Europa Włochy

Weekend w Bolonii i przepis na włoskie zaręczyny

Wyobraź sobie taką sytuację. Dojrzewasz do tego, żeby się zaręczyć. A właściwie dojrzewa za ciebie twoja dziewczyna, która coraz bardziej wkurwia się na twoje lekkoduszne nastawienie do życia. Ona jeszcze nie wie, że planujesz już zakup pierścionka, choć tak naprawdę ona wie, tylko robi wszystko, żebyś myślał, że nie wie. Planujesz zrobić to w, według ciebie,  najbardziej wypasionym miejscu na ziemi – na szczycie Rockefeller Center w Nowym Jorku. W głowie układasz mowę, wyobrażasz sobie, że prosisz kogoś o zrobienie pamiątkowej fotografii, wszystko jest już w zasadzie dopięte na ostatni guzik. Jednak w chwili, gdy kupujesz pierścionek, nagle okazuje się, że staje się on ciężarem niczym ten, który dźwigał na swojej szyi Frodo. Nie wiesz, gdzie go schować, nie wiesz, czy go nosić przy sobie, nic nie wiesz, ale przede wszystkim denerwujesz się, że skoro już jest, dlaczego go nie użyć? I co robisz w takiej sytuacji?

Wprowadzasz plan B! Jak się potem okaże – „B” jak Bolonia!

Jest idealna pora roku. Wszystkim z ust paruje, ludziska z zimna się trzęsą, mróz trzaska za oknami. Tak, jest grudzień, minęły święta, nadchodzi wielka smuta, dwa najgorsze miesiące w roku – styczeń i luty, czas spłacania chwilówek zaciągniętych na wystawną Wigilię i Święta. Siadasz i zastanawiasz się – gdzie!? Uklęknę na rynku krakowskim może? Jasne, i od razu do niego przymarzniesz! To może w domu przy kolacji? Ciekawe jakiej, skoro nie potrafisz zrobić nic innego niż kanapki! Więc robisz to, co potrafisz najlepiej – odpalasz komputer i myślisz, gdzie ją zabrać, żeby się oświadczyć!

Kochanie – lecimy do Bolonii. Kiedy? Niebawem.

Jest piękny wieczór. Kupiłeś właśnie bilety na lot i jesteś z siebie niezwykle zadowolony. Teraz spokojnie możesz planować, co powiesz, jak powiesz i kiedy dokładnie powiesz. Czujesz się panem życia, który właśnie decyduje o tym, jak jego wybranka wspominać będzie, tę ponoć najpiękniejszą przed ślubem, chwilę. Potem czas mija spokojnie, dni wydarzają się jak zawsze, praca mija jak zawsze, do domu wracasz jak zawsze i tylko ten pierścionek ciągle ciąży ci w kieszeni. Odliczasz dni do wylotu, aż w końcu nadchodzi ten jeden jedyny, wyczekiwany dzień, w którym powiesz to, co masz powiedzieć. Potem będziesz mieć już tylko święty spokój, a przynajmniej tak ci się wydaje. Wpadasz w romantyczny nastrój przerywany odrobiną podenerwowania, stresujesz się przy tym coraz bardziej, ale starasz się udawać, że wszystko jest idealne i cudowne. Jesteś pewien, że ona niczego się nie domyśla.

Gdy wylądujesz w Bolonii, pozostaje ci tylko zamówienie taksówki do centrum miasta, szybki przejazd,  zameldowanie w apartamencie i możesz ruszać do miejsca swojego przeznaczenia – na bolońskie  Piazza Maggiore. Kłamiesz jak z nut, że o północy koncert przepiękny, że same gwiazdy, że tysiące osób, że wszystko już sprawdziłeś. A potem jak gdyby nigdy nic wchodzisz na totalnie pusty plac, klękasz, otwierasz pudełko, i mówisz – prawie wszystko inaczej, niż to wcześniej zaplanowałeś.

W końcu słyszysz „Tak”, wszyscy są szczęśliwi, kotara opada w dół!

