Azja Chiny

Chiński komunista z ludzką twarzą

Opowieść o komuniście z wielkim sercem

Azja. To tam biją serca połowy ludzkości. Od paru miesięcy zasiadam raz po raz nad książkami, przewodnikami, artykułami, i krok po kroku planuję nadchodzącą, zimową wyprawę na ten kontynent.

Kraków. W małych naczynkach przywiezionych z Chin zaparza się herbata, którą podarował mi Lee. To ostatnia jej porcja. Szczelnie zapakowane 5 gram wybitnych liści. W kuchni unosi się jej aromat, w organizmie powoli rozpływa się teina. Jeszcze tylko papierosów Zhonghua brakuje. Ale czy byłbym w stanie jeszcze je palić? Podczas poszukiwania przewodnika w moim zagraconym komputerze, trafiam na plik z dziwną nazwą. Otwieram. Okazuje się, że to moje zapiski z Chin, a w nich wiersz, który napisał Chen Xiaodong, mój chiński szef z czasów, gdy Azja była moim domem. I tak, zupełnie nieplanowanie, przeniosłem się na chwilę do Państwa Środka.

秀山丽水映辉煌

师专附高陈晓东

听,是什么声音,

那么嘹亮高亢?

看,是什么步伐,

如此骄键豪迈?

迎新春师生们曼舞歌唱,

齐迈进师专人步履铿锵。

勤奋获得了知识的硕果,

创新将迎来升本的辉煌。

秀山靠智慧吹绿林海,

丽水需知识化雨成川。

幸逢机遇却面临挑战,

唯有拼搏才会有发展。

园丁耕织花园的美景,

学子创出山城的璀璨。

Kwitnące będzie górskie miasto

napisane przez Chen Xiaodong

Posłuchaj, cóż za dźwięk donośny,

Spójrz, cóż za kroki dumne i pewne siebie?

Czy to radosne pieśni uczniów języka angielskiego, świętujące nadejście nowego roku,

Czy to wielkie postępy nauczycieli z ich głowami podniesionymi wysoko.

Sukces osiągnięto dzięki wielkiej pracy,świetlana przyszłość nadchodzi wraz ze wzrostem poziomu.

Inteligencja tworzy Górę Piękna – drzewa i kwiaty kołyszą się na wietrze.

Wiedza przekształca wodę i deszcz w rzecz czystą i nieskazitelną – tworząc piękne rzeki i jeziora perłowe.

W obliczu korzystnych okoliczności jest i wyzwanie,

Tylko konkurencyjność pozwala na dalsze rozwijanie.

Młode kwiaty uprawiane są przez naszych ogrodników, a kwitnące górskie miasto zostanie zbudowane, przez naszych absolwentów.

Tłumaczenia dokonuję na bieżąco. I wybaczcie mi jakieś nieścisłości czy niezgrabność. To prośba szczególnie do moich znajomych, którzy chiński znają bardzo dobrze. Nie jestem sinologiem, choć wiele bym dał, by nim być. Ten jedyny wiersz, jaki od niego otrzymałem, to esencja Chena Xiaodonga, Chińczyka, który przeszedł przez wszystko, przez co mógł przejść w Chinach Ludowych. W tych kilku zdaniach zawiera się wszystko to, co charakteryzowało tego człowieka, a między wierszami dźwięczy to, czego dowiedziałem się o nim podczas różnych rozmów, które nigdy nie były bezpośrednimi odpowiedziami na pytania, które sobie w głowie stawiałem.

Chen Xiaodong to historia Chin zamknięta w małym, aczkolwiek silnym ciele. To zapiski z kraju targanego przez historię, a także obraz współczesnego Państwa Środka.

Poznałem go zaraz po wylądowaniu w Szanghaju. Przyjechał wraz z kierowcą, by odebrać swoich nowych zagranicznych nauczycieli. Od początku był niezwykłym formalistą lubiącym wydawać polecenia. Zatrzymamy się w hotelu – zadyrygował. Potem umówił nas na kolację o wyznaczonej godzinie, podczas której powiedział, że skoro już jestem w Chinach, powinienem jeść pałeczkami. Jadłem. Jak na zawołanie. Chena rozgryzało się długo, i nawet pomimo upływającego czasu, nie można było go poznać do końca. Z wielu rozmów trzeba było wycinać kawałki i układać je w całość.

