Europa Hiszpania wyspy

La Orotava – najpiękniejsze miasto Teneryfy

Przestało wiać. W naszej okolicy, w małej miejscowości położonej na ośmiuset metrach nad poziomem morza, wiało co drugi dzień. Gdy budziłem się, na zewnątrz nadal było ciemno, jasność nastawała dopiero za dwie minuty ósma. Wokół panowała cisza, tak różna od poprzedniego wieczora, kiedy wiatr dosłownie wyrywał okiennice. Przewiało Calimę – pomyślałem – może już minął ten cholerny piasek znad Sahary. Gdy schodziłem na parter, gdzie mieścił się nasz salon i kuchnia, widziałem słońce powoli wstające gdzieś nad Marokiem, rozjaśniające ocean między Afryką a Kanarami. Dom zapachniał aromatem kawy, zapaliłem pierwszego porannego papierosa, wyszedłem przed dom i znów zobaczyłem… piasek znad Sahary. Dlatego też choć miał to być dzień góry, najwyższej góry Hiszpanii, zmieniłem plany i uczyniłem ten dzień z ograniczoną widocznością, dniem najpiękniejszego miasta Teneryfy.

Teneryfa to kraina naprawdę ujmujących krajobrazów i dramatycznie różnych mikroklimatów. To także miejsce, gdzie są urocze miasta, idealne dla ludzi, którzy niekoniecznie lubią spędzać czas na łonie natury.  Miasta choć leniwe, są urocze na swój sposób. Wspomnianego dnia wybraliśmy się do La Orotavy.

Jedną z najlepszych cech Teneryfy jest to, że niezależnie od miejsca zamieszkania, można dotrzeć do nawet najdalszych zakątków w przeciągu godziny,  maksymalnie dwóch. Gdy stoczyliśmy się autem z naszego górskiego domku i wjechaliśmy na autostradę T-1, dzieliła nas jedynie godzina jazdy do miejsca, które według wielu odwiedzających, jest najpiękniejszą miejscowością tej kanaryjskiej wyspy. Pierwszy etap drogi był nam dobrze znany – mijaliśmy Candelarię, gdzie znajduje się figura Maryi, patronki archipelagu, by potem na rozjeździe w kierunku Santa Cruz, skręcić na północ, w kierunku La Laguny, skąd prowadzi jedna z dróg do La Orotavy.

Zmieniające się krajobrazy to jedna z charakterystycznych cech tej wyspy. Można doświadczyć na niej różnych pór roku w ciągu zaledwie jednego dnia. Jednak jedną ogromną różnicę widać, gdy przejedzie się z południa na północ, lub z północy na południe. Odnosi się wrażenie, jakby człowiek wylądował na innej planecie, gdy przekracza się te mikroklimatyczne granice. Południe wyspy, gdzie zamieszkaliśmy, to dramatycznie wysuszony krajobraz pozbawiony drzew, niekiedy tylko zazieleniony, ale raczej pokryty wysuszonym pyłem, spartański w swym odbiorze. Mimo wszystko południe ma coś, co nas tam przyciągnęło – gwarantowane słońce, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż byliśmy w miesiącu zimowym, w dodatku w kamiennym domu w górach. Północ to już zupełnie inna bajka. Gdy minęliśmy La Lagunę i wjechaliśmy na prosty odcinek autostrady łączącej La Lagunę z La Orotavą, ujrzeliśmy wyspę, której do tej pory nie widzieliśmy – miejsce pełne palm, totalnie zielone, ewidentnie bardziej zamieszkałe niż wysuszone południe.

Wszystko wydawało się tam tak barwne, ukwiecone, bajeczne wręcz, że dosłownie przez chwilę zastanowiliśmy się, czy dobrze zrobiliśmy wybierając południową stronę. Wiele osób pisało zresztą do nas – to nie jesteście na północy? Tam jest ładniej! Tam jest fajniej! Cóż, teraz mogę powiedzieć – nie jest ładniej, jest inaczej! Zależy co kto lubi. Jeśli chcecie się wyizolować od świata, jak zrobiliśmy to my, polecam raczej południe, jeśli lubicie intensywne życie, to, że dużo się dzieje, jeśli musicie mieć sąsiadów koło swojego domku, wybierzcie północ!

