Różne

Książki | od Wisły do Rzeki Perłowej

0756d-usa

W końcu nadeszła upragniona i wyczekiwana wiosna. Niewiele osób będzie teraz zasiadać do lektury dobrej książki, bo też czas najwyższy zrzucić zbędne kilogramy i przygotować się do letniej rewii mody. Ale pomimo faktu, że statystyczny Polak czyta jedną (!) książkę rocznie, i to już można uznać za sukces bo przeważnie nie czyta żadnej, chciałbym na deszczowe dni, bo i takie się zdarzą, polecić książkę absolutnie pasjonującą, niemożliwą, wręcz surrealistyczną z perspektywy obecnych czasów. A że blog to jest o podróżach to i książka musi być o podróżach. A książka, o której dziś wam napiszę, opowiada o świecie tak bardzo retro, że dla większości z Was będzie to opowieść jak sprzed wieków. O pozycji tej nikt z Was zapewne nie słyszał, tym bardziej o autorze. Podobnie ja, dowiedziałem się o tej historii zupełnie przypadkiem, gdy otrzymałem tą publikację w prezencie od swojej wychowawczyni z czasów licealnych, z którą miałem przyjemność ostatnio się spotkać, jak to w Krakowie przystało, w kawiarni.

Jeślibym Wam powiedział, że wybieram się samochodem z Polski do Chin, stuknęlibyście się w czoło i uznalibyście mnie za wariata, ale przede wszystkim za osobę niezorientowaną we współczesnej geopolityce i podróżach. Podobnie pomyśleli ludzie, którzy pomysł ten usłyszeli z ust Ryszarda Sługockiego kilkadziesiąt lat temu.
To o książce jego autorstwa chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć i do przeczytania zachęcić. Bo jeśli jest wśród Was ktoś, kto czyta jedną książkę rocznie, warto, by była to właśnie ta książka – Od Wisły do Rzeki Perłowej. Mnie wciągnęła od razu. Napisana lekkim, dobrym, ironicznym stylem, przepełniona świetnymi historiami niczym z Indiany Johnsa w Polskim wydaniu, po prostu dobrze się czyta. I choć stron liczy chyba z sześćset, wchodzi bardzo łatwo i nie pozwala szybko się od niej oderwać.

O co więc w tym wszystkim chodzi? Chodzi o spełnianie marzeń. A że jestem człowiekiem, który spełniając małe marzenia dąży do marzeń większych, szukam inspiracji wszędzie gdzie się da. A książka ta bardzo szybko trafiła na listę najbardziej inspirujących tekstów, które wpadły w moje ręce. Ryszard Sługocki jako jedyny człowiek przejechał samochodem z Polski do Chin i już  nikt tego wyczynu nie powtórzył – tak, to jest inspirujące! Przez Bałkany do Turcji, z Turcji przez Iran do Afganistanu, Pakistanu, Indii, stamtąd dalej do Birmy i w końcu do Chin. I to w mrocznych czasach PRL-u, w 1957 roku, w jednym z najbardziej pasjonujących okresów współczesnej historii, gdy żelazna kurtyna dzieliła świat na wolny i komunistyczny, a Polacy jeździć mogli co najwyżej palcem do mapie.