***

Bolonia to naprawdę piękne miasto. We Włoszech tych pięknych znajdziemy wiele, i niezwykle trudno jest powiedzieć, które z nich tak naprawdę jest najpiękniejsze, każdy bowiem może znaleźć swoje miejsce, które za takowe uzna. Dla mnie Bolonia była po prostu pierwszym włoskim miastem, do którego dotarłem, i miejscem, w którym zaczęła się moja miłość do tego kraju.

O Bolonii wiedziałem wtedy tyle, iż jest siedzibą najstarszego uniwersytetu Europy zachodniej. Co za tym idzie, spodziewałem się, że fama miasta uniwersyteckiego ciągnie się za tym miejscem aż do dzisiaj. Miasto o niewielkiej, bo liczącej około 400 tysięcy mieszkańców populacji, studentami stoi! Jak Kraków – pomyślałem sobie, z tym że Kraków jednak mieszkańców ma o wiele więcej. Poza tym moja wiedza na temat tego miejsca ograniczała się do totalnego minimum, a z racji natury wyjazdu nie miałem głowy do prawdziwego planowania.

Mimo to, gdy opadły emocje, znaleźliśmy jeszcze wiele czasu, aby miasto poznać i jakąś opinię o nim sobie wyrobić. Na początku uderzyło nas to, że w Bolonii naprawdę nie potrzebujesz parasola. Słynie ono bowiem ze słynnych portici, czyli arkad, które ciągną się wzdłuż większości historycznych ulic starego miasta, chroniąc pieszych przed deszczem. Bolońskie arkady mają niesamowitą łączną długość 38 kilometrów, zaś pomysł ich budowy pochodził od władz miejskich, które potrzebowały stworzyć miejsca do spania dla odwiedzających miasto. Arkady miały być wystarczająco szerokie, aby zmieścił się pod ich zadaszeniem, wyciągnięty do snu, człowiek. Pomimo tego iż służyły one przyjezdnym bardzo dawno temu, czasami mam wrażenie, że mogłyby posłużyć im dalej. Gdy niedawno chcieliśmy odwiedzić Bolonię ponownie, okazało się, iż praktycznie nie ma już żadnych miejsc noclegowych. Pojechaliśmy więc do Florencji.

Przez pięć dni, które spędziliśmy w tej części Włoch, spacerowaliśmy wspomnianymi arkadami z naszego mieszkania przy ulicy św. Stefana w kierunku głównego placu miasta – Piazza Maggiore. I choć sama idea arkad jest niezwykle praktycznym i ciekawym pomysłem, czułem momentami lekki niedosyt, gdyż nie mogłem nacieszyć się widokiem miasta. Zrobiłem więc to, co robię praktycznie przy każdym wyjeździe – postanowiliśmy wejść na jeden z najwyższych punktów miasta, aby zobaczyć je w całości z góry. I tutaj rzecz kolejna, niezwykle charakterystyczna dla Bolonii – miasto dosłownie usiane jest wieżami, a w zasadzie było.

Czy uwierzycie, że w XII wieku Bolonia wyglądała niczym współczesny Manhattan? W mieście znajdowało się około 180 wież należących do najbogatszych rodzin kupieckich. Z biegiem czasu wieże sypały się, rozpadały lub też po prostu rozbierano je, gdyż stanowiły zagrożenie dla mieszkańców.

 

Obecnie tych wież pozostało jedynie kilka, zaś najbardziej znane są The Two Towers, co oczywiście kojarzy się z wieżami WTC w Nowym Jorku. Postanowiliśmy z Magdaleną wejść na jedną z nich – Torre degli Asinelli, najwyższą z pozostałych wież. Gdy ostatnio wspinaliśmy się na wieżę Giotta we Florencji (414 schodów), nie mogliśmy sobie przypomnieć, ile ich było w Bolonii. Teraz już pamiętam – aby wejść na Torre degli Asinelli musicie pokonać 498 schodów w niezwykle klaustrofobicznych warunkach. Jednak jak zawsze, gdy wejdziesz na górę, zapomnisz o wysiłku! Bolonia z góry wygląda obłędnie elegancko – kolorowe, czerwono-pomarańczowe miasto z jednorodną dachówką i jak na wyciągnięcie ręki – katedra i Piazza Maggiore, gdzie noc wcześniej zaręczyliśmy się z Magdaleną.

