Różne

O czym poczytacie w 2016 roku, czyli blogerzy podróżniczy i ich plany na kolejny rok

Dokładnie rok temu opublikowałem tekst z wszystkimi moimi planami, na rok, który właśnie minął. Czas leci zdecydowanie za szybko. Pamiętam jeszcze zupełnie jasno ten moment, gdy siedziałem i planowałem – Teneryfę, Iran, Izrael, Islandię i inne. Kilka dni temu ten rozdział został zamknięty i z przytupem wkroczyliśmy w nowy, 2016 rok. Jaki będzie? Oby lepszy, albo chociaż nie gorszy niż poprzedni. Po raz pierwszy od siedmiu lat zastałem się w sytuacji, w której nie mam zaplanowanego absolutnie każdego dnia nadchodzącego roku. Co za tym idzie, nie mam  w kieszeni biletów lotniczych na każdy miesiąc, na każdy tydzień, na każdą wolną chwilę. Rok, zupełnie inaczej niż poprzednie, rozpoczynam „happeningiem artystycznym” – zebrałem grupę ludzi chętnych, by polecieć z Radomia do Pragi. Tak, z Radomia. Tak, jest tam lotnisko. Tak, prawie nic stamtąd nie lata. To już za trzy tygodnie. Za lekko ponad miesiąc spełniam swoje kolejne wielkie marzenie (tak, mam bilety) – lecę na Azory skąd po kilku dniach udaję się na Maderę. Atlantyk, powiedzmy sobie szczerze, trochę mnie pochłonął od czasu Islandii i Teneryfy. Pokochałem wyspy. I choć trudno w to uwierzyć, zupełnie nie wiem, co przyjdzie po tym wyjeździe. W planach na najbliższe dwanaście miesięcy, takich jeszcze bez konkretnego terminu, mam kilka miejsc, które chciałbym odwiedzić: Wyspy Owcze, Grenlandia, przyjaciele w Sao Paulo w Brazylii, rodzina na obu wybrzeżach USA. Jeszcze Donbas i Czarnobyl, ale tutaj przede mną sporo pracy i negocjacji z moją żoną.

Nie mając więc w stu procentach skrystalizowanych planów, postanowiłem zapytać kilku znajomych blogerów podróżniczych o to, dokąd oni jadą. Dokąd i po co, bo dla każdego z nich wyjazd jest realizacją jakiegoś celu. Nie interesowało mnie to, jakie mają marzenia, bo marzenia są od tego, by je zmieniać. Bardziej ciekawiło mnie to, jak wyglądają konkretne plany i kiedy je zrealizują. Postanowiłem o tym napisać, gdyż wierzę, że nasza grupa pasjonatów podróży to paczka pozytywnych ludzi, którzy dostarczają inspiracji tysiącom ludzi: informują, odpowiadają, pomagają, opowiadają, tłumaczą, ale przede wszystkim inwestują swój czas, swoją energię i swoje środki po to, by przeżyć coś pięknego i potem podzielić się tym z innymi. Trudno byłoby zebrać w jednym miejscu plany kilkuset osób, które tworzą naszą podróżniczą społeczność, dlatego postanowiłem oddać głos tym, którzy chcieli się swoimi planami ze mną podzielić.

Natalia, autorka bloga The Faraway Wilderness. With Love już wkrótce raczyć nas będzie opowieściami o niejako oswojonej już Afryce. Po przejechaniu wielu krajów Bliskiego Wschodu, postanowiła postawić na coś, co i do mnie mocno przemawia, dlatego też trzymam kciuki za jej nową definicję podróży:

Żyje mi się jak na sinusoidzie i po ostatnich, tak na oko, dwóch latach studiów mocno zakrapianych krótkimi podróżami tu i tam, intensywnymi w pobliżu granicy przyzwoitości, czas wziąć głęboki oddech i zasmakować prawdziwego slow travel. Myślę, że na nowo zredefiniuję tam słowo podróż. W styczniu lecę do Maroka, wracam trochę ponad dwa miesiące później. Misja: nauczyć się surfować, od dawna o tym marzyłam. Będę też pracowała jako wolontariuszka z lokalnymi społecznościami – uwielbiam splatać się z miejscowym życiem codziennym. Mam w planach organizację kilku wydarzeń. Chcę wycisnąć z tego pobytu najwięcej, ile mogę. Poznać życie w innej kulturze, doświadczyć czegoś nowego na własnej skórze. I oficjalnie, oczywiście, mam bardzo bogate plany zwiedzania, fotografowania i pisania, blog zobowiązuje, będę się urokami slow travel dzieliła.

