Polska

w świat na rowerze

Powoli zbliża się czas rozliczania sezonu kolarskiego 2013. Z dnia na dzień słońca jest coraz mniej, więc dla uprawiania tego sportu pozostają jedynie weekendy. A te ostatnie nie grzeszyły piękną pogodą. Ponadto rozpoczął się mój sezon podróżniczy (Białoruś, Sycylia, Portugalia, potem Indochiny), więc zmieniają się priorytety, i czas przyłożyć się do planowania tego wszystkiego. Tak czy inaczej, sezon ten uważam za niezwykle udany i inspirujący jednocześnie. 

Był to drugi sezon kolarski odkąd rozpocząłem przygodę z tym sportem. Sezon, który zamykam bilansem 3000 kilometrów przejechanych w łącznie 110 godzin. To oznacza, że jakbym był cyborgiem, przejechałbym z Krakowa do Portugalii w 4 dni i 14 godzin.

W zeszłym roku moja uwaga skupiona była na jak najlepszych wynikach jeśli chodzi o prędkość. Głównym celem było zrzucenie wagi przed nadchodzącym afrykańskim ślubem. Udało się, straciłem 15 kilogramów i od tamtego czasu utrzymuję tą zmniejszoną wagę. Co nie zmienia faktu, iż w świecie kolarskim nadal reprezentuję sportowców wagi krowiej, bo nie wiem jak inaczej to nazwać. W tym roku skupiłem się na czymś odrobinę innym – na odległościach. To, co zmieniłem, w znacznym stopniu wpływało na mój organizm. Dzięki intensywnym, a jednak krótkim i częstym wypadom w zeszłym roku, traciłem wagę.

W tym roku testowałem swoje możliwości, jeśli chodzi o dystanse pokonywane podczas jednego treningu, jednocześnie niejednokrotnie masakrując swoje mięśnie i stawy. Kiedy dzień był jeszcze długi, 60-cio, czy 80-ciokilometrowy wypad za miasto po pracy, nie był niczym nadzwyczajnym. Po prostu tyle mi było trzeba do szczęścia. Weekendy, te zwykłe, czy też te przedłużone, owocowały wypadami 100, czy 160-cio kilometrowymi. W zasadzie 100-kilometrowy wypad przestał być w tym roku czymś szczególnym, ot po prostu, przyjemny trening. Dopiero przekraczając granicę 150 kilometrów, zaczynałem odczuwać zmęczenie, na co w znacznej mierze wpływ miało małopolskie ukształtowanie terenu.

Rozpoczęcie sezonu było piękne. Po bezlitośnie przedłużającej się zimie, spotkaliśmy się z moim ulubionym kompanem i do szklanki, i do kolarstwa, by z hukiem rozpocząć nowy rok. Michał sprawił sobie nowy rower i tym sposobem oboje mogliśmy śmigać na naszych lekkich i zwinnych TREKach. W kwietniu Michał zawitał do Krakowa i wraz z Robem, ruszyliśmy na otwarcie sezonu. Bez przygotowania, bez większych treningów, zrobiliśmy tego dnia 120 kilometrów. Kosztowało nas to wiele, a jednocześnie zwróciło nam uwagę na to, co w tym roku musimy poprawić. A były to podjazdy, na których nasze tempo było dosyć wstydliwe. Trenowaliśmy ostro, dzięki czemu nasz kolejny wspólny wypad w sierpniu był o wiele łatwiejszy. Piękne, górzyste trasy, okazały się samą przyjemnością. W ten weekend postanowiliśmy wspólnie zamknąć sezon krótkim wypadem w tym samym składzie, co na początku sezonu. Michał, Rob i Ja – nasz mały trzyosobowy team ruszył w trasę, którą przygotowałem tak, by wspomnienia zostały jak najlepsze. Ruszyliśmy na zachód, bardzo dobrze znanymi mi drogami. Pierwsze 60 kilometrów to lekka rozgrzewka, odrobinę falowany teren z dosyć płaskimi odcinkami, jednakże w bardzo malowniczej scenerii. Kolejne 60 kilometrów to wspinaczki – jedne bardzo rozciągnięte na dużym dystansie, jednakże przyjemne, rzekłbym relaksacyjne, drugi – krótkodystansowe, ale o morderczym nachyleniu. Zrobiliśmy 122 kilometry, jak na początku sezonu, a jednak każdy z nas był z siebie niezwykle dumny! Wszyscy wiedzieliśmy, co udało nam się poprawić, w czym jesteśmy mocniejsi, co chcemy osiągnąć w przyszłym roku.

W tym sezonie zauważyłem także i udało mi się kilka osób zarazić do rowerów. Udało się także z kilkoma interesującymi osobami wybrać na krótkie wypady. Wszystkim tym, którzy mi towarzyszyli, serdecznie dziękuję i pozdrawiam!

Tak jak wspominałem na początku wpisu, ten sezon kolarski był także niezwykle INSPIRUJĄCY! Dlaczego?

Każdy człowiek, który ma jakieś hobby, na pewnym etapie zadaje sobie pytanie, w jaką stronę to wszystko pójdzie. Jeszcze niedawno byłem święcie przekonany, że w roku 2014 inwestować będę w jeszcze lepszą kolarkę, by osiągać jeszcze lepsze wyniki. Na takim etapie jest mój ulubiony kompan i przyjaciel – Michał – który zainwestował w rower i dalej inwestuje w to, by zostać kolarzem w pełnym tego słowa znaczeniu. Bo nie ma się co oszukiwać, że jakimiś wybitnymi kolarzami jesteśmy. Nie, my jesteśmy pasjonatami, ale do tych najlepszych nam jeszcze bardzo daleko.