 

Po zejściu z Torre degli Asinelli, na samym dole, przy kasie, gdzie kupuje się bilety wstępu, znajduje się mała karteczka w ramce, na której widać porównanie z innymi najsłynniejszymi wieżami we Włoszech. Widać, że Torre degli Asinelli zdecydowanie wyróżnia się swoją wysokością!

Każdy, kto przybędzie do Bolonii, trafi w końcu na jej główny rynek – Piazza Maggiore. Mieści się tam między innymi ratusz miejski, i jeśli już mowa o polityce, w tym przypadku lokalnej, mamy w Bolonii do czynienia z ewenementem. Stanowi to nie lada zaskoczenie, szczególnie dla uszu Polaka, kiedy słyszy, że Bolonią od dziesięcioleci rządzi nie kto inny, a komuniści! I o ile komunistów szczerze nie lubię, o tyle muszę im przyznać, że w Bolonii ich społeczny eksperyment udaje się całkiem dobrze. Miasto ma nie tylko świetnie zorganizowaną opiekę medyczną, kształcenie, ale także przoduje w wielu kulturalnych wydarzeniach  w kraju. Jest to także jedno z najbogatszych miast Włoch, gdzie widziałem chyba najlepiej ubranych mężczyzn w kraju. Jeśli chodzi o mężczyzn, według mnie, jest to ich raj na ziemi. W mieście widziałem chyba więcej butików z ubraniami i akcesoriami dla facetów niż w jakimkolwiek innym miejscu na ziemi.

 

Oczywiście nie byłoby podróży do Włoch bez kuchni. A kto nie słyszał o kuchni bolońskiej? Miasto ma swoje silne i dobrze ugruntowane tradycje na tym polu. A pomimo tego, że jedliśmy w kilku miejscach na mieście, najbardziej zapamiętaliśmy kolację, którą przygotował dla nas właściciel B&B, w którym się zatrzymaliśmy. Najlepsze, jakie do tej pory jedliśmy, risotto alla zafferano, pyszny deser, świetnie dobrane wino, wszystko było po prostu idealne i domowe.

Ponieważ od naszego dłuższego pobytu w Bolonii minęły już prawie 4 lata, nie będę tworzyć żadnego przewodnika po tym mieście. Tym miłym wspomnieniem chciałbym zakończyć serię włoską, która dominowała na blogu przez ten miesiąc.

O tym, co stało się po zaręczynach, czyli o naszym afrykańskim ślubie, pisałem TU.

A jeśli chcecie się dowiedzieć więcej na temat tego, co Bolonia ma do zaoferowania, zapraszam do wpisu Agnieszki o subiektywnym TOP 10 w tym mieście!

A jakie są Wasze zaręczynowe historie?

19 comments on “Weekend w Bolonii i przepis na włoskie zaręczyny

  1. Pingback: Samotność po bolońsku, czyli weekend uspołecznionego introwertyka | Wojażer | relacje i reportaże ze świata

  2. Pingback: Bucket List Wojażera | Wojażer | relacje i reportaże ze świata

  3. Wspaniała historia zaręczyn. Zgadzam się z komentarzami, że w „ustach” mężczyzny to zupełnie inaczej brzmią takie opowieści. 🙂
    A co do naszych zaręczyn, to miały one miejsce w Paryżu pod Wieżą Eiffla. Chyba sobie wyśniłam to wcześniej, bo lepszego miejsca sobie nie wyobrażam (dla siebie oczywiście). Dodam jeszcze, że to był w sumie nasz pierwszy taki wspólny wyjazd, od którego zresztą wszystko się zaczęło.. Nasza miłość do wspólnego podróżowania. 🙂

    Lubię

    • Paryż… mityczna cudowność! Też wspaniałe miejsce to zaręczyn! A wiesz, że ja jeszcze w Paryżu nie byłem? 🙂 Tyle do zrobienia jeszcze w życiu… 😉