Północ jest tak bardzo zielona z prostej przyczyny – tam po prostu pada deszcz! Choć Iza z Love Travelling była na wyspie w podobnym czasie i pisała do nas na żywo, że nie padało, ostrzegam, że nie zawsze można mieć takie szczęście! Byliśmy lub przejeżdżaliśmy północną stroną wyspy trzy razy podczas naszego pobytu i za każdym razem łapały nas popołudniowy deszcze. Jednego dnia to nawet nie był deszczyk, tylko po prostu ulewa, ciężkie chmury i bardzo niska temperatura – 15 stopni. W tym samym czasie na naszej, południowej stronie wyspy świeciło słońce a temperatura nie spadała poniżej 18-20 stopni. Warto o tym pamiętać. Masy chmur mają tendencję do budowania się w godzinach popołudniowych i z reguły rozciągają się na wysokości 1800 – 2200 metrów nad poziomem morza, głównie wzdłuż grzbietu wyspy, który prowadzi z najbardziej wschodniej części w kierunku Pico de Teide. Chmury te opierają się na całej długości północnej części wyspy. Mowa oczywiście o miesiącach zimowych, gdyż latem słońce dominuje nad całą wyspą.

Gdy zbliżaliśmy się do La Orotavy, pochłaniały nas nieziemskie krajobrazy zieleni po jednej stronie i fal rozbijających się o brzeg po drugiej. Tuż po zjeździe z autostrady w kierunku miasteczka, zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym, z którego widać było położone nad oceanem, kolejne większe miasto – Puerto de la Cruz. Wiszący w powietrzu piasek skutecznie niwelował widoczność, jednak nawet z oddali widać było, że do Puerto zjeżdżać nie warto. Wielkie bloki i gigantyczne hotelowe molochy – pomyśleliśmy – czyli dokładnie typ miejsca, do którego jechać nie chcemy.

Jedyne cztery kilometry dzielą miasto molochów od miasta wąskich i stromych uliczek, wiecznej sjesty i leniwej atmosfery. Do Orotavy wjeżdżamy zupełnie niepostrzeżenie i już po chwili szukamy parkingu, który koniec końców znaleźliśmy w samym centrum, tuż przy głównym kościele miasta – Nuestra Señora de la Concepción. Wjeżdżamy w bramę jednej z kamienic i zostawiamy auto w podziemnej przestrzeni zagospodarowanej dla odwiedzających miasto. Oczywiście parking był płatny, ale kto chciałby próbować  zaparkować na ich ulicach o trzydziestostopniowym nachyleniu!

Gdy weszliśmy w miasto, praktycznie wszystko powoli się już zamykało. Dochodziła trzynasta, początek sjesty trwającej do godziny siedemnastej. Miasto wyludniało się coraz bardziej, aż po chwili na ulicach pozostali jedynie nieliczni turyści błąkający się od miejsca do miejsca ze swoimi aparatami i telefonami, a wśród nich my, jeszcze jedni obwieszeni Nikonami i Canonami. Tak jakbyśmy wkroczyli do skansenu, ale za to jakże pięknego i przyjemnego!

Centralnym punktem La Orotavy jest Plaza de la Constitucion. Jeśli ktoś szuka informacji na temat tego miasta w sieci, bardzo często znajdzie zdjęcie tego właśnie placu przyozdobionego ogromną ilością kwiatów i piasku wulkanicznego, głównie podczas obchodów Bożego Ciała. Niestety gdy docieramy na miejsce, ostatnie części niedawnej bożonarodzeniowej szopki lądują w samochodzie dostawczym. Dwóch ostatnich robotników właśnie rozpoczyna sjestę. W czterdziestotysięcznym mieście zapada kompletna cisza.