Jak wtedy, gdy zapytałem go, jak zaczęła się jego przygoda z językiem angielskim. O dziwo dowiedziałem się, że angielskiego uczyli się już za czasów maoistowskich. Chen, gdy to powiedział, zadumał się odrobinę, spojrzał mi w oczy tym swoim głębokim wzrokiem, po czym dodał – Long live Chairman Mao! Niech żyje Przewodniczący Mao! Tego uczyliśmy się przez rok. Tego jednego zdania Trudno było od razu wywnioskować, czy Chen miał żal do Przewodniczącego, czy też nie. Jako prawdziwy komunista, członek partii, zapewne podzielał oficjalną linię partii z czasów Deng Xiaopinga, która stanowi, że 70% rzeczy Mao zrobił dobrze, zaś 30% źle. Typowo chińskie. Nic nie jest czarne czy białe, bo miliony są odcieni szarości!

Dla tych, którzy nie interesują się historią Chin, chciałbym przypomnieć, iż decyzje Mao Zedonga, założyciela Chińskiej Republiki Ludowej, przyczyniły się do śmierci od 30 do 60 milionów ludzi. To więcej niż Hitler i Stalin razem wzięci mają na na sumieniu. W Chinach takie sformułowanie wypowiedziałem na głos tylko raz. W towarzystwie dobrego, chińskiego znajomego, o wydawałoby się liberalnych poglądach. A mimo to nastąpiło spięcie, bo Mao to ikona, niemalże świętość. Long live Chairman Mao – gdy Chen wypowiadał te słowa po angielsku, trudno było dostrzec, co naprawdę czuje. Sam przyznał, że były czasy w Chinach, kiedy było ciężko, a jedzenia mało. Miał zapewne na myśli czasy wielkiego głodu między 1959 do 1961, kiedy ludzie nie jedli już trawy i kory, bo tych nie było. W najbiedniejszych rejonach Chin zjadali siebie nawzajem.

Chen ożywiał się, gdy wspominał czasy studenckie. W pewnym okresie naszych studiów Przewodniczący Mao wezwał nas, byśmy jechali na wieś i uczyli się życia od rolników! To była wspaniała lekcja. Mogliśmy zrozumieć, jak ciężka jest ich praca! Dzięki tym kilku sformułowaniom, mogłem wysnuć kolejne przypuszczenia, bo przecież Chen nie mówił o niczym bezpośrednio. Tylko Ci, którzy znają historię Chin, wiedzą o czym mówił.

W latach 1966-76 Chiny ogarnęła gorączka absolutnie szalonej Wielkiej Proletariackiej Rewolucji Kulturalnej, zainspirowanej przez Mao celem umocnienia swojej władzy. Z Kulturalnością miała tyle wspólnego, co demokracja ludowa z demokracją. Czyli nic. Przez 10 lat młodzież i brać studencka prowadzona siłą Przewodniczącego, niszczyła całą chińską kulturę i cały chiński system społeczny, by zrobić miejsce nowemu. Gdy szaleństwo osiągnęło szczyt i Mao stwierdził, że wojownicza młodzież robi się niebezpieczna, postanowił ją zesłać na wieś, mówiąc dosadnie, wywalić z miast owładniętych gorączką rewolucji, na prowincję, by za pomocą ciężkiej pracy na roli, uspokoili się i ogarnęli. Przewodniczący Mao wezwał nas, byśmy jechali na wieś – mówił Chen. Czy był więc rozgorączkowanym uczestnikiem Rewolucji Kulturalnej, hunwejbinem niszczącym stare, by mogło nadejść nowe? Tego nie wiem. O Rewolucji Kulturalnej w Chinach mówiło się mało. Bo przecież sąsiad denuncjował sąsiada, uczeń bił nauczyciela, dziecko donosiło na rodziców, a często potem oglądało ich egzekucję. Dopiero teraz Chiny dorastają do tego, by móc o tym rozmawiać.