Od jakiegoś czasu zadawałem sobie ciągle to samo pytanie – w jakim kierunku to wszystko pójdzie. Tyle tras już przejechałem – myślałem – ile razy mogę powtarzać te same trasy? W tym samym momencie, gdy zacząłem zastanawiać się nad kierunkiem mojego rowerowego rozwoju, pomyślałem, jak wspaniale byłoby połączyć jedno hobby z drugim – kolarstwo z podróżami. Wpadłem na pomysł, że w przyszłym roku pojadę z Polski do Portugalii. Odrobina rozeznania w temacie, i musiałem stwierdzić, że może to być zadanie ciężkie. Jadąc na kolarce, musiałbym mieć za sobą support, bo kolarka to nie rower na bagaże i przypinane wózeczki. Ponadto, pozycja kolarska, powtarzana każdego dnia przez 30 dni, przez 120 km dziennie, nie jest idealnym pomysłem.

Stałem niejako w miejscu w swoim rozmyślaniach, aż ruszyła lawina inspiracji!

Najpierw pojawił się Will. Był deszczowy dzień w gruzińskiej Swanetii. Siedzieliśmy z Michałem, moją siostrą i z Adamem w naszym guesthousie, zmęczeni po trekkingu po górach Kaukazu, gdy nagle do środka wparował młody, chudy i ewidentnie przemoczony Amerykanin. Pytał o cenę noclegu. Nie mówił po rosyjsku, więc pomogłem w rozmowie z kobietą, którą sprzątała. Właścicielka, która mówi po angielsku, akurat gdzieś się zaszyła. Michała zauroczył kask Willa, mnie to, co on tu w ogóle robi. Aby dostać się do Mestii, musiał przejechać 100 kilometrów ciągłej wspinaczki pod górę. Momentami tak trudnej, że samochód ledwo sobie radził. On dał radę. Zaczęliśmy z nim rozmawiać i poznawać jego historię. Był w Turcji po wielu miesiącach backpackerskiego podróżowania po świecie. Pomyślał, że czas zrobić coś nowego. Kupił rower i ruszył przed siebie… Turcja, Gruzja, Armenia, Azerbejdżan, Kazachstan i inne, dawne sowieckie stany. To wtedy zaświeciła pierwsza lampka w mojej głowie. Przygody Willa obserwowałem na jego blogu i coraz bardziej zaczynałem się zastanawiać…

IMG_4435

Miesiąc po spotkaniu Willa w Gruzji, wracaliśmy z Ukrainy, z krótkiego wypadu do Lwowa. I też zupełnie przypadkiem spotkaliśmy na dworcu w Przemyślu turystę z Krakowa, który przejechał na rowerze Ukrainę i Mołdawię. Ciekawa, kilkudniowa wycieczka po bliskiej zagranicy. Ponownie, bardzo inspirujące…

IMG_5046

Aż nagle nadszedł czas na absolutną wisienkę na torcie. Kiedy już w zasadzie byłem pewien, że w przyszłym roku będę rozpoczynać swoją przygodę z turystyką rowerową, trafiłem na bloga Los Wiaheros. To ludzie znani w polskiej blogosferze podróżniczej. Czytałem ich wpisy, zachwycałem się coraz to innymi epizodami ich wyprawy, po czym na chwilę przed rozpoczęciem kolarskiego weekendu z Michałem, w piątek wieczorem, zauważyłem wpis Los Wiaheros na ich profilu na FB, że następnego dnia, w sobotę rano, będą w Krakowie. Napisałem, postanowiliśmy się na chwilę spotkać zanim oni ruszą w swoją dalsza podróż a my w swoje 120 kilometrów.

Dla tych, którzy Los Wiaheros nie znają, uwaga, kluczowa informacja – Alicja i Andrzej są w podróży na rowerach przez świat od 2009 roku (!!!), czyli przez ostatnie 4 lata (!). Ja i Michał, spotkaliśmy ich w ich finalnym etapie, 2 dni przed powrotem do domu. Ta para to dla mnie absolutna inspiracja a jednocześnie model nie do osiągnięcia. To nie jest tak, że Alicja i Andrzej 4 lata temu rozpoczęli podróż na rowerach z Tajlandii do Polski. Oni jeszcze wcześniej podróżowali po świecie na różne sposoby, tylko w pewnym momencie potrzebowali czegoś nowego.

Te 40 minut, które spędziliśmy na rozmowie pod Adasiem na Krakowskim Rynku, dało mi wiele do myślenia, a jednocześnie dało mi wielkiego kopa motywacyjnego do zrobienia czegoś nowego. Spotkanie z Los Wiaheros było drugim w tym roku bezpośrednim spotkaniem z blogerami, których śledzę i podziwiam. Pierwsze miało miejsce w Nowym Jorku, gdzie spotkałem się z Asią i Pawłem, którzy prowadzą bloga pt. Wędrowni Ufale.

Los Wiaheros to dla mnie tytani podróżowania. Bliżej ludzi i bliżej odwiedzanych miejsc nie da się być. No może gdyby przejść to wszystko pieszo. Skoro oni mogli, i przejechali, takie kraje jak Turcja, Irak, Iran, Pakistan, Chiny, Laos, Kambodża, Tajlandia, czy nawet Afganistan, czym będzie moja podróż na rowerze po Rumunii, Bułgarii i Mołdawii? Zaledwie małym początkiem czegoś nowego. Mam jednak nadzieję, że się uda. Trzymajcie kciuki!

Wszystkim zainteresowanym ewentualną wycieczką tego typu, zapraszam do kontaktu. Na dobry początek proponuję trasę przez Słowację, Węgry, Rumunię i Bułgarię.

IMG_2336

Pozdrowienia dla Los Wiaheros – dziękuję za spotkanie!

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

0 comments on “w świat na rowerze

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s