Opuszczamy opustoszały plac i zaczynami kierować się równie pustą Cale de San Francisco w górę miasta. Stroma ulica od razu przywodzi na myśl to amerykańskie, strome San Francisco, w którym jeszcze nie było nam dane być. Ulica ta słynie z wspaniałych siedemnasto- i osiemnastowiecznych kamienic, siedzib zamożnych rodów. Najwspanialszą i najbardziej rzucającą się w oczy rezydencją jest Casa de Los Balcones. Wrażenie robi już na zewnątrz, jednak dopiero po wejściu zaczyna ujmować swoim spokojem. Jesteśmy w ogrodzie wewnątrz kamienicy, w którym odbywa się obecnie sprzedaż win i rękodzieła. Zamknięte w klatkach kanarki sprawiają, że zupełnie zapominamy o tym, że to styczeń. Leniwa kanaryjska atmosfera pochłania nas bez reszty.

Cale de San Francisco jest fenomenalnie stroma. Wchodzenie nad pod nią można spokojnie porównać do sądeckich szlaków górskich. Zmęczyłem się, muszę przyznać, i w ostatniej chwili wpadłem do zamykającego się na popołudniową przerwę sklepu, aby kupić butelkę wody.

Im bardziej spoglądam na te piękne budynki, na cudowną architekturę i czerwone dachy przypominające mi odrobinę Lizbonę, dochodzę do wniosku, że właśnie to miasto najlepiej oddaje ducha historii tej wyspy. Po pierwsze, region ten od zawsze był jednym z najbardziej zamieszkałych i bogatych. Jeszcze za czasów pierwotnych mieszkańców – Guanczów – w rejonie tym rozwijało się jedne z ich najważniejszych księstw. Podczas hiszpańskich podbojów wysp, Guanczowie z Teneryfy poddali się jako ostatni, zaś ci z okolic Orotavy poddali się jako ostatni na Teneryfie. Gdy hiszpańscy kolonizatorzy zajęli Orotavę, na miejsce zaczęło napływać wiele bogatych rodzin z Hiszpanii, Włoch i Niderlandów tworząc tą niesamowitą tkankę miejską, która uważana jest za największą i najlepszą koncentrację kanaryjskiej architektury.

Kierując się coraz bardziej w kierunku górnej części miasta, trafiamy na Plaza San Juan, kolejne spokojne miejsce skoncentrowane wokół jednego z ważniejszych kościołów miasta, pochodzącego z siedemnastego wieku Iglesia de San Juan Bautista. Pomimo sjesty zauważamy, że obok kościoła znajduje się kawiarnia, która nie zamknęła się o 13:00 i jest, ku naszej radości, nadal otwarta przez kolejne czterdzieści kilka minut. Postanawiamy usiąść i wypić pierwszą na Teneryfie naprawdę smaczną kawę z naprawdę świeżym i wybornym ciasteczkiem. Po raz kolejny okazało się, że małe lokale dedykowane dla lokalsów są zawsze najlepszą opcją! Turysta przyjedzie bowiem, spróbuje, i nawet jak nie polubi, to przyjedzie kolejny turysta. Jeśli zaś pracujemy dla tych, którzy mieszkają obok, czy moglibyśmy im podać kiepską kawę i nędzne ciastko?

La Orotava nie jest dla mnie miastem klasycznego zwiedzania. Zwiedza się Paryż albo Rzym, po La Orotavie się po prostu spaceruje. To nie jest miejsce, gdzie znajdziemy jakiś wspaniały Panteon, albo gdzie przepychem zaskoczy nas jakiś kościół. To bardziej miejsce małych niuansów, które znajdziemy spacerując miedzy małymi domkami, przyglądając się ich oknom, drzwiom, ozdobom, a czasami zaglądając po prostu przez uchylone drzwi na kogoś podwórko.

