Ameryka USA

USA | MoMA – o sztuce w podróży

Dzisiejszy post to swoiste zakończenie serii amerykańskiej. Nie znaczy to, że Ameryka nie pojawi się już w moich opowieściach, jednakże inne destynacje i wspomnienia dopominają się o to, by je opisać. Na zakończenie wiosennej serii historii z USA przygotowałem więc deser, wiśniówkę na torcie, czyli wielką sztukę z Nowego Jorku opakowaną w piękną architektoniczną szatę – Musem of Modern Art, znane jako MoMA, od marca jedno z moich ulubionych miejsc w Nowym Jorku.

Rozmowy na temat sztuki bywają dla jednych interesujące, dla innych nudne. Niestety z reguły nudzą większość. Jednak szeroko pojęta sztuka, wiedza na jej temat, obcowanie z nią, rozwija ludzkie spoglądanie na świat i rzeczywistość równie bardzo jak podróżowanie. Moje obcowanie z tym wycinkiem naszej kultury rozpoczęło się na dobre w liceum. Miałem szczęście trafić na nauczycieli, w szczególności na polonistkę i na nauczyciela sztuki, którzy wiedzę na ten temat przekazywali w sposób, który wydawał się niezwykle interesujący. Zarażali ciekawością wiedzy w skutek czego wiedza ta powoli acz konsekwentnie osiadała w moim umyśle. Od czasu do czasu, w ramach lekcji, czy też po nich, wybieraliśmy się na wycieczki po krakowskich muzeach lub w podróże po Polsce śladami wysokiej kultury. Poznawałem nasze polskie malarstwo, kulturę szlachecką, pojmowałem klasykę, by móc w końcu zacząć obcować z sztuką nowoczesną. Trudno bowiem odbierać sztukę nowoczesną, czy też współczesną, bez pewnego kulturowego gruntu, bez wiedzy na temat tego, co było wcześniej, bez odniesień do przeszłości. Bo choć wiele nurtów zrywa zupełnie z tym, co było przed, niektóre nadal czerpią z przeszłości. Wykształcenie humanistyczne, choć mocno negowane przeze mnie w ostatnich latach ze względu na jego „nieprzystosowanie” do współczesnych wymagań rynkowych, nie jest rzeczą zupełnie złą. Z mojej perspektywy jest nawet swoistym fundamentem tego, kim jestem. Bo choć człowiek ze mnie przeżarty nowoczesnością, gadżetami, internetem, nadal jest to człowiek, który pamięta, że po wiedzę szło się do biblioteki, do muzeum, do archiwum, do encyklopedii. Wszechstronność człowieka polega na tym, że może na co dzień budować mosty i drogi, prowadzić biznes, pracować w korporacji czy w sklepie, a w weekend zachwyci się czymś ciekawym i pięknym na wystawie, w muzeum, w galerii, kinie, czy teatrze. Moje obcowanie ze sztuką, jak wcześniej wspominałem, rozpoczynało się na dobre w Krakowie. Krakowskie muzea z lat licealnych do światowej moderny zdecydowanie nie należały. W większości z nich dominowały stare płótna od średniowiecza, przez renesans i barok po romantyzm. Wiele w nich było bitew, klęsk, szlachty i religii. I choć z początku zachwycały i dały wiedzę na temat piękne klasycznego, z czasem zaczęły się nudzić. I wtedy nadszedł czas odkrywania moderny, czegoś świeżego, skłaniającego do myślenia, pełnego emocji przekazu, lecz niekoniecznie oczywistego w przesłaniu.

Przez ostatnie lata podróżowania nauczyłem się jednego – byłoby szkoda, podróżując po świecie, nie zobaczyć tego, co świat ma do zaoferowania w temacie sztuki. Dlatego też odwiedzając różne miejsca, zawsze sprawdzam, czy jest tam coś, co jest godne uwagi, coś o czym uczyłem się z podręczników sztuki, coś o czym wiem wiele, ale na żywo nigdy tego nie widziałem. A potem idę, wspieram kulturę kupując bilety, i zmierzam do celu. A gdy już przed nim staję, zachwycam się jak dziecko, bo też pamiętam, że jako dziecko nigdy nie pomyślałem o tym, że kiedyś będzie mi dane zobaczyć te rzeczy na własne oczy.