Pierwsze pytanie, jakie stawiałem sobie, zanim jeszcze wgłębiłem się w tekst było następujące – jak do cholery udało się tym szaleńcom, bo z Ryszardem był jeszcze jeden kolega, wyjechać w latach pięćdziesiątych  z Polski i przy okazji przejechać gruchotem połowę świata? Odpowiedzi należy szukać w osobowości Ryśka. MIał chłopak marzenie i je spełnił. Aby to się udało, trzeba było po pierwsze – mieć samochód, co w tych czasach było rzeczą niezwykle trudną do spełnienia. Po drugie, mieć pieniądze na taką wyprawę, co udało się zorganizować, gdyż wyprawa była sponsorowana przez Ekspres Wieczorny, którego pracownikami byli panowie. Po trzecie, należało mieć poparcie polityczne dla tego pomysłu, co akurat okazało się możliwe dzięki panującej w Polsce politycznej odwilży po okresie stalinizmu. W pierwszej fazie przygotowań bardzo szybko pojawili się ci zawistni ludzie, którzy od początku utrudniali spełnienie marzeń. Wydawało się, że cały plan się sypnie, aż w pewnym momencie Rysiek wpadł na pomysł – Gdyby tak ustrzelić Łysego! – powiedział, mając na myśli premiera Józefa Cyrankiewicza. Wbili się do sejmu i w przerwie między obradami zdobyli coś, co otworzyło im drzwi do załatwienia wszelkich sprawa. Cyrankiewicz, znany z pasji do kobiet i samochodów napisał na im dedykację: Życzę szerokiej drogi dzielnym podróznikom – Józef Cyrankiewicz.
Takie proste zdanie sprawiło, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaczęło zapewniać o ciepłym stosunku i sympatii dla wyprawy, Milicja Obywatelska zgodziła się na wydanie podróżnikom broni oraz amunicji, zaś fabryka FSO nie domagała się już zapłaty za Warszawę. Rozpoczęły się gorączkowe przygotowania do wyjazdu. Zgromadzono cześci zamienne do samochodu, 200 lekko przeterminowanych konserw rybnych i masę leków. Jak wspominał sam Rysiek Sługocki – wyjazd nie był perfekcyjnie zorganizowany. Nie spędzono nad planowaniem długich miesięcy, wręcz przeciwnie, wszystko odbywało się na ostatnią chwilę. Po uzyskaniu dedykacji od Cyrankiewicza, redakcja Expresu Wieczornego wręcz nalegała, by w końcu wyjechali, gdyż stawiali premiera w złym świetle przeciągając start wyprawy.
W końcu się udało. Warszawa wyruszyła spod Pałacu Kultury w stronę południowej granicy. Pierwsze chwile spędzone poza krajem, Rysiek wspomina jako czas, gdy ryzykowali oni utratą wątroby. Czechosłowaccy bracia, Słowianie w końcu, okazali się niezwykle gościnni a lokalne koła partyjne co chwila organizowały zwiedzanie fabryk i zakładów produkcyjnych, które podróżnicy odwiedzali na kacu, by potem ponownie siadać za kierownicę. W Czechach nasi polscy podróżnicy spotkali bohaterów ówczesnej Czechosłowacji, zdobywców afrykańskich dróg – Hanelkę i Zigmunda. Rysiek nie zapałał szczególną sympatią to wywyższających się czeskich podróżników, którzy przejechali Afrykę w świetnie zorganizowanym i długo planowanym rajdzie. Czeska szopka – jak to określił Sługocki – zbliżała się do końca. Panowie przekraczali żelazną kurtynę i wjeżdżali na terytorium Austrii. Nieprzychylni polscy znajomi obstawiali, że gdy tylko przekroczą granicę wolnego świata, nigdy już do PRL-u nie powrócą. A jednak nic takiego się nie wydarzyło. Z Austrii ruszyli do Węgier, które dopiero podnosiły się z kolan po „wizycie” sowieckich braci, którzy w 1956 roku stłumili węgierską chęć od odwilży. Po spotkaniu z węgierskim ministrem spraw zagranicznych ruszyli do Jugosławii. Pełni niepokoju przekraczali granicę, gdy okazało się, że Bałkany to przyjazna i gościnna kraina. Ze współczesnej