Z wyższych partii miasta skierowaliśmy się ponownie „na dół”, idąc już zupełnie inną uliczką, spacerowaliśmy w kierunku miejsca, z którego rozpościera się najładniejsza panorama miasta – Ogrodów Wiktorii. W tym miejscu przeżyłem największy zawód, który spowodowany był niemożnością dostosowania obrazu, który wbiłem sobie w mózg planując ten wyjazd, z rzeczywistością. Stojąc na najwyższym punkcie ogrodów powinienem, przynajmniej według wersji z Google’a, widzieć przed sobą dwie wieże głównego kościoła oraz kopułę (wszystko akurat w remoncie) i w oddali niebieską przestrzeń oceanu zlewającą się z równie niebieskim niebem. Niestety ze względu na Calimę, widzieliśmy ledwo widoczny szary ocean i równie szare, pokryte drobinkami piachu, niebo, zza którego z całej siły starało się przebić mocne kanaryjskie słońce.

Mimo braku niebieskiego nieba to był piękny dzień, spędzony leniwie, po hiszpańsku, z wielką ilością czasu na relaks i robienie głupich rzeczy, które bez przerwy doprowadzały nas do śmiechu. Jeśli miałbym wrócić na Teneryfę i zamieszkać w jakimś mieście, zamiast odludzia, zdecydowanie wybrałbym La Orotavę, którą z całego serca polecam zainteresowanym byciem w mieście.

Trzeba jednak rezerwować z dużym wyprzedzeniem, gdyż sama Orotava nie posiada wielkiej ilości obiektów i miejsc noclegowych. Większość tych, którzy zatrzymują się w tej okolicy, śpi bowiem na dole, tuż przy oceanie, głównie we wspomnianym molochu – Puerto de la Cruz. Na Teneryfę dostaniecie się łatwo tak tanimi liniami lotniczymi a także naszymi biurami podróży, jak na przykład Itaka.

Reklamy

30 comments on “La Orotava – najpiękniejsze miasto Teneryfy

  1. Czesc, Wlasnie jesteśmy na Teneryfie, plan na dzisiaj la Orotava, z rana przed wyjazdem trafiłam na ten piękny opis, ktory potwierdza to co wcześniej przeczytałam.
    Pozdrawiam Elzbieta

    Lubię to

  2. Cała Teneryfa jest piekna a la Orotava tajemnicza, piekne stare miasto i kamienice z XVII wieku, widać jak bogate to było kiedys miasteczko… Pozdrawiam z Teneryfy

    Lubię to

  3. Wpis ciekawy ale La Orotava na razie mnie nie porwała 😛

    Lubię to

  4. ja byłam na Teneryfie na południu w październiku i przez cały tydzień słońce chowało się za ciemnymi chmurami, przejechałam na północ i piękne słońce – za pogodą nie nadążymy 😉
    myśłałam też o Orotavie ale opisy w necie mnie nie przekonywały teraz żałuję, bo uwielbiam takie miałe hiszpańskie miasteczka

    Lubię to

  5. Nachylone ulice świetne. Mi się podobają 🙂 Zresztą śliczne fotki zrobiliście.
    Piękne zdjęcia, zwłaszcza te geometryczne 🙂

    Lubię to

  6. Uwielbiam takie kontrastowe regiony. Piszesz, że przejazd z północy na południe (lub na odwrót) pozwala poczuć się jak w dwóch różnych światach. Dzięki temu podczas jednego wyjazdu można doświadczać odmiennych wrażeń. Bałkany też są tak kontrastowe, ale może mniej pod kątem mikroklimatu, a ogólnie pod kątem klimatu i wyglądu 🙂
    PS. świetna, rowerowa koszulka 🙂

