Felietony

To już jest koniec. Myśli z czasów kwarantanny

Jeśli czasami zaskakuje nas coś, na co nie jesteśmy przygotowani, zamiast komentować to na początku, warto poczekać na koniec.

Marzec odebrał mi mowę. Choć raczej powinienem napisać, że pióro. Planowałem już, jak co roku, tytuły i koncepty. Gdzieś w przygotowywaniu kolejnych wojaży powoli układały się w głowie tematy, wizje i pragnienia, które po każdym wyjeździe miały zostać przekute w opowieści ze świata. Jednak świat miał dla nas wszystkich inny plan. Jednym odebrał zdrowie, innym marzenia, jeszcze innym pracę, dotychczasowy styl życia a co najgorsze, w niektórych przypadkach odebrał życie. Mnie, jak już wspomniałem na początku, marzec odebrał chęć i umiejętność przelewanie czegokolwiek na papier. Jakby chciał, abym się przez chwilę wsłuchał, wczytał, rozejrzał wokół siebie.

W sytuacjach nowych, których nigdy wcześniej nie doświadczaliśmy, pierwsze, co robimy, to staramy się w tym wszystkim po prostu odnaleźć. Zamknięty w domu i tu pracujący po raz pierwszy odnalazłem się w sytuacji, o której mówiłem i pisałem wielokrotnie – w sytuacji posiadania czasu i cieszenia się spokojnym, domowym życiem. Wielu z moich znajomych autorów, niezależnie czy podróżniczych czy też wielobranżowych, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaoferowało mi i wszystkim znajomym gotowe przepisy na życie w czasach pandemii – top dziesięć książek do przeczytania, gdy siedzisz w domu, tygodniowe top fajf filmów na netfliksie, instruktaż pieczenia chleba, szycia maski, produkcji bimbru i wszystkiego, czego dusza zapragnie. To normalne, każdy szuka swojej drogi nawet w najbardziej szalonych i dziwnych czasach. Każdy chce także pomóc tak jak tylko potrafi.

Najbardziej przydatnym filmem okazał się jednak ten, który pokazuje, jak podciąć samemu włosy. Bo nikt, niezależnie od tego, co nas otacza, nie chce wyglądać po miesiącu jak małpa. Moją najlepszą drogą przez ten czas okazała się zaś ścieżka, która rozpoczyna się za moim domem i prowadzi przez sady owocowe, pola uprawne i falowane okolice podkrakowskiej wsi, w której postanowiliśmy w 2017 roku zamieszkać.

To, że na miesiąc od chwili, gdy opuściłem krakowskie biuro i przeniosłem się do domu, odebrano mi autorską wenę, uważam za specyficzne błogosławieństwo tego dziwnego czasu. Pozwoliło mi to bowiem, zamiast zastanawiać się, co opublikować, żeby ktokolwiek chciał to czytać, skupić się na tym, co okazuje się być w istocie najważniejsze. Na dobrym przeżywaniu każdego dnia naszego życia oraz ciągłym poszukiwaniu swojej unikatowej drogi.

Dlatego uprzedzając, zdradzę Wam od razu, że nie znajdziecie tutaj gotowej recepty na cokolwiek, tym bardziej na swoją drogę do szczęścia i ogarnięcia tego, co dzieje się wokół. Znajdziecie za to szczere zwierzenia człowieka, którego śledzicie od jakiegoś czasu i którego przygody obserwowaliście na przestrzeni ostatnich miesięcy czy lat.

Kogoś, kto ponad jedną trzecią swojego życia nieprzerwanie spędza w ruchu, zatrzymanie się powinno drogo kosztować. Powinno być bolesne na tyle, że swoje żale wyleje nie tylko w głębi swojego serca, ale także do każdego, kogo zna i spotka. Ten scenariusz na szczęście nie spełnił się w tym przypadku. Paradoksalnie, nagłe wyhamowanie tej rozpędzonej i nagrzanej do granic możliwości, wielkiej lokomotywy, która momentami sapała i dyszała ze zmęczenia, odbyło się bez uszczerbku na całym mechanizmie, jakim jest ludzki organizm. Zatrzymałem się i poczułem, że tak po prostu miało być.