Kamila z bloga Kami and the rest of the world wybiera się tam, gdzie ostatnio ciągnie mnie dość mocno – na Bliski Wschód. Przed chwilą zaczytywałem się w informacjach, że Iran zerwał stosunki dyplomatyczne z Arabią Saudyjską i od razu poczułem, że nie ma mnie tam, gdzie dzieje się historia. Kamila chce wejść w tą bliskowschodnią układankę po raz kolejny, tym razem w Libanie:

W tym roku na majówkę planuję wybrać się do Libanu. Bilety mam od dawna kupione, ale patrząc na rozwój wydarzeń na świecie zaczynam mieć wątpliwości czy wyjazd ten dojdzie do skutku. Bliski Wschód interesuje mnie od dawna, a Liban wydaje mi się najmniej znanym z tamtejszych państw, często pomijanym i tak bardzo niedocenionym. Starożytne miasta wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, Bejrut i jego street art czy fantastyczna kuchnia to tylko niektóre z powodów, dla których tak bardzo od lat myślę intensywnie o tym miejscu. Ale przede wszystkim bardzo bym chciała odczarować Liban, pokazać go jako kraj ciekawy i wart odwiedzenia. Liczę, że uda mi się dowiedzieć jak najwięcej o życiu we współczesnym Libanie i o problemach, które targają tym krajem. Ale póki co za dużo nie planuję, tylko obserwuję sytuację i trzymam mocno kciuki, że uda mi się pojechać!

Liban

Monika, autorka bloga Amused Observer, także dołoży swoją cegiełkę do opowieści na temat Bliskiego Wschodu. Pojedzie do Iranu, aby skonfrontować relacje innych (w tym moje?) z rzeczywistością:

Mam wrażenie, że w minionym roku Iran ciągle przewijał się w relacjach innych, tak jakby cały świat (albo przynajmniej polska blogosfera podróżnicza) nagle zaczął jeździć zwiedzać ten kraj więc kiedy zobaczyłam tanie bilety kliknęłam ‚kup’ prawie bez zastanowienia mając gdzieś w głowie obrazy przepięknych zabytków smacznych dań i przyjaznych ludzi. Wszyscy opowiadają o niezwykle przyjaznych ludziach i zmieniającym się kraju – chcę się o tym przekonać. Przeczytałam kilka książek i obejrzałam kilka filmów, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o historii, polityce i współczesnym życiu, ale jednocześnie jadę z przekonaniem, że 9 dni na miejscu to zdecydowanie za mało, żeby poznać tak zróżnicowany i skomplikowany kraj. Tak więc, żeby nie było rozczarowań tym razem postanowiłam się skupić na… kuchni, a życie będę po prostu obserwować, w końcu nazwa bloga Amused Observer do czegoś zobowiązuje.

Izabela z bloga Love Traveling od jakiegoś już czasu relacjonuje życie, dla odmiany, na Dalekim Wschodzie, w Japonii. Nie lada gratka dla miłośników kraju kwitnącej wiśni! Już niebawem, bo prawdopodobnie w lutym, wybierze się na Okinawę, miejsce, które ludzie kojarzą jako centrum najstarszych ludzi świata. Myślę, że będzie się w czym zaczytywać:

Okinawa ma niesamowicie ciekawą historię. Ponieważ państwa azjatyckie stosunkowo niedawno wykształciły pojęcie państwowości (w tym pojęcie granic) we współczesnym rozumieniu tego słowa, Okinawa stała się częścią Japonii stosunkowo niedawno. Ma swoją odrębną historię, kulturę, tradycje… ale nie dlatego chcę tam jechać. Nie obchodzą mnie również (aż tak bardzo jak innych) jej rajskie plaże. To, co chcę zobaczyć na Okinawie, to… amerykańskie bazy wojskowe. Tak, nie ma tu żadnej pomyłki. Pod koniec drugiej wojny światowej na Okinawie rozegrały się jedne z najbardziej dramatycznych i krwawych scen wojny na Pacyfiku. Mieszkańcy Okinawy mieli świadomość strategicznego położenia wyspy na drodze wojsk amerykańskich w stronę głównego archipelagu Japonii. W końcowych fazach bitwy mieszkańcy Okinawy zamurowywali się w jaskiniach, by do końca stawiać opór. Amerykanie dosłownie gotowali ich żywcem miotaczami ognia. Dziewczęta pracujące w szpitalu polowym skakały z klifu, byle tylko nie dostać się w ręcę amerykańskich „diabłów” zza oceanu. I wtem, gdy wojna dobiegła końca, Okinawa nagle znalazła się pod amerykańskim protektoratem, bez żadnych władz japońskich, które mogłyby zapewnić przestreganie praw mieszkańców wyspy. Nagle wyspa „zniknęła” z pola zainteresowań japończyków; w końcu mieli swoje problemy z odbudową zniszczonego wojną kraju. Mieszkańcy Okinawy, by udać się do Japonii, musieli otrzymywać specjalne paszporty. Na wyspie zaczęły powstawać amerykańskie bazy wojskowe, rozpoczęły się gwałty i grabieże. Mieszkańcy Okinawy pozostawieni „na pastwę” swojego niedawnego wroga, tak naprawdę nigdy do końca nie wybaczyli mieszkańcom głównych wysp Japonii, że ci odwrócili się od nich w potrzebie. Okinawa wróciła do Japonii w 1972 roku, jednak kwestia amerykańskich wojsk, w tym olbrzymiej bazy wojskowej w samym sercu Naha, nadal nie została rozwiązana. Problem jej relokacji podnoszony jest regularnie, jednak jak dotąd rozmowy nie przyniosły żadnych wymiernych rezultatów. Nie wiem, czy udało mi się Wam przekazać, dlaczego tam jadę. Ale cóż, nie należę do dziewczyn, które będą beztrosko zbierać na plaży muszelki, kiedy obok nich dzieje się historia.

