nad głową latały mewy oszalałe. Zadzwoniłem do Magdaleny i obiecałem, że na jej urodziny poleci do najwspanialszego miasta Turcji, w którym nie było nam dane być razem. Nie wiedziałem jeszcze, że obietnicy nie dotrzymam.

Luty ponownie witał mnie kurzem, zwisającymi z sufitu lampami, nabierającymi barw przestrzeniami. Biuro wyglądało jak świeżo zapakowany prezent, który niebawem wręczę tym, którzy tak bardzo lubię przesiadywać na krakowskim rynku. W Lanckoronie wypalona została świnka-skarbonka dla Magdaleny a na ścianie w domu zawisł obraz podarowany mi przez tureckich przyjaciół. Obiecałem, że wpadnę latem na wernisaż Edy, aby pogratulować jej wystawienia prac w centralnym punkcie Sultanahmet. Nie wiedziałem jeszcze, że obietnicy nie dotrzymam. W połowie miesiąca obudziłem się we Florencji. Bywaliśmy już tam z Magdaleną toteż ruszyłem głębiej liznąć odrobinę Toskanii, po której kiedyś z wielką masą śmiechu i wina przetaczaliśmy się podczas wspólnych włoskich wakacji. Lucca, urokliwe miasteczko gdzieś na uboczu znanej metropolii, podarowała mi smaki i aromaty, które dobrze nastrajały na początku roku. Wkrótce jednak pędziłem do Krakowa, gdyż w krakowskie nasze progi przybywała ambasador Niderlandów a gdy wyjechała nadszedł tłusty czwartek i wszystko zapachniało różą i lukrową polewą. Z pączkiem w ręku, już pod koniec owego miesiąca wyleciałem do północnych Niemiec aby w końcu zobaczyć się z siostrą powracającą z amerykańskiej, kilkuletniej emigracji.

Marzec nie grzeszył początkowo pogodową urodą. Mimo to pod Krakowem odkryliśmy z Magdaleną ciekawe miejsca na kulinarne przygody. Nowa, świeża, jeszcze farbą pachnąca sekcja biura na Rynku zapełniła się ludźmi. A potem przyszła połowa miesiąca i wszytko pierdolnęło jak nigdy wcześniej. Zamknięcie w domach zaczęliśmy robić rzeczy dziwne. Ja zgoliłem brodę i zostawiłem wąsy. Świat zatrzymał się na bezprecedensową skalę. Jak za uderzeniem czarodziejskiej różdżki nagle: pracowaliśmy z domu, imprezowaliśmy na zoomie, zamawialiśmy wszystko z internetu, walczyliśmy o papier toaletowy i uczyliśmy się nowej rzeczywistości. I choć z perspektywy końca roku mogłoby się zdawać, że człowiek przesiedział wszystkie pozostałe dni w domu, okazuje się, że nie.

Tymczasem nadszedł kwiecień a jego najważniejszy dzień to urodziny Magdaleny. Nie mogła być w obiecanym Stambule jednak romantyczny mąż ściągnął przez meandry kwarantanny winna, kwiaty, prezenty i na tyle, ile mógł, sprawił, że był to dzień piękny. Niestety, bez masy ludzi, bez gości, bez bliskich, to nie to samo. Magdalena cierpiała. Podobnie jak wielu innych ekstrawertyków wystawionych na samoizolację. W kraju policja uganiała się za rowerzystami, służby urządzały rajdy za tymi, którzy zbiegli z bloków do lasów, drogówka zatrzymywała auta jeżdżące na Podhale a sanepid przypierdalał karę za karą. Ja ruszyłem na pierwsze, nielegalne spacery po okolicy a do domu sprowadziłem pierwsze rośliny, które wkrótce przeobrazić miały naszą przestrzeń w ogród botaniczny. Pod koniec miesiąca, po zdjęciu ograniczeń pierwszego lockdownu, wsiadłem na Piaggio i ruszyłem w góry. Po górach raz po raz ruszałem gdziekolwiek, byle tylko jechać, byle jechać przed siebie. Wiosna rozbujała się na dobre.

Maj był już soczyście zielony a ja odwiedziłem już każdy las, sad, zagajnik i pole w okolicach. Dla siebie i innych stworzyłem przewodnik po podkrakowskich wsiach ale znów, szukając odłożonego na półkę poczucia wolności, ruszyłem na Piaggio na południe, tym razem na Orawę.

W czerwcu nie mogłem się już powstrzymać przed tym, co było częścią mnie przez tyle lat. Docierałem na skuterze do każdego zakamarka województwa od położonego na wschodnich rubieżach Biecza przez północne granice województwa aż w końcu dotarłem do jednego z najdroższych memu sercu odkryć tego roku – Beskid Niski bardzo mnie uwiódł.