Posłuchaj, cóż za dźwięk donośny, Spójrz, cóż za kroki dumne i pewne siebie? – pisze Chen w swoim poemacie. Bo przecież teraz żyje w kraju, który dumnie maszeruje przez świat. Kraju pewnym siebie i nie potrzebującym matczynych porad z Europy czy Ameryki. Jaki był Chen za ciemnych czasów maoizmu, nie wiem. Jaki jest teraz, mogłem widzieć na co dzień. Nowoczesny chiński komunizm zaadaptował się do nowych warunków. O realiach kapitalistycznych, nowoczesnych, opowiada za pomocą socjalistycznego bełkotu. Chen uwielbiał socjalistyczny bełkot w angielskim wydaniu. Zdania, które formułował, gdy pełen zadumy próbował mnie pouczać, brzmiały jak oficjalne komunikaty. Chen nie potrafił wydostać się z pancerza socjalistycznej poprawności pomieszanej z archaicznym językiem angielskim. Zasób słów miał duży, ale rzekłbym, nieco przestarzały. W swoim komunikowaniu się ze światem, czyli ze mną głównie, uwielbiał cytować Przewodniczącego Mao. Bo wydaje się, że jego myśli pasują nie tylko do komunizmu, ale także do obecnie panującego w Chinach dzikiego kapitalizmu. A Mao zapewne przewraca się w grobie. Przepraszam, w Mauzoleum na placu Tiananmen.

Sukces osiągnięto dzięki wielkiej pracy,świetlana przyszłość nadchodzi wraz ze wzrostem poziomu. – mówi poemat Chena. Bo jest człowiekiem pracy, to fakt, który nie podlega żadnym wątpliwościom. Pracę traktuje z namaszczeniem i bardzo dobrze wie, gdzie jest jego miejsce w hierarchii szkolnej. Swój gabinet na 3 piętrze traktuje jak świątynię. Zapraszał mnie tam, aby dyskutować program nauczania, upominać mnie, gdy miał uwagi, co do programu, albo po prostu, by porozmawiać o tym i owym. Jego gabinet był też jego osobistym sukcesem. A jednocześnie nie mógł spocząć i przestać wyznaczać kolejne cele. Jak w socjalistycznej gospodarce planowanej – szkoła musi utrzymać status drugiej najlepszej w mieście. Jednocześnie powinniśmy już myśleć o staniu się najlepszą szkołą! (…) Tylu a tylu uczniów powinno zostać przyjęte na najlepsze uczelnie w kraju dzięki wysokiej ilości punktów na Gaokao. Tylko wtedy rodzice będą posyłać do nas dzieci. (…) Najważniejszy dla Chin jest wzrost! Bez niego gospodarka nie będzie się rozwijać, a ludzie nie będą mieć pracy!

Młode kwiaty uprawiane są przez naszych ogrodników, a kwitnące górskie miasto zostanie zbudowane, przez naszych absolwentów. –   pisze Chen. Ale czy rzeczywiście nowe pokolenia będą takie same jak te, które ich wychowywały? Chen był niezwykle wysportowany. I to pomimo wieku, ponieważ dawno stuknęła mu sześćdziesiątka. To jedna z tych rzeczy, które robiły na mnie ogromne wrażenie. Ja wiem, że nasze babcie i nasi dziadkowie pamiętają wojnę i jak ciężko wtedy było. Ale potem przyszła komuna, lepsza czy gorsza, ludzie zaczęli się paść jak kurczęta, a gdy już nadszedł kapitalizm, to sprawa wygląda tak, że nasze babcie i nasi dziadkowie, wyglądają jak gęsi spasione, co zapewne wynika z naszej kuchni i naszego braku zaufania do sportu. Generalizuję, ale przecież coś w tym jest, prawda? Starzy Chińczycy to ludzie z betonu. I to takiego najlepszego sortu. Zbrojonego. Niezniszczalni. Przeżyli okupację Japończyków (to tacy azjatyccy hitlerowcy), potem wojnę domową, eksperymenty Mao Zedonga, Wielki Głód, Wielką Rewolucje Kulturalną, aż nagle po z goła 5000 lat ciemiężenia przyszedł semi-kapitalizm w socjalistycznym opakowaniu. I ci starzy Chińczycy poczuli wreszcie wolność. Wolność, której nie poczują już młodzi, bo ich także będą ciemiężyć. Nie właściciele ziemscy, nie komunistyczni bandyci, ale korporacje, banki pożyczające na mieszkania i społeczeństwo wywierające coraz większą przestrzeń. Najszczęśliwsi są starzy. Bo wiedzą, że było już tak źle, iż gorzej być nie może. Ci właśnie, a także Chen, jako dostojny przedstawiciel pokolenia starszych, ale jeszcze pracujących, są pomnikami. Niby ciency jak nić, niby lekcy jak pióro, a jednak twardzi jak Rambo. Mięśnie Chena były jak skała, a siła jego była niezmierzona. A Chenów takich jak on są w Chinach miliony. Tylko czy naprawdę te kwiaty studenckie uprawiane przez ogrodników nauczycieli, będą w stanie zbudować kwitnące miasto? Tego nie jestem pewien.