Magda i Przemek z bloga TroPiMy na pewno wymyślili już jakiś ciekawy pomysł na opowiedzenie o pewne wyspie w Azji. Patrząc na ich świetną geekową relację ze Stanów, jestem pewien, że i opowieść o Sri Lance będzie fascynująca:

Plany na 2016 rok wyklarowały się raczej szybko – ciągnęło nas tym razem na wschód, do nieodkrytej jeszcze przez nas Azji. Krótki research kierunków, za i przeciw i decyzja – lecimy na Malediwy, a stamtąd na Sri Lankę. W sumie 3 tygodnie na przełomie stycznia i lutego. Dlaczego wybraliśmy taki kierunek? Jeden z powodów już wymieniliśmy – chcemy zacząć odkrywać Azję i wydaje nam się, że Sri Lanka będzie idealnym początkiem tej znajomości. Chcemy wspiąć się na Adam’s Peak i zobaczyć charakterystyczny trójkątny cień jaki rzuca o wschodzie słońca na morze chmur pod nim i dowiedzieć się jak wygląda proces powstawania cejlońskiej herbaty. Koniecznie też chcemy zobaczyć żyjące tam na wolności żółwie i słonie. Malediwy będą czasem na naładowanie akumulatorów na cały 2016 rok, ale to również ogromnie interesujący kraj pod względem geograficznym i społeczno-kulturowym. Jedziemy tam, żeby zanurkować przy rafie koralowej oraz postawić stopę na jednej z licznych wysp, których za kilkadziesiąt lat może już na naszej planecie nie być. Co więcej, ten w 100% muzułmański kraj dopiero kilka lat temu otworzył się na turystykę poza luksusowymi resortami. Zobaczenie chociaż fragmentu archipelagu i opowiedzenie o tym będzie na pewno ekscytującym przeżyciem.

Ewa i Romek z bloga Gonimy Słońce już od zaraz karmić nas będą relacjami z innego zakątka Dalekiego Wschodu, z Birmy, kraju, który otwiera się na świat po latach rządów wojskowych.

Zima to okres czasu, który nie jest nam szczególnie bliski. Dlatego od kilku lat opuszczamy nasz piękny kraj nad Wisłą i udajemy się w miejsca ciepłe i skąpane słoneczną energią. Wybierając swój cel podróży, zwykle mamy pewną motywację – jakąś perełkę do zobaczenia, smak do spróbowania, zdjęcie do zrobienia… Ale szczególną i najważniejszą, jest ucieczka przed zimą i doganianie słońca – co stało się głównym założeniem ostatnich lat. Wprawdzie tegoroczną zimę spędzamy w Tajlandii, jednak to Birma jest perłą tej wyprawy. Takim dodatkowym „słońcem”, które grzać nas będzie promieniami odbijanymi od złotych pagód i szerokich uśmiechów Birmańczyków. I choć jedno z nas jest wyjątkowym śpiochem, to powitanie głównego motywatora naszych podróży – podczas jego wschodu w magicznym Bagan – staje się bezapelacyjnym obowiązkiem. W tą fascynującą podróż udajemy się 2 stycznia. Dla nas to idealne rozpoczęcie owocnego, podróżniczego roku. 

Łukasz z bloga Gdzie są Kasperki, zainspiruje zaś wszystkich tych, którzy chcieliby podróżować z dziećmi. Także na Daleki Wschód:

W marcu 2016 wybieramy się na 4 tygodnie do Azji Południowo-Wschodniej. Dwa lata temu w Tajlandii świętowaliśmy roczek naszej córki Mai. Po przejechaniu kraju z północy na południe (również w 4 tygodnie) i zafascynowani mieszanką kulturową na południu, postanowiliśmy że kolejnym krajem w regionie będzie Malezja, jako odroczona kontynuacja wcześniejszej podróży. Korzystając z tanich połączeń lotniczych w regionie, oprócz kilku lotów krajowych, postanowiliśmy też kupić loty m.in. do Brunei i Singapuru. Trzecie urodziny Mai w Malezji oraz Wielkanoc w Singapurze powinny być dobrym początkiem 2016 roku, a z racji na ograniczoną ilość dni urlopowych, będzie to prawdopodobnie najważniejszy wyjazd w przyszłym roku.

seasia

Robert z bloga Gdzie jest Maluch, to kolejna inspiracja dla tych, którzy martwią się, że z dzieckiem się nie da:

Nasz plan na 2016 rok bardzo ambitny. W styczniu ruszamy w 5 miesięczną wyprawę po Nowej Zelandii, Australii, Fiji i Indonezji. Żeby nie było nam za łatwo zabieramy ze sobą 7-miesięcznego Filipa, 2-letniego Łukasza, wózek, namiot, 2 plecaki i torbę na kółkach. Wyjeżdżamy tam, bo tam nas jeszcze nie było, a i kierunek zdroworozsądkowy (np. ze względu na brak malarii) co ma znaczenie, gdy się podróżuje z dwójką dzieci. Chcemy tym wyjazdem przede wszystkim zerwać chociaż na kilka chwil z Dniem Świstaka, który coraz bardziej nas prześladuje (no i zobaczyć wymarzony Hobbiton, ale to tak przy okazji).