Na tyle bardzo, że na początku lipca byłem w nim ponownie. A ponieważ znów otworzyły się długo zamknięte granice, wjechałem na Słowację, do której w tym roku poczułem mięte jak przed kilkoma laty. Lipiec okazał się najbardziej soczystym miesiącem roku. Góry – polskie i słowackie, wina – polskie i słowackie, kajaki na Wiśle, pszczelarstwo a w domu coraz więcej roślin i kwiatów. Dopiero dochodziła połowa miesiąca, gdy po czteromiesięcznej przerwie ponownie wbiłem się w przestworza. Greckie Santorini pomalowało lipiec na biało i niebiesko choć od czasu do czasu Morze Śródziemne płonęło ciepłą barwą zachodzącego słońca. Nie wiem jak ile pięknych chwil wydarzyło się jeszcze przez te dni od połowy miesiąca, ale w ostatni dzień lipca znalazłem się ponownie w Hamburgu.

Sierpień rozpoczynał się zaskakująco słonecznym latem na północy Niemiec. Chyba zapomnieliśmy w Europie o pandemii. W Polsce już dwa razy ogłaszaliśmy zwycięstwa nad wirusem. Was ust das? – pyta niemiecka celniczka na lotnisku, gdy otwiera torbę pełną roślin. W Polsce, po powrocie, pełnia lata. Coraz więcej osób pracuje w biurze, na rynku masy ludzi, choć gwar jakiś taki mniej międzynarodowy. W wolnym czasie ruszam Piaggio na Podhale do znajomych. Pod Krakowem na dobre trwa festiwal wspólnego, sąsiedzkiego, letniego grillowania.

Początek września to kolejna skuterowa wyprawa. Ruszam na słowacki Spisz i ponownie ledwo dojeżdżam do domu dociążony butelkami świetnych win. Poranki niestety robią się coraz chłodniejsze. Pod koniec miesiąca mam już na głowie czapkę. Nie zraża to człowieka i wraz z rodziną ruszamy na słowacki road trip po środkowej części kraju. W pierwszym dniu podróży Słowacja ogłasza stan wyjątkowy.

I choć październik zaczyna się pięknie bardzo szybko, wraz z nadejściem prawdziwej jesieni, ponownie wszystko jebło, praca przeniosła się do domów a piękne, pachnące, aromatyczne, letnie życie przeszło do archiwalnych albumów.

Listopad to moje urodziny. Wyglądały identycznie jak te z kwietnia u Magdaleny. Dom, tort, wspólne piękne chwile. Ostatnia podróż roku to ponownie góry jednak po powrocie zdecydowałem, że czas zwolnić, otworzyć książki, wina, filmy. Pozbawiony możliwości ucieczek na ciepłe południe, zaakceptowawszy paskudności polskiej jesieni, zrobiłem to, co najlepsze – zaszyłem się w domu.

W grudniu już tylko zajmowałem się myśleniem. I myślałem, czy rok 2020 rzeczywiście był w jakikolwiek sposób definiujący?

***

Sporo było w historii lata i roczników definiujących. Całe generacje zdefiniował koniec wojny światowej w 1918 roku, potem wybuch kolejnej w 1939, powstanie warszawskie w 1944 czy zwycięstwo pokoju w 1945 roku. W naszej najnowszej historii, w tej, w której żyjemy, usilnie szukano dat, które definiują naszą generację. Pokolenie JP2? Nigdy tak naprawdę nie zaistniało, a już na pewno nie w 2005 roku, gdy „nasz papież” odszedł. Może istniało za komuny, może jakoś definiowało pokolenie naszych rodziców z nadzieją patrzących na lepszą przyszłość aniżeli tę obiecaną przez socjalizm.

Co z kolei zdefiniowało nas? Czy byliśmy pokoleniem JP2? Wątpię. Czy jesteśmy ludźmi miłosierdzia i żarliwego katolicyzmu. Nie. To może Smoleńsk i cały ten tragiczny rok 2010? Być może jakoś nas zdefiniował, szczególnie w dziedzinie polaryzacji społecznej. A może wejście do Unii Europejskiej? W dużej mierze tak. Jednak w gruncie rzeczy od 2004 roku, gdy Polska dołączała do unijnej rodziny nie wydarzyło się tak naprawdę nic, co określiłoby nasze pokolenie, moje pokolenie. Aż do roku 2020.