      Lubię

      • No to koniecznie się musicie wybrać do Paryża. Może i niektórzy mówią, że to zbyt oklepane miasto. Jednak trzeba je zobaczyć i znaleźć coś dla siebie. 🙂 Serdecznie polecam. 🙂

        Lubię

  4. hej, napiszcie proszę, gdzie się zatrzymaliście w Bolonii, właśnie szukamy jakiejś miłej miejscówki na weekend, bo bilety juz kupione 😉 z góry dziekuję 🙂

    aa pomysł na zaręczyny fantastyczny..! zazdraszczam 🙂

    Lubię

  5. jesteśmy 2 i pół roku po ślubie, a na porzadne zaręczyny dalej czekam, chyba wyślę linka tomkowi 😉 przez te Twoje włoskie wpisy mam taka ochote tam jechać (patrz komentarz do wpisu o podrozoholizmie) 😦

    Lubię

  6. Moja miłość do Włoch także zaczęła się w Bolonii 🙂 Gratuluję Tobie stworzenia pięknego wspomnienia – Waszego wspólnego!

    Lubię

  7. Coś pięknego. O wiele bardziej wolę słuchać takich historii z ust mężczyzny zapewne dlatego, że Wasza romantyczna strona to wciąż rzadkość, zaś kobieta rozprawiająca o zaręczynach to codzienność. W tym wypadku ciekawa jednak jestem reakcji Twojej żony. Udała chociaż zaskoczoną?;) Jako niepoprawna romantyczka uwielbiam zaręczynowe historie, pewnie dlatego, że jest na nie nieskończona liczba scenariuszy. Jednak jak na romantyczkę wyróżniam się tym, że sama w ogóle nie marzę o ślubie, choć w związku jestem już tyle lat, że zapomniałam że w ogóle go nie mam;) Zaręczać jednak mogłabym się często. Mój Ukochany oświadczył się, kiedy wyjaśniłam mu, że fakt, że nie dążę do ślubu nie skreśla w moim wypadku zaręczyn. Najpierw przeciągnął mnie po górach, a kiedy byłam bliska aby go zamordować to wręczył mi pierścionek, co ocaliło go przed niechybną śmiercią. Chociaż najbardziej ten dzień pamiętam przez spotkanie oko w oko z Muflonem. To było coś:)

    Lubię

    • Miło mi to słyszeć. Moja małżonka zawsze powtarza, że mam niepoprawnie romantyczną duszą. Co do reakcji Magdaleny, cóż, powiem szczerze, że bardzo dobrze odegrała swoją rolę, bo do tej pory nie wiem, czy była zaskoczona, czy też nie. Mówiła, że nie, ale z drugiej strony miałem wrażenie, że trochę tak! Oświadczyny w górach? Na szczycie? 🙂

      Lubię

      • A gdzie tam:) Po tym, jak zeszliśmy do górskiej chaty na kolację. Moja mina wymagała natychmiastowej interwencji, ponieważ to nie był mój najlepszy dzień;) A jeżeli jesteś romantykiem to żona musi być bardzo szczęśliwa. Tacy ludzie nieustannie wyszukują możliwości do niesztampowego okazania uczuć. Przynajmniej ja tak mam. A kobiety z tego co wiem to lubią. A jej reakcja niech pozostanie tajemnicą. To również romantyczne.Moc uścisków dla Was.

        Lubię

  8. Gratulacje z powodu zaręczyn 😉 u nas też były zaręczyny w podróży, tyle że w Albanii.Dla mnie było to sporym zaskoczeniem ale jakże pozytywnym 😀

    Lubię

    • Dziękuję 🙂 Trudno uwierzyć, że to już 4 lata od tego momentu i 2 lata od ślubu 😉 stwierdziłem, że warto by skończyć serię włoską tym, od czego wszystko się zaczęło. Wam także serdecznie gratulacje! 🙂

      Lubię

  9. Dopiero teraz odkryłem tego bloga. Świetny! No i ktoś kolejny zapalony z Małopolski 🙂 Będę śledzić, masz pewność!

    Lubię

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s