Joanna, autorka bloga Podróże po Europie planuje istne randez-vous po północnej Europie. To bardzo ciekawy plan, gdyż w pogoni za orientem zatracamy czasem umiejętność widzenia tego, co jest blisko nas. Najciekawsze z mojej perspektywy, jako czytelnika, będzie to, jak wygląda proces przywracania granic w Europie nieradzącej sobie z problemem imigracji: 

W 2016 roku podróżą, co do której mamy najwięcej obaw – ale i bardzo dużo oczekiwań – jest 24 dniowy wyjazd łączony – Sztokholm – Kopenhaga – Kolonia – Akwizgran – Bonn – Dortmund – Düsseldorf – Hamburg – Lubeka. Ruszamy 1. kwietnia, wracamy 24. Skąd taki wybór? Po kilku latach podróżowania bardzo ciężko jest znaleźć jedną destynację, która spełnia wszystkie oczekiwania – szczególnie, gdy te oczekiwania są bardzo od siebie różne. Uwielbiamy miasta położone nad wodą, bez względu na to, czy są nad rzeką czy morzem (Kopenhaga, Hamburg, Sztokholm), nie może się obejść bez katedry (Kolonia, Akwizgran), stadionów piłkarskich (Dortmund, Düsseldorf), rozrywki i targów ulicznych (Hamburg!), ale przede wszystkim szykujemy się na lunapark w Kopenhadze! Czego się najbardziej obawiamy? Logistyki i zdarzeń losowych. W Kopenhadze będziemy niemal tydzień, ale w Bonn tylko jeden dzień – jedno wahnięcie planu spowodowane pogodą czy zwykły ból nogi może popsuć skrzętnie przygotowywany plan.

Natalia, autorka bloga Zapiski ze świata także stawia na starą, dobrą Europę. Znalazła w niej miejsce, podobnie jak ja Włochy, do którego musi wrócić choćby raz w roku. Ponadto znalazła bardzo dobry powód, by wracać tam co roku:

Od pewnego czasu nie robię ani postanowień noworocznych, ani nie staram się zbyt wiele planować. Ale jest jedno miejsce, gdzie wyjazd jest pewny – Hiszpania. I tak w połowie stycznia lecę do Barcelony. Oklepany kierunek? Być może, ale mam konkretne powody, dlaczego z całej Hiszpanii wybrałam na początek roku właśnie to miasto. Po pierwsze jadę w odwiedziny, więc nie będzie to raczej wyjazd nastawiony na szaleńcze zwiedzanie, a na spokojne włóczenie się po mieście, oddychanie katalońskim powietrzem, rozkoszowanie się hiszpańskimi przysmakami  i cieszenie uszu dźwiękami katalońskiego i hiszpańskiego. Mam nadzieję, że w styczniu będzie tam stosunkowo mało turystów. Nawet jeśli nie, to chcę się przekonać, czy Barcelona naprawdę jest przereklamowana, jak to nieraz już słyszałam. Jest i drugi powód, bardzo pragmatyczny – środek stycznia to najlepszy czas na odświeżenie swojej garderoby, a że w Hiszpanii można zrobić to nieporównywalnie korzystniej i ciekawiej niż w Polsce… To jadę na zakupy. A tak poza tym, Hiszpania to zawsze dobry pomysł!

Kamila z bloga Kami Everywhere zabierze nas z kolei do Portugalii, do miasta, które uważam za moje ulubione w Europie:

Mimo, że mam w tym roku sporo planów podróżniczych, to na razie tylko jeden z nich jest pewny – spędzę kilka dni w Lizbonie na wiosnę. Wyjazdy do stolicy Portugalii to dla mnie swoista tradycja – od 8 lat jestem tam co roku na wiosnę lub w lato. W tym roku nie będzie inaczej. Lizbona to dla mnie dużo więcej, niż miasto z uroczymi widoczkami. To grono przyjaciół, które ciągle się zawęża ze wzgledu na emigrację w dobie kryzysu. To szczególna więź z mamą jednego z moich kumpli, która od dawna mówi do mnie per „córko”. To miłości, związki, które zaczynały się lub rozkwitały w tym mieście. To też ciągłe zmiany w tkance miejskiej – niektóre widoczne gołym okiem, inne odkryte przypadkiem. To dla tych ludzi, zmian, zaskoczeń, ale też dla galao w kawiarni pod moim byłym mieszkaniem czy zachodu słońca na Miradouro da Graca chcę tam wracać. Jeśli byliście w Lizbonie, to doskonale rozumiecie to nieco melancholijne podejście. Jeśli nie – kupujcie tanie bilety i dajcie się jej oczarować!