Czuliśmy, że coś jest nie tak. Pęd ludzkości ku zagładzie, dyskusja klimatyczna, prędkość, jakiej nie znały poprzednie pokolenia – wszystko to przewijało się w rozmowach między ludźmi. Mieszkania, na które pracować trzeba całe życie. Kredyty, bez których ani rusz. Praca, która ubogaca bogatych i nudzi pracujących. Korporacje, które dominują na rynku i niedole małych biznesów. Upadek klasy średniej w krajach, w których stanowiła ona fundament porządku. Można by wymieniać. Każdy z nas ma niejedną historię, którą moglibyśmy dołożyć do tej mozaiki przemian. Prędkość naszego życia przytłaczała.

W pewnej chwili pojawił się zaś wirus i cały świat się zatrzymał. Zanim jednak to się stało Australię strawił pożar, który zabił setki milionów stworzeń, USA zamordowały irańskiego generała Sulejmaniego stawiając świat na skraju kolejnej wojny, Greta Thunberg wykrzyczała w Davos swoje oskarżenie pod adresem polityków i całej ludzkości. Rozpoczynał się i na dobre rozkręcał, rok 2020, który wkrótce, za kilka dni, zamkniemy bez sentymentu z nadzieją spoglądając na kolejny.

Mijający rok to coś więcej aniżeli licytacja kto ile zrobił, a kto nie zrobił. To nie czas na narzekanie, że było źle a mogło być lepiej. Rok 2020 to czas, który w jakiś sposób zdefiniuje nasze pokolenie i choć jeszcze o tym nie wiemy, bardzo wpłynie na to, kim jesteśmy, jak żyjemy i co robimy.

To zabawne, że Sars-Cov-2 jest tym, co przemodeluje nasz świat. Widzicie, świat naszych rodziców zmienił upadający socjalizm i nadejście kapitalizmu. Świat naszych dziadków zdefiniował koniec wojny i polska komuna. Świat pradziadków przedefiniowały wielkie przemiany polityczne i dwie wojny światowe przetaczające się przez glob a potem okraszone grypą hiszpanką, która po pierwszej światowej wojnie zdziesiątkowała ludzkość. Nas zdefiniuje przeżywanie epidemii przed ekranem w towarzystwie produkcji Netflixa. Takimi jesteśmy Kolumbami.

***

Miniony rok już nie wróci i pozostaną tylko wspomnienia. Będą się one różnić, gdyż pomimo jednego, dominującego akcentu tego roku, każdy i każda z nas, zapamięta coś innego. Jedni zapamiętają śmieszny czas „walki” za pomocą seriali. Inni nie zapomną tego, że gdy ci drudzy oglądali seriali, oni dalej musieli wykonywać swoje pracy i cała akcja „zostań w domu” była dla nich jedynie medialnym sloganem. Niektórzy wspominać będą, że nie mogli latać na weekend do Włoch a ich sąsiedzi nie zapomną władzy tego, że zniszczyła im biznes, który budowali przez lata. Wielu wspominać będzie minione stare, dobre czasy i liczyć na to, że kiedyś one wrócę, podczas gdy pozostali ucieszą się, że świat się zatrzymał i przejedzie teraz wielką transformację. Niektórzy niestety wspominać będą tych, których stracili. Choć wszyscy mamy w tym roku pewne punkty wspólne, to, jak przeżywamy i żegnamy ten rok, różni się ogromnie.

Jeśli miniony rok już nie powróci, to co we mnie zostawia? – zadaję sobie to pytanie chyba po raz pierwszy w tak bardzo świadomy sposób.

Moje życie pełne było wielkich prędkości, krótkich nocy, zmian krajobrazów. Byłem wszędzie i bardzo doceniałem ten przywilej. Czy doceniałem jednak bycia tu i teraz? Tu i teraz spoglądam na mijający rok i myślę, czego tak naprawdę się nauczyłem?

Wszystko jest kruche. To główna lekcja z tego roku. Kruche są systemy polityczne i ekonomiczne, kruche są łańcuchy dostaw, pewność o przyszłość a nawet relacje międzyludzkie. Krucha jest nasza przyszłość, jeśli nie zaczniemy pracować nad strukturalną zmianą – nas samych, naszych małych społeczeństw, naszej ekonomii. Otwartość świata to też koncept niezwykle kruchy. Od zglobalizowanej planety dostępnej na wyciągnięcie ręki dla każdego, kogo stać na podróż, przeszliśmy do zamkniętego świata pełnego granic – widzialnych i niewidzialnych, pełnego barier – sanitarnych i formalnych – do świata trudno dostępnego, jeszcze nie zamkniętego, ale już na pewno nie otwartego. A jeśli wszystko wokół jest kruche to tym bardziej należy nauczyć się doceniać to, co było, to co jest i to, co będzie.

