Azja Singapur

SMKT – expresem przez Azję

SMKT – Singapur, Malezja, Kambodża, Tajlandia. Cztery kraje, które rozpoczęły mój podróżniczy rok 2014. Była nas szóstka: ja i Magdalena, nasi przyjaciele Michał i Ania, oraz moja siostra Asia ze swoimi chłopakiem Johannesem. Czwórka już wróciła, dwójka jeszcze bawi na plażach południowej Tajlandii. „Three families” – jak zwykli do nas mówić Tajowie, gdy przychodziło do płacenia rachunków według trzech par.

W skrócie mówiąc – było rewelacyjnie. Jedzenie ciągle zaskakiwało i rozpierało nasze brzuchy, widoki zapierały dech w piersi a temperatura w dzień nie spadała poniżej 30-35 stopni.

Wszystko rozpoczęło się w dzień wolny od pracy – 15 sierpnia 2013 roku akurat chyba nie miałem co robić, więc jak to bywa w takie dnie, przeglądałem opcje tanich biletów. Od jakiegoś czasu wraz z naszymi przyjaciółmi z Warszawy, polowaliśmy na fajne opcje do Azji. Szczególnie w obszar Indochin. Nagle pojawiły się dobre ceny w Lufthansie na lot z Krakowa przez Frankfurt do Singapuru. Żaden tam szalony błąd, po prostu dobra promocja na lot największym samolotem pasażerskim świata w kierunku, który bardzo nas interesuje w czasie, kiedy jest tam lato i nie leje deszcz, a u nas jest zima, i fajnie jest uciec. Po szybkiej naradzie kupiliśmy bilety. Chwilę później do naszej grupy dołączyła moja siostra z Johannesem.

Jak to bywa w przypadku większych wyjazdów, szczególnie takich, gdzie jest więcej osób niż ja i Magdalena, przez kilka miesięcy trwało jako takie planowanie wyjazdu. Z lekka utrudnione, ponieważ jak wiadomo, w międzyczasie nie próżnowałem podróżniczo. Odrobinę wycieńczony ciągłym ogarnianiem wyjazdów w czasie, kiedy w moim życiu sporo się działo, umówiłem się z Anią, że podzielimy planowanie na dwa bloki. Ja zajmę się wszystkimi kwestiami technicznymi – lotami wewnątrz, transferami, hotelami, wycenami budżetu i tak dalej. Ani zadaniem było zaś przygotowanie planu zwiedzania w oparciu o szkielet, który stworzyłem, gdy klarowały się nam loty wewnątrz Azji.

Dlaczego akurat te kraje? 

Singapur – ponieważ był naszym portem docelowym i szkoda byłoby go olewać i polecieć dalej bez poznania tego małego państwa – miasta

Malezja – ponieważ naturalnym miejscem wypadowym z Singapuru jest ten właśnie kraj, od którego Singapur odłączył się w ubiegłym wieku. Ponadto Malezja jako kraj muzułmańskie z niezwykłą mieszanką kultur, była czymś, co chcieliśmy zobaczyć.

Kambodża – polecieliśmy tam dosłownie na chwilę i z jednego powodu – największy kompleks świątynny świata – Angkor Wat. Ale wiemy, że byliśmy tam za krótko i z chęcią wrócimy.

Tajlandia – oczywisty, końcowy punkt wyjazdu, miejsce, gdzie mieliśmy wypocząć po intensywnym zwiedzaniu.

Kraje te zostały przez nas wybrane z racji faktu, iż są świetnie ze sobą skomunikowane, bilety lotnicze do nich były w rewelacyjnych cenach, i w dodatku nie marnowaliśmy za dużo czasu na przemieszczanie się między miejscami.

Jak to bywa w przypadku ludzi związanych z pracą i terminami, musieliśmy dokonać pewnych kompromisów – jeśli chcemy zobaczyć wiele, to organizacja przemieszczania się, musi być perfekcyjna. Styl podróżowania z plecakiem i pozwalania sobie na kilkudniowe zmiany w planie, nie wchodził w grę.

Jeśli chodzi o dystanse, które przebyliśmy, to przedstawiają się one następująco:

24 tysiące kilometrów na trasie Kraków – Singapur – Kraków (w dwie strony) oraz około 10 tysięcy kilometrów w samej Azji Południowo-Wschodniej. łącznie zrobiliśmy więc ponad 30 tysięcy kilometrów w ciągu 9 lotów:

1. Kraków – Frankfurt: bezproblemowy szybki lot Lufthansą, potem sprint do bramek na lot do Singapuru i jesteśmy w drodze.

2. Frankfurt – Singapur: bardzo komfortowy lot Lufthansą, 12 godzin w największym pasażerskim samolocie świata, dobra godzina odloty i wygodna godzina lądowania.

3. Singapur – Kuala Lumpur: poranny lot liniami Firefly z Singapuru na starsze, jednocześnie zlokalizowane bliżej miasta, lotnisko w Kuala Lumpur. Punktualnie, miło, bez problemu.

4. Kuala Lumpur – Siem Reap: po tygodniu jazdy autem po Malezji, opuszczaliśmy ten kraj z głównego lotniska w Kuala Lumpur i lecieliśmy do Kambodży liniami Malaysia Airlines. Bezproblemowo.