Nawet Karol, autor bloga Kołem Się Toczy, który jeszcze niedawno pedałował przez Mongolię, zaplanował poczciwą Europę. Mały skrawek starego kontynentu, który wybrał, to miejsce, które zdecydowanie warto odwiedzić:

Na tę chwilę jedynym skonkretyzowanym planem na rok 2016 jest odwiedzenie Malty. Wraz z Martą w planie mamy w ciągu tygodniowej wizyty jeździć wyspę wszerz, wzdłuż, zobaczyć wszystkie najciekawsze miejsca, a także znaleźć takie, których nie polecają przewodniki, a które być może powinny się w nich znaleźć. Co w tym planie takiego oryginalnego, co chcemy osiągnąć? W sumie to nic. Prawie nic!, gdyż jedynie środek transportu nieco odbiega od standardów. Zamiast autobusów, roweru i autostopu, do których już przywykliśmy aż nadto, Maltę planujemy przejechać na łyżworolkach. Prawdę mówiąc, ostatnio rolki na sobie miałem w późnych klasach podstawówki, ale zostały jeszcze trzy miesiące na treningi! Start 5 marca! 

Piotr, autor bloga Jedź, baw się, ma moją specjalną atencję, gdyż wybiera się do jednego z miejsc, które mają szczególne miejsce w moim sercu. Odkąd postawiłem stopę na arktycznym Svalbardzie, śledzę wszystkie relacje stamtąd, śledzić będę także jego:

W czerwcu, dokładnie pomiędzy 15 a 24 dniem tego miesiąca, będę przebywał na Svalbardzie. O motywacji odnośnie tego konkretnego kierunku długo by pisać, zaczynając od młodzieńczej fascynacji Złotym Kompasem Phillipa Pullmana, a na ostatnich lekturach kończąc. Fakt jest faktem, że od dawna marzyłem, żeby postawić stopę na przedsionku Bieguna Północnego, a w przyszłym roku – dzięki tanim biletom lotniczym linii SAS – wreszcie mi się to uda. Czego oczekuję? Męskiej przygody, białych nocy, niesamowitych krajobrazów, niedźwiedzi polarnych, maskonurów (i innego dziwnego ptactwa), skuterów śnieżnych, psich zaprzęgów oraz zdjęcia pod Globalnym Bankiem Nasion, którego idea jest tak szczytna, że aż trudno nie złapać się za głowę. Nie mogę się doczekać również pracy nad materiałem wideo, który stamtąd przywiozę. Pomysły na kolejne filmy zacząłem spisywać tydzień temu. Najchętniej wsiadłbym w samolot już teraz, ale nie jestem aż takim fanem niskich temperatur. Szkoda tylko, że ucieknie mi zorza polarna.

Paweł, autor bloga Człowiek Przygoda także planuje odwiedziny na dalekiej północy, w kraju, który przeżywa absolutny bum turystyczny w ostatnich latach. Paweł planuje zaś dotrzeć tam w okresie głębokiej zimy:

Islandia zimą? Dlaczego? Bo kto normalny puszczał by się w sezonie zimowym gdzieś gdzie może być jeszcze zimniej. Islandia w 2015 była bardzo popularnym kierunkiem wybieranym przez turystów w sezonie letnim. Ja chcę zobaczyć jak to wygląda w sezonie zimowym. Zobaczyć te same miejsca zamrożone i skute lodem. Chcę zobaczyć na własne oczy zorzę, pochodzić po lodowcu, a nawet przy odrobinie szczęścia i pogody odkryć lodową jaskinię. Oczywiście wszystko jest uzależnione od pogody, w najgorszym wypadku przekonam się jak to jest siedzieć podczas śnieżycy w gorących źródłach na zewnątrz.

Maja z bloga Travelling Rockhopper także kieruje się w stronę chłodnych klimatów:

Marzyło Wam się kiedyś spanie w iglo? Mi to chodziło po głowie od dawna, ale jakoś nie myślałam, że się uda. A jednak, okazało się, że w samej Europie jest wiele hoteli, które oferują zimą nocleg w iglo. Jest to nie tylko Skandynawia, ale też np. Słowenia czy Węgry! Ja wybrałam daleką północ Norwegii (tuż przy granicy z Rosją) i spróbuję w styczniu przetrwać noc w takim hoteliku zbudowanym ze śniegu. Ogromne się cieszę, także na myśl o ponownym podziwianiu zorzy polarnej o ile pogoda dopisze. Dużo śniegu, iglo, zorza polarna, renifery i husky – dla mnie całość brzmi rewelacyjnie! Dodam tylko, mimo iż zimne miejsca bardziej mnie kręcą niż ciepłe czy tropiki, to jednak bardzo gruboskórna nie jestem, obym nie zamarzła.