Rzeczy nie są ważne. Chyba, że pomagają Ci stworzyć i utrzymać swój własny, zdrowy mikrokosmos. Kiedyś otaczałem się ogromem mniej lub bardziej potrzebnych przedmiotów. Niedawno jednak okryłem, że to wszystko to tylko zbytki. Byłbym jednak hipokrytką, jeśli powiedziałbym, że w 2020 roku osiągnąłem minimalizm. Być może kiedyś, na fali popularności tej idei, zaczynałem w jego kierunku podążać, jednak pandemia przedefiniowała i to. Pragmatyzm materialistyczny to moja nowa ścieżka, którą obrałem – posiadaj to, co potrzebujesz, aby Twój dom był miejscem, w którym jest Ci dobrze nawet jak Cię w nim siłą zamkną, oraz to, co sprawia, że panuje w nim wyjątkowy dla Ciebie charakter – sztuka, książki, wspomnienia. Uczyń dom miejscem żywym, ale nie zagrać go niepotrzebnymi śmieciami. I ponad wszytko – nigdy nie wpuść do niego telewizji. Rzeczy może i nie są ważne, ale pomagają uczynić miejsce, w którym żyjemy czymś więcej aniżeli tylko sypialnią. Każdy zamknięty w lockdownie lub w pracy zdalnej wie, o czym mowa.

Rośliny są błogosławieństwem. Każdy, kto mnie zna wie, że jestem człowiekiem projektowym. Dlatego też pandemiczne miesiące poświęciłem na transformację domu w istny ogród botaniczny. Nie tylko nadały one miejscu wyjątkowy charakter, ale w namacalny sposób pokazało mi, jak ważna jest otaczająca nas flora. Podkrakowska miejscowość w której żyję, jak wszystkie otaczające Kraków, przez przynajmniej pół roku, jest miejscem, którego powietrze porównać można do wnętrza komory gazowej zmieszanej ze stopionym reaktorem czarnobylskim. Przebywanie na zewnątrz dłużej niż kwadrans grozi śmiercią. O ile kupiony rok temu oczyszczacz powietrza robił robotę, o tyle dzięki prawie setce roślin, w domu zapanował taki mikroklimat, że po prostu chce się żyć. I niestety równie mocno nie chce się z niego wychodzić ze strachu przed zagazowaniem. Byle do wiosny / lata…

Ruch to zdrowie. Uzależniłem się od niego w tym roku na dobre. Uziemiony i pozbawiony nadmiernej ilości podróży zacząłem po prostu chodzić. Chodzę tak dużo, że gdy nad Małopolskę wróciło morowe, gówniane powietrze okresu listopad – marzec, moja żona podarowała mi bieżnię, abym nawet w domu mógł dalej iść. Czuję się jak Forrest Gump pomieszany z Robertem Korzeniowskim – zdaje się, że bez ekstensywnego chodzenia po prostu nie mogę żyć. Chodzenie dało mi kolejną perspektywę jeśli chodzi o odkrywanie świata. Nagle okazuje się, że lecąc samolotem pomijamy całe połacie kraju lub całe kontynenty. Jadąc koleją, przecinamy piękne krajobrazy, które zostają gdzieś w tyle. Nawet jadąc rowerem umykają nam piękne punkty, na które nie zwróciliśmy uwagi. Dopiero idąc mam szansę przyjrzeć się absolutnie wszystkiemu. W tym roku przeszedłem trzy tysiące kilometrów.

Drugi człowiek jest czymś niezbędnym do szczęśliwego życia. Gdy żyje się intensywnie i spotyka się całe masy ludzi, łatwo mieć wrażenie, że mamy wokół siebie pełno wspaniałych przyjaciół i znajomych. Dopiero gdy przymusowo lub dobrowolnie, zostajemy zamknięci w domach, pojawia się autentyczna tęsknota za drugim człowiekiem, za zwykłą rozmową, za towarzystwem. W tym kontekście warto docenić to, co daje nam technologia, dzięki której możemy cały czas pozostawać w kontakcie z tymi, których lubimy i kochamy.

***

Jaki będzie rok 2021? Nie wiem. Wiem jednak, że możemy uczynić go rokiem dobrym, lepszym, wyrazistym. Spróbujmy!

Rocznik 1985. Hybryda czasów analogowych i cyfrowych, człowiek, który pamięta jak było przed internetem a w internecie czuje się jak ryba w wodzie. Urodzony w Krakowie, w nim wykształcony i z nim zawodowo związany. Po krótkim okresie życia w Chinach, na dobre zajął się normalnym życiem i intensywnym podróżowaniem. Zawodowo specjalista branży podróżniczej, hotelarskiej i rezerwacyjnej.

1 komentarz dotyczący “Miniony rok już nie wróci

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.