5. Siem Reap – Bangkok – z Kambodży do Bangkoku mieliśmy jechać drogą lądową, ale dzięki tanim biletom w Air Asia zarobiliśmy cały ekstra dzień w Kambodży. Zamiast spędzać godziny na granicy, wylecieliśmy późnym wieczorem i dotarliśmy do Bangkoku przed północą. Air Asia to taki azjatycki Ryanair, tylko o wiele lepszy i przyjaźniejszy.

6. Bangkok – Krabi – ten lot stał pod znakiem zapytania, bo w Bangkoku odbywały się właśnie wybory (i zamieszki), ale wszystko poszło bez problemu. Air Asia. Bezproblemowo.

7. Phuket – Singapur – do Singapuru wracaliśmy z Phuket zamiast Krabi, ponieważ z Phuket właśnie pojawiły się tanie bilety do miejsca, skąd wracaliśmy do Europy. Także Air Asia. Bezproblemowo.

8. Singapur – Frankfurt – lot powrotny to 13 godzin z plączącymi dziećmi i podniesionym ciśnieniem spowodowanym ich darciem. Masakra.

9. Frankfurt – Kraków – jak to bywa, im bliżej Krakowa, tym więcej spotyka się znajomych. Nawet na porannym locie z Frankfurtu.

Każdy z odwiedzanych krajów zapisał się w naszej pamięci jakimiś pojedynczymi hasłami, które pomagają nam wracać we wspomnieniach do tych wszystkich miejsc:

„Happy, Happy” – zakończenie komunikatów w metrze singapurskim. Bladego pojęcia nie mamy czego to dotyczyło, ale w Singapurze ciągle byliśmy Happy Happy!

„Durian” – owoc, który zdominował nasz pobyt w Malezji. Najbardziej śmierdzący dla białego człowieka, wykwintny w smaku, zabroniony w hotelach i na pokładach samolotów, a zarazem najniebezpieczniejszy owoc świata. Gdy spadnie z wysokiego drzewa i uderzy swoimi kolcami w głowę, może zabić. Spróbowałem go i przeżyłem. Akcenty durianowe towarzyszyły nam w Malezji nieprzerwanie.

„One dollar”  – w Kambodży właściwie wszystko kosztowało one dollar i było to zestawienie słów, które najbardziej wpisało się nam do pamięci!

„Family number…” – w Tajlandii, gdy mówiliśmy, że każda para płaci osobno, nazywano nas rodzinami. Rodzina numer 1, rodzina numer 2, rodzina numer 3.

Podczas powrotu do Polski próbowaliśmy dokonać oceny, który z tych krajów okazał się najciekawszy, najbardziej NAJ, i okazywało się, że tak naprawdę trudno wskazać na jeden z nich. Każdy oferował coś zupełnie innego, i przemieszczanie się z jednego do drugiego kraju zawsze wiązało się z odkrywaniem czegoś nowego, interesującego. Każdy członek grupy miał jednak jakieś swoje mniejsze lub większe NAJ. Ja osobiście nie chcę robić rankingu i po kolei wymieniać, które państwo było numerem 1, które numer 2 i tak dalej. Wiem za to, które było dla mnie numerem 1. Była to Malezja. Ale o tym dlaczego, opowiem później.

Dziś mija drugi dzień aklimatyzacji w Polsce. Jak to bywa po dłuższym wyjeździe, dopadł mnie jetlag i nie do końca wszystko jeszcze ogarniam, ale na szczęście tym razem zafundowałem sobie 2,5 dnia w domu zanim wrócę do pracy i wszystkiego tego, co nazywa się normalnym życiem.

Przede mną wertowanie tysięcy zdjęć i filmów, które powstały na tym wyjeździe, i kolejne posty, w których będę opisywać dla Was Azję Południowo-Wschodnią.

W międzyczasie zamieszczam kilka naszych grupowych zdjęć wykonanych iPhonem, które na bieżąco zamieszczałem na fejsbuku, aby rodzina i znajomi mogli śledzić gdzie jesteśmy i co robimy.

Wkrótce zaś zapraszam do postu o Singapurze!

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

5 comments on “SMKT – expresem przez Azję

  1. Pingback: Dlaczego nie jeżdżę z biurami podróży? | na etacie przez świat

  2. whynotgettinglost

    Angkor Wat to tylko jedna ze świątyń, kompleks świątyń chyba nazwałabym Angkor poprostu 🙂 Czekam na dalsze relacje.

    Lubię

    • Tak, masz rację, to się chyba tak utarło, że na całość mówi się Angkor Wat, choć to tylko główna świątynia. Nawet ja się nie mogę od tego uwolnić 😉 Swoją drogą, uwierzysz, że są ludzie, których zabierają na miejsce, mówią – oto Angkor Wat, Ci robią sobie zdjęcie, i odjeżdżają myśląc, że to tylko tyle… 😉 ?

      Lubię

Podobał Ci się artykuł? Chcesz coś dodać? A może się nie zgadzasz? Zostaw komentarz, doceń pracę autora.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s