perspektywy, tutaj właśnie zaczyna się rzeczywistość, która trudna jest do ogarnięcia przez współczesnego człowieka. Jugosławia – z naszej perspektywy kraj, który rozpadł się po licznych i niezwykle krwawych wojnach bałkańskich w latach 90 ostatniego stulecia. Wtedy oaza Titowskiego spokoju. Potem jeszcze droga przez krainę bratnich socjalistycznych Bułgarów, i nasi podróżnicy ponownie zawitali do kraju, który należał do przeciwnego bloku w ówczesnych realiach geopolitycznych. Polacy wkraczali do Azji, a jej początkiem była oczywiście Turcja. Turcja o twarzy zupełnie innej niż ta, którą można obserwować teraz. Turcja, gdzie za rogatkami miast kończył się asfalt a kiepskie drogi były prawdziwym sprawdzianem dla warszawy. Piekielne temperatury, tumany kurzu, nic nie rozumiejący ludzie, to wszystko powoli uświadamiało podróżnikom, że wkroczyli w zupełnie inny świat. Kilkakrotnie kontrolowani przez różne służby, musieli odpowiadać na pytania, co ludzie z komunistycznego kraju robią w Turcji. Po Turcji przyszedł czas na Iran, de facto moje kolejne podróżnicze marzenie. Zet, kolega Ryśka, z żalem rozstawał się z alfabetem łacińskim i zaczynał psioczyć na glizdy, jak nazywał alfabet używany w Iranie. Droga do Teheranu była kolejnym sprawdzianem dla warszawy, jednak po raz kolejny, wszystko się udało. W Iranie nasi podróżnicy spędzili trochę czasu. Oczekiwali na kolejne wizy – do Afganistanu i Pakistanu. O ile Afganistan wydał je bez problemu, o tyle z Pakistanem był problem. A bez wizy pakistańskiej, nie udałoby się kontynuować podróży dalej do Indii. Czas spędzony w Teheranie opłacił się. Panowie poznali osobiście szacha Iranu – Muhamada Reze Pahlaviego, tego samego, którego w 1979 obaliła rewolucja islamska Ajatollahów.
I od tego momentu robi się już tylko coraz ciekawiej – Afganistan. Miejsce zupełnie kosmiczne ze współczesnej perspektywy, bo kto normalny w obecnych czasach odważyłby się samotnie przejeżdżać przez ten kraj samochodem? Gdy dotarli z Heratu do afgańskiej stolicy – Kabulu – nikt nie wierzył, że przejechali tą trasę samochodem. Byli chyba jedynymi, którzy tego dokonali. W samym Kabulu utknęli na długo, nadal oczekując na pakistańskie wizy, o których nic nie było wiadomo. Jak zawsze w ich przypadku, w końcu się udało. Pakistan okazał się przyjaznym krajem, w którym podróżnicy nasłuchali się wielu złych rzeczy na temat Indii, co jest rzeczą oczywistą zważywszy na historię konfliktu obu krajów. Aż w końcu przyszły Indie. Sam wjazd do tego kraju był niezwykłą historią. Kilkugodzinne dokładne przeszukanie samochodu nadzorowane przez wyglądającego na Europejczyka oficera straży granicznej, przyprawiało ich o nie lada stres. Na koniec kontroli indyjski pogranicznik odezwał się po polsku życząc szerokiej drogi. Polskie niedobitki już wtedy można było spotkać na całym globie, co było wynikiem drugiej wojny światowej i faktu, iż nie wszyscy chcieli wracać do nowej, socjalistycznej ojczyzny. Indie, podobnie jak teraz, dla podróżników z Europy, stanowiły nie lada wyzwanie. Kontrasty od razu rzucały się w oczy. A gdy w końcu dotarli do Kalkuty, widok tamtejszej biedoty na stałe wrył się w ich pamięć. Podobnie jak spotkany tam pilot, Polak, który latał z ładunkami między Indiami a Europą, i któremu nie udało się wpaść przy okazji do dawnej ojczyzny. Z Indii warszawa popłynęła statkiem do Birmy, gdzie cudem udało się im przejechać kraj aż do granicy chińskiej. Region ogarnięty ciągłą wojną domową, miejsce, gdzie czaiły się niedobitki chińskiej, kuomintangowskiej