Szymon z bloga Znajkraj także wyrusza na północ. Szymon to człowiek do którego naprawdę czuję respekt, to wyczynowiec, a ja lubię wyczynowców. Widziałem takich jak on męczących się na Islandii na rowerze. To niech teraz trochę odpocznie:

W połowie stycznia wybieram się na narty biegowe w wymarzone, od dawna upatrzone miejsce – na trasy narciarskie Ostrobotnii Północnej w Finlandii. Więcej niż nazwa regionu o celu mojej podróży powiedzą nazwy znanych fińskich ośrodków narciarskich – to Ruka i Kuusamo. Ruka jest na pewno znana wszystkich kibicom narciarstwa biegowego dzięki Justynie Kowalczyk, która od lat zaczyna tutaj zmagania w narciarskim Pucharze Świata. Wokół Ruki i Kuusamo już w tej chwili jest ponad 70 kilometrów utrzymywanych tras biegowych. Przy braku warunków śniegowych w Polsce, jednocześnie bardzo słabych warunkach w Alpach, fińskie trasy stanowią wspaniałą gratkę dla narciarskich biegaczy z Europy. I paradoksalnie, to właśnie dzięki fatalnej zimie w Polsce mam okazję spełnić jedno z biegówkowych marzeń, jakim jest bieganie po skandynawskich trasach. Surowa, północna aura, w połączeniu ze skandynawską miłością do narciarstwa biegowego, zapowiadają wspaniały wyjazd. Może dzięki wygodnym połączeniom m.in. z Gdańska i Warszawy, przyjdzie nam w przyszłości częściej trafiać na fińskie trasy, zamiast do coraz częściej bezśnieżnych Jakuszyc?

Ewelina i Marco z bloga One Way 2 Freedom, wyruszają do miejsca, które od zawsze pozostawało w mojej sferze marzeń, ale nigdy nie motywowało mnie wystarczająco, żeby kupić bilet. Może im się uda zainspirować:

Nie wiemy jeszcze czy to marzenie, ale wiemy na pewno, że to plan! Argentyna zawsze była na liście miejsc, które chcieliśmy odwiedzić, a szczególnie Patagonia. Czy spełnią się jakieś nasze nieoczekiwane marzenia? Przekonamy się na miejscu! Odkrywamy piękno Ameryki Południowej, grzechem by było nie wstąpić w odwiedziny do tego regionu. Nie lubimy zimna, dlatego też przyspieszamy nasze przystanki w Brazylii, żeby dotrzeć do celu w połowie lutego i nie przeżyć zbyt dużego szoku termicznego. Patagonia to nie tylko natura i biegające pingwiny w Ushuaia, ale również ludzie. W ramach projektu ‚Just Human Being’ opiszemy historie kolejnych niezwykłych osób spotkanych na naszej drodze. Są oni dla nas niczym silnik napędowy i insipracja do kolejnych działań. Biletów nie mamy, noclegu też nie. To wszystko planujemy z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Będą to autobusy i Couchsurfing – na pewno! Nieodrębnym elementem tej wyprawy jest język hiszpański. Po raz pierwszy będziemy mieć więcej czasu w hiszpańskojęzycznym kraju, żeby przebywać z tubylcami i chłonąć ich język! Przebieramy już nóżkami na to niezwykłe dla nas doświadczenie!

A na koniec istna gratka, podróżnicza kumpelska trójca, z których jeden z nich zdradza, co będą robić razem, zaś pozostała dwójka opowiada, co będą robić sami:

Szymon z bloga Szymon Podróżnik zdradza:

W tym roku między 1 a 15 kwietnia wybieramy się razem z Kubą – Sądeckim Włóczykijem i Piotrkiem – Panem Szpakiem na autostopowy wyścig do stolicy Serbii – Belgradu. Cel jest prosty – przypomnieć sobie po raz kolejny, że podróże to przede wszystkim dobra zabawa i radość ze spotkań z ludźmi. Element rywalizacji traktujemy z przymrużeniem oka, ale jak przystało na prawdziwych facetów – nie będziemy stosować taryfy ulgowej wobec rywali! Każdy z nas ma w tym roku sporo innych podróżniczych projektów, ale autostopowym wyścigiem do Serbii chcemy podkreślić, że obok ambitnych wyzwań cenimy sobie dobrą zabawę w podróży. Dla każdego z nas istotą podróżowania jest magia spotkania, poznawanie w drodze wyjątkowych osobowości i to chcemy uskutecznić w drodze na Bałkany. Nie zamierzamy oczywiście jechać tam aż 2 tygodnie. Kiedy już dotrzemy do celu wspólnie powłóczymy się trochę po Serbii. I tu chciałbym wyjaśnić dlaczego naszym celem jest akurat ten kraj. Mamy wrażenie, że w całej masie wpisów i opowiadań z tej części Europy jest on niesłusznie pomijany i traktowany raczej tranzytowo. Po naszej podróży to się zmieni! Pikanterii dodaje fakt, że w drodze powrotnej nasz wyścig skończy się w Cieszynie – na 3 Ogólnopolskim Spotkaniu Blogerów Podróżniczych! Liczymy na czerwone dywany na mecie!

Oj będą, będą… tak sobie myślę!