Do Lishui wróciłem ponownie ponad 3 lata od wyjazdu, pod koniec 2011 roku. Spotkałem Chena w szkole, w której spędziłem rok. Wszystko zostało, jak to przystało na Chena, przygotowane z pietyzmem. Najpierw udaliśmy się na lunch do szkolnej stołówki na najwyższe piętro, gdzie stołowała się szkolna elita. Szkolny kucharz przyrządził dla nas najlepsze dania kuchni lokalnej. Był czas na wspomnienia i żarty z tego, jak to było, gdy tam uczyłem. Chen, już nie jak szef, ale jak przyjaciel, opowiadał o tym, że zbliża się jego emerytura. Ale znów, jak to z nim bywało, nie byłem w stanie zrozumieć, czy bardziej się nią cieszy, czy też martwi. Po lunchu udałem się na gościnny wykład do głównej auli szkoły. Czekali tam na mnie studenci Fugao a także kilku uczniów, których przed laty uczyłem. Młode kwiaty uprawiane są przez naszych ogrodników, a kwitnące górskie miasto zostanie zbudowane, przez naszych absolwentów. Chen poprosił, żebym opowiedział, jak nauka języków wpływa na to, co można w życiu osiągnąć. Wykład rozpocząłem po chińsku, co na nim, jak i na uczniach, zrobiło duże wrażenie. Potem jeszcze wizyta u dyrektora szkoły, wspólne zdjęcia z obcokrajowcami i na tym skończyła się oficjalna część obchodów wizyty zagranicznego eksperta. Chen otworzył się ostatniego dnia naszego pobytu w Lishui. Zabrał nas na prywatną kolację do restauracji w centrum miasta. Była nas czwórka Polaków, on i kilku jego znajomych. Było pyszne jedzenie i alkohol. A że Chen otwierał się odrobinę po otwarciu kilku butelek, wykorzystałem to i zabrnąłem odrobinę w osobiste pytania. Żalił się, że jego syn, który robi karierę w wielkim mieście, jeszcze nie jest żonaty. On w jego wieku już dawno był. A przecież nie jest już pierwszej młodości, i wnuka przecież pasowałoby już mieć. Ponoć ma dziewczynę, ale jeszcze jej rodzicom nie przedstawił. I jak tu budować kwitnące górskie miasto?

Na koniec, gdy wszyscy się już pożegnaliśmy, poznałem Chena, jakiego nie znałem. Wzruszony, wiedząc, że zaręczyliśmy się z Magdaleną przed paroma miesiącami, wyciągnął z kieszenie kopertę, którą wręczył nam wraz z podarunkiem. Jesteś dobrym człowiekiem – powiedział – Nie wiem, czy się jeszcze spotkamy, więc chciałem Wam wręczyć prezent ślubny, bo przecież niebawem będzie ślub, prawda? W Chinach mamy taka tradycję, że rodzina daje 1000 juanów, zaś przyjaciel 500. Proszę – wręczył mi kopertę. Nietaktem byłoby odmawiać, czy oponować. A tutaj jeszcze jedna rzecz, abyście pamiętali o nas! Wyciągnął piękne, bo w Chinach zawsze są piękne, pudełko z dwiema pieczęciami małżeńskimi. Dwa lwy wyrzeźbione w kamieniu, bez wyrytej pieczęci na dole. Podziękowałem i powiedziałem, że w Polsce nie potrafią robić takich pieczęci w kamieniu, jak te w Chinach. Dodałem, że znaczy to tylko tyle, iż musimy wrócić! 

Mam nadzieję, że wrócę, i że jeszcze choć raz w życiu spotkam Chena.

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

1 comment on “Chiński komunista z ludzką twarzą

  1. Pingback: sztuka podpisywania się | na etacie przez świat

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s