Otoczony przez horrendalne obrazy z Chin i Włoch, przez perspektywę strat materialnych i zdrowotnych wśród rodziny i znajomych, nie czułem potrzeby ani prawa do narzekania. Tam zaś, gdzie narzekałem, robiłem to w imieniu tych, których zła sytuacja dotknęła szybciej niż mnie. Jako głos prywatny i polityczny. Nie o tym jednak tutaj.

Cztery kilometry kwadratowe

Minął miesiąc w domu. W tym czasie trzy razy zrobiliśmy wielkie zakupy w mieście, dwa razy odwiedziłem lokalną pocztę, raz pojechałem do siedziby spółki i w gruncie rzeczy tak wyglądała moja podróżnicza aktywność. Poza jeszcze jedną ważna rzeczą – spacerami.

Od zawsze wiedzieliśmy, iż ruch to zdrowie, ale w czasach pandemii wiemy o tym jeszcze bardziej. Nagle, zamknięci w domach, mieszkaniach, kamienicach i blokach, tęsknimy za tą najzwyklejszą w świecie rzeczą. Od lat spacerowanie, intensywne chodzenie, to mój mały codzienny sport. Co miesiąc gromadzę setki kilometrów wydeptanych tras i odnalazłszy się w tej wielkiej, narodowej kwarantannie, doceniłem fakt mieszkania poza miastem, na uboczu, w pięknej i spokojnej okolicy pełnej wzgórz, pól, strumyków, lasów, dolin oraz położonej tuż obok lotniska Balice, dziś tak niespokojnie cichego.

Na początku samoizolacji wyruszyłem więc w daleką drogę. Codziennie rano i wieczorem, prawnie usankcjonowany faktem wyprowadzenia niezwykle aktywnego psa, ruszałem przed siebie. To ciągłe spacerowanie, które dzień w dzień konsumuje dwie godziny mojej doby, to pierwszy i najbardziej charakterystyczny znak nowych czasów. Nauczył mnie, że nie ważne, dokąd zmierzam, ważne, że się przemieszczam. Każdy ruch pompuje tlen do mojego mózgu a obszar moich czterech kilometrów kwadratowych oferuje mi taką różnorodność natury, która sprawia, że psychika pozostaje na dobrym, zdrowym poziomie. W trzydzieści dni przeszedłem ponad 350 kilometrów. I wiem, że w tym całym narodowym zamknięciu należałem do tych uprzywilejowanych.

Przemieszczanie się po tej mojej małej, rajskiej krainie w czasie, gdy piękna, jak na złość, wiosna, budzi wszystko wokół do życia, pomogło mi zacząć zauważać rzeczy, których nigdy nie widziałem. Nagle zacząłem uczyć się rozróżniać drzewa i rośliny, widzieć jak na tych drzewach pojawiają się owocowe pąki i jak przylatują na nie pszczoły. Z reguły na tych spacerach nie spotykałem nikogo, jednak nagle, dzień po dniu, w opustoszałych do niedawna sadach i polach, pojawili się spacerowicze – lokalni i ci uciekający z miasta, żeby choć chwilę spędzić na świeżym powietrzu.

Zgłodniali kontaktu ludzie, choć zachowują dystans bezpieczeństwa, z reguły zamieniają kilka słów, czasami zatrzymują się na odległość dziesięciu metrów i gaworzą o rzeczach dużych i małych, jak za dawnych czasów. Każdy wie, jak ważne są relacje społeczne i ludzkie interakcje. Bez nich bylibyśmy jedynie stadem egoistów.

Bliskość bliskiego człowieka

Bardzo szybko zrozumieliśmy, że technologie działają na naszą korzyść jeśli świadomie z nich korzystamy. Komunikatory wszelkiej maści i wideorozmowy to chyba jeden z najpiękniejszych darów ludzkości. Z nieskrywaną radością spoglądałem na ekranach moich urządzeń na rodzinę, przyjaciół, znajomych czy współpracowników, z którymi wspólnie rozgrzewaliśmy łącza i baterie naszych smartfonów. I nawet w stosunku do tych smartfonów, nastąpiła dla mnie pewna istotna zmiana.