Kuba, autor bloga Sądecki Włóczykij , drugi ze wspomnianej trójcy, posiedzi trochę w jednym, ale za to jakim ciekawym miejscu:

Łotwa na pewno wielu kojarzy się tylko ze stolicą – Rygą. I dokładnie do niej się wybieram w maju, gdzie spędzę równy miesiąc na praktykach dyplomatycznych w Ambasadzie RP. Dlaczego właśnie tam? Jako fascynat języka rosyjskiego zapragnąłem sprawdzić swoje umiejętności w praktyce podczas dłuższego pobytu zagranicą. Rosja, a zwłaszcza Moskwa nie są na kieszeń każdego, więc wybrałem miejsce tańsze, a w którym nadal rosyjski funkcjonuje w przestrzeni publicznej. 30 dni pracy jakiej dotąd nigdy nie miałem, może być doświadczeniem na całe życie i lekcją samodzielności, ponieważ będę tam zupełnie zdany na siebie – zarówno przy szukaniu pokoju, dojeździe czy komunikacji z mieszkańcami. Jestem pewien, że ta przygoda otworzy mnie na nowe!

Piotr, autor bloga Podróże Pana Szpaka, ostatni ze wspomnianej trójki, planuje zaś swojską podróż po pasjonującym Związku Radzieckim:

Tour de Sojuz – bo taki tytuł ma nosić moja przyszłoroczna wyprawa. W dużym skrócie mam zamiar odwiedzić Kraje Pribałtyki (Litwa, Łotwa, Estonia), następnie Rosję (Ural Polarny, Moskwę, Syberię Zachodnią – Bajkał), stamtąd przez Kazachstan przejadę do Azji Centralnej (Kirgistan i Uzbekistan). Potem wrócę do Kazachstanu i przepłynę promem do Rosji (Czeczenia i Dagestan), do tego dołożę przejazd Gruzińską Drogą Wojenną do Gruzji i Armenii, gdzie spotkam się z przyjaciółmi i wspólnie będziemy świętować odwiedzenie przeze mnie wszystkich krajów byłego ZSRR. Jako że objechać mam zamiar bez użycia samolotów, czeka mnie przeprawa przez morze Czarne na Ukrainę, skąd mam zamiar wyskoczyć jeszcze do Mołdawii, potem znowu Ukraina i ostatnia prosta do Polski. Jako że jest to post gościnny opisałem wszystko w bardzo dużym streszczeniu, na szczegółowy opis trasy zapraszam do siebie. Od jakiegoś czasu podróżuję po byłym Związku Radzieckim, do tej pory odwiedziłem 14 z 15 republik. Został mi tylko Uzbekistan, kupić bilet na samolot i zaliczyć to nie w moim stylu. A dlaczego objechać ZSRR? Odpowiedź mam tylko jedną – Hej przygodo!

Powyżej przedstawione historie to tylko skrawek polskiej blogosfery podróżniczej. Dziesiątki tysięcy Polaków podróżują po kraju i za granicą. Setki z nich zakładają swoje strony i dzielą się swoimi przeżyciami z innymi. Około 300 do 400 blogów to szacowana ilość polskich blogów podróżniczych, które tworzą niezwykłą kopalnię wiedzy na temat świata. Warto znaleźć swoich autorów, poznać ich na żywo, porozmawiać. Jak widać, marzenia często zmieniają się w konkretne plany.

A jakie Wy macie plany na ten dopiero rozpoczęty rok? 

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

27 comments on “O czym poczytacie w 2016 roku, czyli blogerzy podróżniczy i ich plany na kolejny rok

  1. Świetna i inspirująca robota! W naszych planach z kolei jeszcze Barcelona i Cypr:)

    Lubię

  2. Czy będzie kontynułacja?

    Lubię

  3. Po pierwsze pozdrawiam Marcina- krakusa i gratuluję bloga, czytam zawsze z zapartym tchem 🙂
    W temacie promieniowania i zagrożenia z tym związanym w Czarnobylu:
    Odwiedziłem Czarnobyl, reaktor i Prypeć w 2011 roku. Moje wraæenia opisałem tutaj: http://tulaczka.pl/czarnobyl
    A co do promieniowania, to krótko powiem, bez wchodzenia w techniczne szczegóły, że żadnego zagrożenia nie ma, wycieczka tam, pod względem zagrożenia radiacyjnego, niczym się nie różni od spaceru na morskie oko, lub pływania w bałtyku.
    Daję sobie prawo formułowania takich wypowiedzi gdyż „z pierwszego wykształcenia”jestem fizykiem jądrowym, weteranem z WFiTJ na AGH 🙂
    Od dawna noszę się z zamiarem dopisania epilogu do postu powyżej z wyjasnieniem jak to jest z tym promieniowaniem, szczególnie gdy oglądam na youtubie relacje z wizyt z pikającymi licznikami Geigera w tle, robione przez ludzi którzy nie mają pojęcia o jednostkach promieniowania etc. Ale jak to w życiu, zawirowania zawodowe, życiowe i jeszcze pisanie doktoratu po godzinach i już na redagowanie strony czasu nie starcza. Tym bardziej podziwiam Cię za regularne i świetne posty.
    Tym niemniej jeśli będziesz potrzebował argumentów do przekonywania żony na temat Czarnobyla, to służę fachową pomocą 🙂

