Europa Hiszpania

mokre buty w Barcelonie

Miała być ucieczka od szarej Polski do krainy słońca i ciepła. Bo przecież dwa tygodnie wcześniej kąpałem się w morzu podczas pobytu na Sycylii. Miała być ciepła i słoneczna Barcelona. A było zupełnie inaczej, totalnie niespodziewanie.

A wszystko zaczęło się w piątek wieczorem, na plaży. Playa de Barcelona. Słońce już dawno schowało się za horyzontem. Widziałem je w Barcelonie przez 2,5 godziny. Uśmiechałem się do niego od chwili, gdy wyszedłem z samolotu, aż do chwili, gdy wyszedłem z hotelu i gotowy byłem na spotkanie z moją siostrą i z Johannesem. Gdy przywitałem się z nimi, pożegnałem się ze słońcem. I tyle go widziałem przez ten weekend. Playa de Barcelona. Ogromne fale rozbijają się o brzeg, szturmują piasek, deformują wszystko, na co trafią. Niebo jest jeszcze gwiaździste, lecz niespokojne, szargane wiatrem. Mała kawiarnia przy wejściu na plażę już dawno zamknięta, lecz to nas nie zniechęca. Mamy ze sobą dwie butelki czerwonego wina. Przydadzą się. Temperatura przy wodzie spada o kilka stopni, jest chłodniej niż w mieście. Zabieramy trzy krzesła z kawiarni, wbijamy je w piasek i obserwujemy fale rozbijające się tuż przed nami. Popijając wino rozmawiamy o wszystkim i o niczym, żartujemy, śmiejemy się z byle czego.

Gdy wino się skończyło podszedł do nas jakiś Hindus, który wcześniej zaparkował swój rowerek w miejscu, skąd zabraliśmy krzesła. Może jakieś piwko, jakiś alkoholik, a może coś do palenia? Trawa, hasz? Jakby ktoś miał ochotę na narkotyzowanie się, w Barcelonie nie miałby najmniejszego problemu. Z częstotliwością co pięć minut, ktoś podchodził i pytał się, czy czasem przypadkiem nie chcielibyśmy tego i owego. Jednak my wolimy narkotyzować się za pomocą wina. Bo przecież takie przyjemne, takie głębokie w smaku. Efekt po nim podobnie unoszący, a konsekwencje dużo mniejsze, co najwyżej kac o poranku. Od Hindusa, który do nas podszedł wzięliśmy piwa, bo przecież wina się skończyły a wiatr wieje niemiłosiernie i chłodzi nasze organizmy. Postanowiłem na chwilę wstać – nogi rozprostować, ręce rozłożyć, powdychać morskie powietrze. Podszedłem bliżej fal, ale nadal w bezpiecznej odległości. Szumiały jak wodogrzmoty Mickiewicza. I wszystko byłoby wspaniałe, gdyby nie to, że nagle przed moimi oczyma pojawiła się fala gigant. Ot tak, nagle, bez uprzedzenia, czy zapowiedzi, wtargnęła na moje suche terytorium i pokazała, kto tu rządzi. To była sekunda. Gdy minęła, stałem zalany wodą po kolana z butami totalnie zalanymi i przemoczonymi. W dodatku jedynymi, jakie zabrałem. 

Playa de Barcelona
Playa de Barcelona

Pierwszy dzień w Barcelonie kończyłem pod znakiem mokrych butów. I z mokrymi butami się już nie rozstałem.

To nie jest tak, że nie wpadłem na to, by buty wysuszyć. Wpadłem. Kaloryfer wprost buchał ciepłem. Moja królicza nora, którą wynająłem w Barcelonie, stała się sauną, pomagając mi w procesie detoksykacji organizmu zalanego winem koloru czerwonego i wodą morską przesoloną do granic możliwości. Gdy rano wstałem, buty były już idealnie suche.

Uradowany tym faktem zebrałem się dość sprawnie i ruszyłem w stronę miejsca, gdzie mieszkała siostra wraz ze swoim chłopakiem. Moja radość nie trwała długo. Wprawdzie już przed przylotem do Barcelony, wiedziałem, że ma nastąpić załamanie pogody, ale liczyłem trochę na sycylijski przypadek. Wtedy też prognozy mówiły, że będzie padać, a w rzeczywistości cieszyliśmy się 26-stopniowymi temperaturami. A jednak się  nie udało. W starciu ja vs. pogoda, tym razem przegrałem. Rano w sobotę zaczęło lać. I nie przestało do końca dnia. W zasadzie do końca niedzieli i do końca mojego pobytu. Jak żyć – pytałem się w głębi duszy. Bo wszystko przeżyję, ale połączenie wiatru i deszczu znoszę niezwykle źle. Chwile bez deszczu były trzy. Dwadzieścia minut, gdy byliśmy pod Sagrada Familia, dziesięć minut, gdy byliśmy w Parc Guell i kilka minut rano w niedzielę.

Znajomi ostrzegali mnie – Barcelona potrafi spłatać figle o tej porze roku. Ale myślałem – jasne! Pewnie jakiś mały południowy deszczyk! Mówili też o tym, jak ciekawe jest to miasto. Jasne – myślałem sobie. Pewnie jak wiele innych miejsc w Europie. A jednak mieli rację. Barcelona jest niezwykle ciekawa. Jest wciągająca, wielowymiarowa, pełna różnorodności. Przez ten mój weekendowy, krótki pobyt, nie poznałem miasta. Zaledwie liznąłem go trochę i utwierdziłem się w przekonaniu, żeby jednak tam wrócić. Tym razem z Magdaleną, w cieplejszym miesiącu i na odrobinę dłużej.

O tym, co robiliśmy w Barcelonie w ten deszczowy weekend, już wkrótce!

Barcelona
Barcelona

 

jedzenie w La Boqueria
jedzenie w La Boqueria

 

Jamon i jego strażnicy
Jamon i jego strażnicy

 

Targ la Boqueria
Targ la Boqueria

 

sklepy w Barcelonie
sklepy w Barcelonie
Advertisements

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

4 comments on “mokre buty w Barcelonie

  1. lecę za tydzień … nadal wierzę, że będzie słońce 😉

    Lubię to

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s