    Lubię to

  7. Zawsze chciałem zwiedzić Teneryfę. W tym roku Sycylia. Teneryfa musi poczekać:)

    Lubię to

  8. Świetna relacja, a fotki jesczze lepsze 🙂

    Lubię to

  9. Pingback: Co zobaczyć na Teneryfie | i saw pictures

  10. Pingback: Teneryfa w lutym | I saw pictures

  11. Pingback: Masca – Machu Picchu Teneryfy | WOJAŻER

  12. Na Teneryfę jakoś mnie nigdy nie ciągnęło, ale piszecie tyle i wrzucacie fajne zdjęcia – trzeba to będzie przemyśleć 😉

    Lubię to

    • Mnie też nigdy tam nie ciągnęło, ale gdzieś przed zimą trzeba było uciec. Na miejscu tak bardzo mi się spodobało, że stwierdziłem, iż zrobię przysługę tej wyspie i przekonam innych, że warto. Myślenie stereotypowe odnośnie tej wyspy jest jednak normą. Tak więc owszem – przemyśl! 🙂

      Lubię to

  13. To miasteczko wygląda pięknie bez względu na pogodę 🙂 Świetne zdjęcia, Marcin! Aż mi się zatęskniło za klimatem Teneryfy…

    Lubię to

  14. Interesująca jest ta architektura. Jak oglądam te zdjęcia to wydaje się, jakbym był w jakiejś scenerii meksykańskiej telenoweli. Te zabudowania i palmy. Robi klimat 🙂
    Dzięki, że kolejnym tekstem zburzyłeś mój stereotyp, że Teneryfa to albo imprezy, albo wulkany i nic więcej.

    Lubię to

  15. Trzeba przyznać, że spacer po Orotavie poza sezonem ma swoje zalety. Kameralnie i bez tłumów turystów można poczuć klimat miasta. Wyprane niebo faktycznie nie rozpieszczało, ale do fotografowania architektury jest to bez znaczenia.

    Lubię to

    • No właśnie… ponoć styczeń to sezon, bo północni Europejczycy uciekają przed zimą, a mimo to nie miałem wrażenie, że wyspa jest zawalona turystami. Szczerze, miałem wrażenie, że jest pusta. W sumie jak dla mnie super, bo panowała świetna atmosfera, ale tak przy okazji zacząłem zastanawiać się, kiedy tam naprawdę jest sezon…

      Lubię to

  16. To nie pierwszy Twój tekst o Teneryfie który czytam i dzięki temu coraz bardziej przekonuję się do tego miejsca 🙂

    Lubię to

  17. Ty to nawet Teneryfę, którą sobie stereotypowo zbudowałam w głowie, potrafisz tak przedstawić, że zmieniam zdanie 😉 Z tego co piszesz, to pewnie też bym jechała na południe, gdybym miała wybierać 😉

    Lubię to

  18. Bardzo lubię takie miejsca… Zwłaszcza to, że można się dostać z jednego końca na drugi w ciągu zaledwie dwóch godzin. Ciekawie opisane.

    Lubię to

  19. la orotava wydaje mi się 100x ciekawsza niz funchal, z ktorym się nie polubilismy. sorry, że ciągle w myślach porównuje teneryfę do madery, ale jak już się zamienimy miejscami i ja pojadę tu a Ty – tam, to będziesz wiedział czemu. albo ja będę wiedziala, że nie mam racji 😉

    z innej paki. bardzo mi się Rwoja koszulka spodobała. powiesz skąd masz? 😉

    Lubię to

    • A widzisz, jak widziałem zdjęcia Funchal dostępne w sieci, to wydawało mi się to miejsce czymś niezwykle atrakcyjnym. Będziemy musieli rzeczywiście zamienić się miejscami i je ocenić 🙂 Choć przyznam, zasiałaś trochę wątpliwości co do Madery, tak bardzo, że muszę to zweryfikować! 🙂
      Jeśli chodzi o koszulkę, kupiłem ją w Bangkoku podczas ostatniego pobytu w tym mieście. Też ją bardzo lubię 🙂

      Lubię to

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s