Smartfon leży bowiem często walnięty gdzieś w domu i po raz pierwszy od lat zostawiam go w trybie niewyciszonym. Na wypadek gdyby ktoś dzwonił i aby nie stracić możliwości rozmowy, gdy ktoś chce takową odbyć. Jednak leżący gdzieś w domu, inteligentny telefon, okno na świat, to także ogromna zmiana. Do niedawna towarzyszył mi bowiem niczym lep na rany, wciśnięty w kieszeń, zawsze w gotowości, zawsze rozpalony mediami społecznościowymi, dyskusjami, zdjęciami, relacjami. To nie znikło zupełnie, ale diametralnie zmieniła się ilość czasu przeznaczana na tak zwane media społecznościowe. Dlaczego?

Nieważność mediów społecznościowych

Na początku covid-19, gdy skutecznie pozamykano nas w domach, ściana mediów społecznościowych wyglądała jak dziwny misz-masz niezdecydowania. Jedni jeszcze „podróżowali” publikując wspomnienia i relacje, inni już relacjonowali „normalne życie” i „powrót do korzeni”, jednak raz po raz, nawet jako świadomego odbiorcę tych mediów, zaczynały mnie drażnić coraz to nowsze rzeczy. Zaglądając w media społecznościowe czułem ciągły niepokój. Obok siebie pojawiały się dziesiątki relacji na temat epidemii, na temat zamknięcia w domach, na temat tęsknoty za światem, kupa fake newsów i totalnych bzdur.

Za nimi trzeszczał jeszcze niezaktualizowany świat reklam, sprzedawców marzeń, influencerów i innych internetowych i medialnych gwiazdek, którzy… nagle stali się albo nudni, albo śmieszni. Piękne boginie pozbawione sztabu ludzi okazały się kobietami takimi samymi jak każda inna. Ci, którzy ciągle lansowali się na mieście, pozbawieni owego miasta i jego pięknych knajp i restauracji, stali się nudnymi gadającymi głowami zamkniętymi w swoich nudnych przestrzeniach i gadającymi o rzeczach, jak się okazuje, mało ważnych. Jedni powiedzą, że stali się bardziej ludzcy, bardziej tacy jak my – odbiorcy. Inni powiedzą, że stracili na swojej boskości. Możecie mi zarzucić to samo. Wojażer pozbawiony wojaży to tylko gadająca głowa opowiadająca o dalekim świecie za zamkniętymi granicami. Nie obrażę się.

Spędzanie czasu w społecznościowej przestrzeni stało się dla mnie czymś irytującym jeśli poświęcałem na to odrobinę więcej czasu aniżeli założyłem. Bo też, będę tutaj szczery, nie zamierzam i nie chcę spisywać tego e-świata na straty. Chciałbym po prostu, aby odrobinę się zmienił.

Obok dennych i śmiesznych treści pojawiają się bowiem wspaniałe inicjatywy mające pomóc innym w potrzebie. Na tym obszarze spotykają się i rozmawiają ze sobą członkowie lokalnych społeczności, jak chociażby ta, w której żyję. Warto jednak ten czas spędzany w domu poświęcić na poprawę algorytmu naszego medium społecznościowego.

Dlatego też od miesiąca bezwzględnie oznaczam gwiazdką tych, których chcę widzieć i wygłuszam tych, którzy kompletnie mnie nie interesują lub plotą wierutne bzdury. Odfajkowuję influencerów, którym wydaje się, że są wszystko wiedzącymi autorytetami w czasach, gdy prawdziwą gwiazdą jest dla mnie dobry wirusolog, naukowiec, pielęgniarka, lekarz, listonosz, pani na kasie w Biedronce czy inny człowiek, który posiada umiejętności przydatne społecznie i inne od pozowania w nienaturalnej pozie z poranną kawą w ręku będąc owiniętym w świąteczne światełka. Śmieszność mediów społecznościowych wypływa dzisiaj na powierzchnię ze zdwojoną siłą i aż się prosi o przebudowanie.

Społecznościowy świat post-pandemiczny, którego będę poszukiwać, ma być mieszanką inspiracji do dalszych marzeń połączonych z naturalnością i prawdziwością. Z dala od fejkowego, marketingowego, lukrowanego życia.