    Lubię

  4. Bardzo fajny post! Aż miło poczytać o tych wszystkich kierunkach i planach. Budujące i inspirujące, dzięki! 😉

    Lubię

  5. A my wybieramy sie na miesiąc do Nowej Zelandii 🙂 Wyprawa startuje juz za 4 tygodnie tak wiec zapraszam zainteresowanych do śledzenia 🙂 Bedzie sie dzialo 🙂

    Lubię

  6. My Ci Marcinie życzymy przede wszystkim udanych negocjacji z małżonką 🙂 Bo bez tego będzie cieżko z realizacją celów.

    Lubię

  7. Marcin, jedziemy do Czarnobyla!!! Razem będzie raźniej! 🙂

    Lubię

  8. Nie ma co, nasz rok prezentuje się imponująco! Cieszę się, że miałam możliwość się wypowiedzieć 🙂 Czarnobyl też jest moim małym marzeniem, może zabrzmieć to dziwnie, ale czuję się w jakiś sposób związana z tym miejscem, mimo, że nigdy tam nie byłam (no tak, w końcu jestem rocznik ’86 😉 Kiedy się tam wybieracie?

    Lubię

  9. Planów mamy sporo 🙂 Pewnie nie będę oryginalna – Europa i Azja. Azja na naładowanie baterii i najedzenie się świeżej ryby i owoców morza na cały rok, Europa by nacieszyć oko i dowiedzieć się nieco więc o ludziach, od ludzi, pospacerować uliczkami. Radom super projekt ale życie nas uziemiło :/

    Lubię

  10. Mi plany z 2015 przesunęły się na 2016 i za tydzień lecę do Tajlandii i Laosu. To taki plan w spadku 😉 A co dalej? Ostatnio powiedziałam komuś: a urodziny spędzę w Tokio. Pożyjemy zobaczymy 😉 Ale kto wie. 🙂

    Lubię

  11. Bardzo fajny artykuł i kilka ciekawych pomysłów na następne podróże.
    Azory już od dłuższego czasu chodzą mi po głowie, czekam z niecierpliwością na wpisy.
    Osobiście wybieram się już w lutym na objazd Birmy, Tajlandii i Kambodży.

    Lubię

  12. Wygląda na to, że polscy blogerzy zawojują cały świat:-)! My ze swojej strony planujemy najpierw podziwiać zorzę polarną w Norwegii, a następnie wybrać się na Bliski Wschód. Pozdrawiamy!

    Lubię

  13. w mojej głowie na 2016 Kanada i Alaska…obecnie zaczytuję się w książkach i szukam ekipy-ktoś chętny?

    Lubię

  14. Super zestawienie, już sobie przeanalizowałem – gdzie z kim można się przeciąć hi hi 😉

    Lubię

  15. Moje podróżnicze plany póki co ograniczają się do wyjazdu do Austrii – już w przyszłym tygodniu! 🙂 A w dalszych mam Portugalię – Lizbona, Porto, Azory i Madera. Mam nadzieję, że uda mi się odwiedzić także kolejną wyspę Morza Śródziemnego – w tym roku celuję w Sardynię lub Cypr. A jesienią / zimą może w końcu uda się odwiedzić Azję 🙂

    Lubię

  16. To jest bardzo dobra robota Panie Wojażer! Dzięki za możliwośc wypowiedzenia się 🙂

    Liked by 1 osoba

  17. katarzynatutko

    Carnobyl? Zorganizowana wycieczka czy na własną rękę i na miejscu szukacie przewodnika? Dla mnie Czarnobyl to klasyk wśród opuszczonych miejsc!:)

    Liked by 1 osoba

    • Nie pojechałbym tam na własną rękę. Wiem, że z pewnością tacy są, ale o ile jestem w stanie odrobinę uwierzyć organizatorom świetnie zrobionych wycieczek na miejsce, o tyle sobie w ocenie poziomu promieniowania bym nie zaufał! 🙂

      Lubię

      • A ja Ci powiem, że Czarnobyl a raczej Prypeć chodzi mi po głowie od jakiś dwóch lat. I to bardziej ba własną rękę, czy właściwie ocenię promieniowanie? Hmmm pewnie nie gorzej niż lokalsi, bo ono jest tam raczej stabilne, dodatkowo to ja się pod reaktor też nie zamierzam pchać… ale odkąd zobaczyłem w sieci zdjęcie składowiska skażonych radioaktywnie pojazdów, które zostały wykorzystane do akcji po wybuchu, to wyjazd do opuszczonego miasta chodzi mi po głowie…

        Lubię

  18. Bardzo interesujący wpis, a tym samym cała lista ciekawych blogów. My na razie nie mamy dużych planów, festiwal kwiatów w Holandii, Szkocja lub Anglia, oraz może jakiś ciepły kraj pod koniec zimy. Ah, i oczywiście dolina Biebrzy! Pozdrawiam!

    Liked by 1 osoba

  19. Malezja, Birma, Peru i Spitsbergen, a co!:) I to jeszcze nie koniec. Po dziwnie pechowym 2015 trzeba zadać szyku:) Pozdrawiam ciepło, bo za oknem siarczyście mrozi:)

    Liked by 2 people

Podobał Ci się artykuł? Chcesz coś dodać? A może się nie zgadzasz? Zostaw komentarz, doceń pracę autora.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s