Europa Portugalia

Sintra – portugalska bajka

Pałac Pena

Poniedziałek w Lizbonie to idealny dzień na to, by z niej wyjechać. Na chwilę dosłownie. W niedzielę wszędzie były tłumy, wiadomo, weekend. Może nie nawet tłumy turystów zagranicznych, ale lokalnych. Tych, którzy dojechali do centrum tak jak i u nas przyjeżdżają do centrum Krakowa, żeby po nim bez sensu pochodzić, wypełnić ulice, a przy okazji portfele lokalnych biznesów. Tak więc w niedzielę zmęczyliśmy się odrobinę, weekend przeminął wraz z lekkim wiatrem ze strony oceanu, i tak nadszedł poniedziałek. Mieliśmy jechać z rana do Belem, by uświadczyć kulturalnej Lizbony, tej ukrytej w muzeach, galeriach i wszelakich innych ustrojstwach, które można odwiedzać, jednak z rana przeczytałem, że w poniedziałki Lizbona odpoczywa. A wraz z Lizboną odpoczywają pracownicy większości jej instytucji kulturalnych. Zaplanowaliśmy więc dzień od nowa i ruszyliśmy przed siebie, mając w pamięci to, iż popołudniu umówiliśmy się z Edwardem i jego mamą.

Gdy miesiąc wcześniej poleciałem do Barcelony, bardzo żałowałem, że nie miałem czasu, by odwiedzić Montserrat, piękny klasztor na skałach, po prostu malownicze miejsce nieopodal miasta, a jednocześnie miejsce, na które trzeba mieć przynajmniej dzień. Otóż dowiedziałem się, że Lizbona ma swoje Montserrat, tylko zwane odrobinę inaczej. Edward wspominał o tym miejscu już podczas wizyty w Krakowie i gdy już dotarliśmy do Lizbony, zasugerował, że powinniśmy się tam udać. Tak właśnie powstał nowy plan – jedziemy za miasto. Przed nami była bajkowa kraina, nieziemska zabawa barw i malownicze widoki. Przed nami była Sintra.

Wyjeżdżaliśmy z dworca kolejowego na górnym mieście. Podróż miała zająć 50 minut. Siedzieliśmy wygodnie w regionalnym pociągu, którego standard był o wiele lepszy niż naszych regionalnych PKP, a jednak poziom zmęczenia materiału i obsmarowania graffiti był tylko nieznacznie mniejszy. Skład sunął przez kolejne dzielnice Lizbony odsłaniając nam widoki dzielnic imigranckich, czarnych, trochę zaniedbanych, ale pełnych życia. Młodego życia, które uciekło z Afryki i zakotwiczyły w Portugalii, by tam odnaleźć swój lepszy świat; trudny, bo zatopiony w kryzysie i braku perspektyw, ale jednak lepszy niż ten pozostawiony na czarnym lądzie.

Gdy dotarliśmy do Sintry, słońce zaczynało już swoje zejście i czasu nie było zbyt wiele. Spod dworca, gdzie kończy bieg pociąg, można spokojnie podejść spacerem do centrum miasteczka. Jednak ze względu na towarzyszącą nam mamę Edwarda, wzięliśmy taxi. Koszt takiej przejażdżki to 4 euro, stosunkowo niewiele, choć dystans też jakoś specjalnie długi nie był.

Sintra to przepiękne, niezwykle romantyczne miejsce. Położone jest na sporej wysokości, skąd rozciągają się zapierające dech w piersiach widoki. Z jednej strony bezkres portugalskiej ziemi, z drugiej strony otwierający się na świat bezkres oceanu. Sintra to bajka pochodząca z XIX wieku. Znajduje się w niej ogromna ilość budynków pochodzących tak z VIII czy IX wieku, ale także nowszych, wybudowanych między XV a XIX wieku. Począwszy od zamku muzułmańskich Maurów, po pałacyki, domy, wille. A wszystko to rozpięta na niezwykle wysokich wzniesieniach położonych tylko 18 kilometrów od oceanu.

Zwiedzanie okolicy rozpoczyna się od centrum Sintry. Przy drodze znajduje się centrum informacji turystycznej, gdzie otrzymać można darmowe mapki i wskazówki co i jak robić. Aby przejść pieszo całą trasę do pałacu Pena, potrzeba sporo czasu. Mówią, że prawie godzinę, jednak nie chce mi się w to za bardzo wierzyć. My tej godziny na spacer nie mieliśmy, gdyż złapałby nas zmrok, więc postanowiliśmy skorzystać z najfajniejszej metody przemieszczania się po tym stromym obszarze. W miasteczku znajduje się autobus, który wspina się tymi wąskimi uliczkami na sam szczyt aż pod Pałac Pena. Bilet na ten autobus kosztuje aż 10 euro za osobę, jednak jest to bilet uprawniający do wysiadania i wsiadania przy każdym ważniejszym zabytku. Po pierwszym zakupie należy tylko pokazywać bilet przy każdym wsiadaniu. Po drodze na szczyt jest wiele rzeczy, które chciałbym zobaczyć, a nie mogłem. To kolejny, dobry powód, żeby jeszcze w tamte rejony pojechać. Naszym celem tego dnia był bajeczny pałac Pena, niezwykle kolorowa, romantyczna konstrukcja architektoniczna, która swego czasu pełniła funkcję letniej rezydencji władców Portugalii.

Gdy dotarliśmy na miejsce, zaatakowały nas kolory, niesamowite barwy i widoki. Nie mogliśmy oderwać od tego oczu! Na chwilę przenieśliśmy się do bajkowej krainy, z której naprawdę nie chciało się wracać!

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

2 comments on “Sintra – portugalska bajka

  1. Dziękuję bardzo, mam nadzieję, że zrealizuje swój rychły plan dotarcia w to miejsce. Szkoda, że jak wracam z takich podróży to dokładam kolejną cegiełkę do narastającej we mnie polskiej depresji.

    Lubię

  2. Pingback: Wasze podróże | W RÓŻNE STRONY

Podobał Ci się artykuł? Chcesz coś dodać? A może się nie zgadzasz? Zostaw komentarz, doceń pracę autora.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s