To oznacza też, że z takiego lukrowania sam powinienem zrezygnować. Bo choć zawsze staram się pokazywać rzeczywistość (szczególnie tą podróżniczą) z jak największą wiernością, to już życie relacjonowane na moich wallach przesycone jest kolorami, a życie, tak samo u mnie, jak i u większości Was, pełne jest codziennej prozy.

To już jest koniec

To już jest koniec. Wielkiej narodowej kwarantanny. Powoli musimy zacząć się otwierać, małymi kroczkami, po to, aby lekarstwo nie stało się gorsze od choroby. To już jest koniec. Świata, który znaliśmy. I choć ludzka, zbiorowa pamięć jest zawodna, myślę, że świat na długo nie pozwoli nam zapomnieć o tym przedziwnym 2020 roku.

Choć jedną z najbardziej pomocnych rzeczy było zaakceptowanie faktu, że niewiele mogę zrobić i po prostu muszę przeżywać życie codziennie pełnią swoich sił, nie zmienia to faktu, że także codziennie myślę o tym, jak będzie wyglądać ten nowy świat.

Dlatego też nie czytałem poradników typu dziesięć książek na kwarantannę, pięć seriali na domowy areszt i tak dalej. Szybko dokonałem analizy, które pozycje dostępne na rynku pozwolą mi lepiej zrozumieć to, co się dzieje oraz to, co nadejdzie. Odświeżyłem podstawy ekonomii, Marksa, Engelsa, Pikettiego, Marka Aureliusza, autorów wirusologów, analityków trendów globalnych, przejrzałem co straciło na aktualności a co pozostało uniwersalne. Dużo czytałem, dużo myślałem i wiecie do czego doszedłem?

Że nadal niewiele wiem.

Wiem jednak jedno. Choć bardzo doceniłem ten czas w domu i nawet go polubiłem, coraz bardziej tęsknię za światem i jego pięknem. Dlatego też po przestudiowaniu ekonomiczno-filozoficznej bazy chciałbym poświęcić nadchodzący czas na myślenie o tym, jak będzie wyglądać branża, której jestem częścią. Jak będą wyglądać podróże. Jak to wszystko zorganizujemy.

A tymczasem w nadchodzącym tygodniu, w piątek, wsiądę na skuter i ruszę przed siebie, nareszcie legalnie – do Krynicy lub Piwnicznej. Nie będę miał gdzie zjeść obiadu, nie będę mógł zarezerwować noclegu, nie będę mieć zapewne żadnych międzyludzkich interakcji, ale spędzę dzień na przemierzeniu prawie 350 kilometrów tam i z powrotem po to, aby oczyścił umysł i podziwiać zmieniające się krajobrazy. Myślę, że Ty także o tym marzysz. A to pokazuje, że podróże nadal pozostają w sferze naszych marzeń.

Rocznik 1985. Hybryda czasów analogowych i cyfrowych, człowiek, który pamięta jak było przed internetem a w internecie czuje się jak ryba w wodzie. Urodzony w Krakowie, w nim wykształcony i z nim zawodowo związany. Po krótkim okresie życia w Chinach, na dobre zajął się normalnym życiem i intensywnym podróżowaniem. Zawodowo specjalista branży podróżniczej, hotelarskiej i rezerwacyjnej.

7 komentarzy dotyczących “To już jest koniec. Myśli z czasów kwarantanny

  1. Pingback: Podkrakowskie wsie i dolinki. Podróże po okolicach Krakowa - Wojażer

  2. Pojechałam na dwa tygodnie na rodzinną wieś.. Gdyby nie wiadomości, których ojciec słuchał tak głośno, że zapewne sąsiad na końcu wsi, wiedział o czym mówią – nie wiedziałoby się, że wirus istnieje. Ludzie uprawiają ziemię, słychać odgłos traktorów… Taka mała wieś na uboczu cywilizacji nagle stała się idyllą, ucieczką, rajem.. Czytając to co opisywałeś, byłam ponownie na wsi, choć już niestety tylko myślami.. Masz to szczęście być tam gdzie jesteś.. A świat? A ludzie? No cóż, tylko przyszłość pokaże nam, co kto z nas wyniósł z tej kwarantanny, co zrozumiał a co przegapił…
    I tak w czasach straszenia, manipulacji, zatajania faktów albo puszczania tych faktów ponad to co naprawdę się wydarzyło – fajnie się Ciebie czytało.. To jak przenieść się mentalnie z kwarantanny w 30 metrach kwadratowych w bloku do dużego domu na uboczu wsi w dodatku z dużym podwórkiem, lasem i polami obok…