partyzantki, stanowiło nie lada wyzwanie. I tak nasi kierowcy stali przed bramami bratniego narodu chińskiego. I choć Chińczycy chętnie wydali wizy naszym śmiałkom, jeszcze w czasie, gdy byli w Warszawie, nikt nie przypuszczał, iż uda im się rzeczywiście dotrzeć do ich granic. W czasie tym, dosłownie kilka lat po powstaniu Chińskiej Republiki Ludowej, kraj ten stanowił miejsce tak zamknięte dla ludzi z Zachodu, jak obecnie Korea Północna. Chiny miotane były szalonymi eksperymentami przewodniczącego Mao a w kraju panował wszechogarniający terror, kontrola i niedostatek. Gdy w końcu udało się im wjechać na terytorium Chin, na terytorium przygranicznym, niedaleko Birmy, rozegrała się walka o ich przetrwanie. Nie zdawali sobie oni sprawy z tego, co naprawdę się dzieje. A działo się wiele złego. Lokalne władze stwierdziły, że najłatwiej będzie się ich pozbyć. Po prostu zabić a samochód zniszczyć. Nikt pewnie nie dowiedziałby się o tym, co się stało z dwójką Polaków. Tylko birmańskie kontakty, a także w późniejszym czasie, staranie polskiej ambasady w Pekinie, sprawiły, że Rysiek i Zet, wyszli z tego cało. Jak się potem okazało, w ratowanie śmiałków, zaangażowano najwyższe szczyty władzy PRL, które musiały prosić premiera Chin – Zhou Enlaia o interwencję w sprawie podróżników. Koniec końców udało im się ruszyć dalej do Kantonu, skąd na polecenie polskich władz, zapakowano warszawę oraz kierowców na polski statek pływający między CHRL a PRL. Dopiero po powrocie do kraju dowiedzieli się, jak bardzo wielki wpływa na ich przyszłość miał fakt dotarcia do Chin, oraz późniejsze wypadki, które spowodowały napięcie na linii Polska – Chiny. Po powrocie do Polski podróżnicy potraktowani zostali jak niepotrzebny ciężar, zamiast zbierać gromy pochwał, musieli walczyć o swoje przetrwanie w twardej rzeczywistości PRL, tłumacząc się przy okazji z tego, co narozrabiali w Chinach. Obu pozbawiono pracy w gazecie, która relacjonowała wyprawę, zaś fabryka FSO zażądała zwrotu warszawy. W każdym normalnym kraju, każdy normalny zakład zatrzymałby maszynę, by chwalić się, że o to ten samochód przejechał pół świata i oto właśnie jest niezniszczalny krążownik. Jednak nie w Polsce. Samochód sprzedano jakiemuś warszawskiemu taksówkarzowi, który zapłacił za niego więcej niż za nowe auto tylko dlatego, iż nie musiał czekać na przydział. I choć książka stanowiąca niezwykle pasjonującą opowieść o wspaniałej wyprawie przez świat, kończy się pesymistycznie, wynika to po prostu z panujących w tym czasie w Polsce realiów politycznych. Na szczęście nie oznacza to całkowitego załamania kariery Ryśka Sługockiego, który nadal robił rzeczy niesamowite i spełniał swoje marzenia.
O przejechaniu znad Wisły do Chin nie marzę. Bo póki co jest to dosyć nierealne. Choćby z tego powodu, że do CHRL swoim samochodem wjechać nie można. Czy Chińczycy stworzyli to prawo po tym, jak wjechał do nich Rysiek? Kto wie.
Od Wisły do Rzeki Perłowej. Serdecznie polecam!

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

1 comment on “Książki | od Wisły do Rzeki Perłowej

  1. Michał Twardowski syn siostrzenca Haliny Korolec-Bujakowskiej

    Czy jest możliwy kontakt z Panem Ryszardem? Czy znana jest Mu książka żony Stanisława Bujakowskiego Haliny Korolec-Bujakowskiej „Mój chłopiec, motor i ja” zredagowana przez Łukasza Wierzbickiego?

    Lubię

Podobał Ci się artykuł? Chcesz coś dodać? A może się nie zgadzasz? Zostaw komentarz, doceń pracę autora.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s