Europa Hiszpania

Hiszpański spontan

Dwa tygodnie po Sycylii i na trzy tygodnie przez wylotem do Portugalii, stwierdzam, iż nie nacieszyłem się południowym słońcem i jedzeniem, że jeszcze nie przygotowałem się na szarość polskiej zimy, na ciemność i beznadzieję. Dlatego w piątek lecę do Hiszpanii, choć wiem, że wiele osób tym stwierdzeniem by się poirytowało. Barcelona jest stolicą Katalonii, która marzy o suwerenności i bez przerwy podkreśla swoją inność i niezależność. Jednak póki co stanowi część państwa hiszpańskiego.

Lecę do Barcelony, bo musiałem użyć mile lotnicze, które żal by mi było stracić, a okres ich ważności właśnie dobiegał końca. Miałem do wyboru Londyn, Mińsk czy Odessę, i już myślałem, że skoczę na weekend nad Morze Czarne, lub do kosmopolitycznego, aczkolwiek niezwykle drogiego Londynu, gdy nagle pojawiła się ta właśnie opcja. W Hiszpanii już dawno nie byłem. W ogóle za dużo tam nie bywałem. Ostatni raz pod koniec 2010 roku, gdy wraz z Magdaleną lecieliśmy, i potem wracaliśmy z Maroka. Spędziliśmy wtedy dwa dni w Madrycie. Wspominam to z dużym sentymentem, aczkolwiek nie ukrywam, że od brzmienia języka hiszpańskiego, bolała mnie nieco głowa.

Gdy już wymieniłem mile na bilety do Barcelony, okazało się, że w tym samym czasie będzie tam moja siostra. I tak po dwóch tegorocznych spotkaniach z siostrą, które miały miejsce w Gruzji, przyszedł czas na to, by rodzeństwo spotkało się ponownie, tym razem na ciepłym nadal południu.

W Barcelonie byli już chyba wszyscy moi znajomi. Jadę więc zobaczyć, co w tym mieście jest takiego specjalnego, że walą tam takie tłumy. Zrobię rozpoznanie i jeśli wszystko będzie w porządku, być może skoczymy tam z Magdaleną na jakiś dłuższy czas by poodkrywać okolice.

Przy okazji tego wyjazdu, nabrało mnie na wspomnienia. Wygrzebałem więc kilka zdjęć z pobytu w Madrycie, i zanim zacznę pisać z Barcelony, zamieszczę kilka czarno-białych wspomnień z krótkiego pobytu w Hiszpanii.

2010 rok wydaje się odległy niczym epoka. Ten czas trzy lata temu był tak naprawdę dopiero początkiem mojego podróżowania. Miałem za sobą Chiny, kilkakrotnie odwiedziłem Ukrainę i Niemcy, ale jakoś to wszystko jeszcze było w powijakach. Nie byłem mistrzem wyłapywania okazji lotniczych, niczym specjalnym wtedy nie byłem. Po prostu bujałem się od czasu do czasu bez większego ciśnienia. Rzec można – nie byłem jeszcze od podróży uzależniony.

Do Madrytu polecieliśmy Ryanairem. Bagaż podręczny i bagaż rejestrowany, obładowanie odrobinę, bo przecież celem było Maroko, jeden z najpiękniejszych krajów, jakie odwiedziłem. Ponad trzy godziny lotu Ryan’em do Hiszpanii to była prawdziwa tortura. Ciągłe reklamy – kup to, kup tamto, ciągłe hałasy, jakie to wszystko było nieznośne. W końcu się udało, dotarliśmy do Madrytu i wszystko już było cudowne. Pojechaliśmy do naszego hostelu w centrum miasta i mogliśmy się cieszyć kolejnym nowym miejscem.

Do Madrytu dotarliśmy na początku listopada. Pomimo dużej wysokości, na której położona jest stolica Hiszpanii (650 m nad poziomem morza), słońce nadal było dominującym elementem naszego wyjazdu. Temparatura w ciągu dnia nie spadała poniżej 22 stopni. Pamiętam to dobrze, gdyż była to moja pierwsza ucieczka przed beznadziejną polską, późną jesienią.

Jak to bywa  w przypadku krótkich pobytów, skoncentrowaliśmy się na kilku wybranych, charakterystycznych dla stolicy, miejscach. W zwiedzaniu, czy też poznawaniu miasta, pomógł nam znajomy mieszkające na stałe w Hiszpanii, a dokładniej rzecz ujmując – w samym sercu stolicy. Polak i Hiszpan zarazem. Kamil i Elena spędzili z nami odrobinę czasu gotując różne pyszności u siebie, a także zabierając nas do baru, którego na pewno byśmy nie znaleźli, a w którym najlepiej można było obserwować hiszpańskie zwyczaje i kulturę zabawy.

Najbardziej zapadły mi w pamięci dwa muzea. Najpierw Museo del Prado, bo przecież każdy, kto ma jakiekolwiek pojęcie o sztuce, słyszał o nim wcześniej. I po prostu było to fajne przeżycie móc po nim spacerować. W dodatku za darmo, gdyż jak się okazało, nasi hiszpańscy znajomi wiedzieli, kiedy nas tam zabrać, żeby nic nie zapłacić. Najbardziej zaś w pamięci zapadło mi muzeum Reina Sofia. Bo tam właśnie na żywo mogłem oglądać obraz, który przez całą lekcję sztuki w liceum analizowaliśmy, i który naprawdę porusza odbiorcę – Guernica Pabla Picassa.

W piątek to Picasso otworzy mój kolejny pobyt w Hiszpanii, gdyż od Museu Picasso rozpocznę moje zwiedzanie Barcelony.

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

0 comments on “Hiszpański spontan

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s