  3. zauważam jedno – wszyscy komentujacy powyzszy ( i poprzedni ) posta zakładają że e-świat będzie trwał i rozwijał się. A jeśli pojawi sie globalny wirus który zainfekuje światową sieć ? Jeszcze na początku tego roku ktoś przewidujący pandemię na obecną skalę zostałby bezlitośnie wyśmiany.
    wydaje się ze wiekszość społeczeństw nawet nie zdaje sobie sprawy jak bardzo jesteśmy uzależnieni od tzw. nowoczesnych technologii ( produkcja energii, dystrybucja tak podstawowych i niezbędnych do zycia substancji jak WODA … Mieszkańcy wielkich miast bez dostępu do studni, gazu, elektryczności ….

  4. Pieknie piszesz…to pierwsza refleksja. Zawsze lubiłam czytac Twoje felietony, jeśli tylko znalazłam trochę czasu…piszesz tez, prócz tego, ze pieknie,to takze z wielkim wyczuciem sytuacji, w jakiej jesteśmy, zgodnie z prawda i bez zbędnych slow. To prawda… nie oceniasz, ale właśnie opisujesz. To niezwykła rzadkość, nietuzinkowa umiejetność. Jestem pełna podziwu i uznania. Także dla wymiaru filozoficznego nie tylko tego postu.
    Pamietam, jak nie znając Cię wcale, po raz pierwszy trafiłam na Twój blog. Miałam wtedy pytania cd. podróży do Azerbejdżanu, dziękuję za odpowiedz także dziś ( dziękowałam już wcześniej). Bo znalazłeś czas i pokazałeś, ze nie tylko umiesz pisać, masz wiedzę, ale tez służysz pomocą, kiedy ktoś o nią prosi.
    Zycze Ci powodzenia i zdrowia. I miejmy nadzieje, ze wrócimy do świata, za którym tęsknimy. Do podróży również…

  5. Ja przekornie zauważyłem, że mój dzień staje się coraz lepiej zorganizowany i pełny rozwijających aktywności, a jednocześnie nimi nieprzeładowany. Wydaje mi się, że zrobiłem przez te 4 tygodnie więcej, niż przez ostatnie pół roku.

    Dużo z wymyślonych teraz rozwiązań, schematów produktywności zostanie nawet na czasy powirusowe i to jest w tym genialne.

  6. Karolina Pniewska

    Dziękuje za ten tekst

  7. Cieszę się, że napisałeś ten tekst. Nasz świat się totalnie zmienił i to na długo i trudno powiedzieć jak będzie się przed nami otwierał, jak będą wyglądały podróże i jakie będą ich koszty. Czy będą nas chcieli gościć w innych zakątkach świata. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że ta tragedia dotknęła i dotyka wciąż nas wszystkich w pewnym sensie nas jednoczy. Już dawno zauważyłam, że najpiękniejsze relacje i spotkania jakich doświadczyłam były tam gdzie zwyczajni ludzie, często żyjący skromnie. Bo prawdziwe życie jest właśnie w prostych relacjach, a nie plastikowych celebrytach, którzy są jak bańki mydlane. I tak może znów wrócił do nas świat autorytetów, ludzi których wartość jest nie w płaszczyku, ale w tym co naprawdę sobą reprezentują, co wiedzą, jaką mają postawę…
    Wchodzimy w zupełnie nowy świat i może to bardzo trudna podróż, to może przewrotnie prowadzi do miejsca wartościowego.
    Zazdroszczę podróży skuterowej. Niestety jestem pewna, że nas czeka w Polsce jeszcze długa droga do normalności, relacje z innych krajów są bezlitosne i nas czeka niestety to samo…

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.