Zaczęło się na dobre tuż przed przeprowadzką do Chin. Miałem dzienny stopover w Monachium, więc wsiadłem w kolejkę i szybko przedostałem się z lotniska do centrum. I w ciągu jednego dnia odwiedziłem wszystkie najważniejsze pinakoteki w tym mieście: Alte Pinakothek, Neue Pinakothek oraz Pinakothek der Moderne. Dwie pierwsze przeleciałem dosyć szybko, wyłuskując jedynie prawdziwe perełki, które chciałem zobaczyć. Bardzo szybko bowiem nauczyłem się, że w świecie wielkich muzeów nie należy stawiać na zobaczenie wszystkiego. Świadomy odwiedzający, zobaczy i doceni przede wszystkim to, co wie, że chce zobaczyć. W starej pinakotece skupiłem się na Rafaelu i da Vincim, Rembrancie i Brueglu. W nowej pinakotece spędziłem odrobinę więcej czasu przy Goi, Delacroix, Monecie, Gaugenie i Cezannie. A i słoneczniki Van Gogha dosyć mnie pochłonęły. Jednak najwięcej czasu tego dnia spędziłem w Pinakothek der Moderne, świątyni sztuki nowoczesnej. Nie dość że budynek wspaniały i ekspozycje podane świetnie na wielkich nowoczesnych przestrzeniach, to jeszcze te nazwiska – Matisse, Klee, Miro, Magritte, Dali, Picasso, Kandinsky, Warhol i wielu, wielu innych. To, co zapamiętałem z wystawy sztuki nowoczesnej to fakt, że za szybą zobaczyłem swój laptop firmy IBM. Coś, co dla mnie było wtedy szczytem marzeń, dla Niemców było już przedmiotem muzealnym. A może była to tylko prowokacja?

 I tak te przygody ze sztuką postępowały powoli, aż zaczęła powstawać lista miejsc, które na mojej mapie przygód ze sztuką królują, i do których miałem szczęście zawitać – Pinakoteki Monachijskie, Shanghai Museum w Chinach, Museo del Prado oraz Reina Sofia w Madrycie. Na liście jako oczekujące są jeszcze Muzea Watykańskie, ale tutaj pośpiechu nie ma, gdyż do Włoch staram się wybierać regularnie, oraz oczywiście Louvre, ale to musi poczekać – aż w końcu przemogę się i do Paryża w końcu się wybiorę.

I przyszedł czas na Nowy Jork. Podczas trzeciej wyprawy do stolicy świata, odczułem nareszcie potrzebę, by zobaczyć coś innego aniżeli tylko ulice i budynki, które tak bardzo fascynowały mnie podczas pierwszej i drugiej wycieczki do Nowego Jorku. Trochę w tym wyborze pomogła mi niekorzystna pogoda, która sprawiła, że nareszcie wybrałem się do dwóch miejsc, które od długiego czasu miałem na swojej liście. O pierwszym, The Metropolitan Museum of Art, pisałem w pierwszych relacjach w USA. Drugie miejsce – opisywana w tym poście MoMA – zamknie kulturalną część dotyczącą Stanów Zjednoczonych.

Była to sobota 16 marca. Dzień wielkiej, największej na świecie, parady z okazji święta św. Patryka. Dzień mroźny, chłodny, wietrzny, i ponoć jest to już tradycja. Gdy upolowaliśmy swoje miejsce przy barierkach na Piątej Alei, zaczął się długotrwały proces wychładzania naszych organizmów. Jednak gdy parada na dobre się rozpoczęła, zrozumieliśmy, że dobrze zrobiliśmy. Mieliśmy świetne miejsce. Zobaczyliśmy tak wiele, jak chcieliśmy zobaczyć, jednak kolejnym punktem na ten dzień, była MoMA. Dlatego też ustawiliśmy się w odpowiednim miejscu na rogu Piątej Alei i 53 ulicy, skąd mieliśmy jedynie kilka kroków do wejścia. Dotarliśmy i od razu poczuliśmy wszechogarniające ciepło. Magdalena i mama nie mogły nacieszyć się możliwością ogrzania zmarzniętych organizmów. Ja z wielką niecierpliwością czekałem, aż skończymy pić herbatę i ruszymy na podbój sztuki nowoczesnej. Aby MoMĘ podbić, należy ją wesprzeć. Dwudziestoma pięcioma dolarami od osoby. I niestety, w przeciwieństwie do Metropolitan Museum of Art, nie jest to donacja, lecz po prostu wymagana opłata. Ale warto, naprawdę warto. W kategoriach myślenia o sztuce jest to chyba najlepiej wydane 25 dolarów. Dodatkowo, mieliśmy wielkie szczęście, gdyż nie musieliśmy sterczeć godziny a nawet dwóch, w oczekiwaniu do kas. Tłumy oglądały paradę, mniejszy tłumek postanowił w tym czasie oglądać sztukę.

Czym więc jest ta MoMA, że tak Wesołowskiego zachwyca? Otóż wyobraźcie sobie, że siedzicie w środku Europy, który geograficznie przypada gdzieś w Polsce, i myślicie sobie – chcę zobaczyć dzieła największych mistrzów sztuki nowoczesnej. Robicie listę dzieł sztuki lub nazwisk, i zaczynacie wytyczać szlak. Aby je zobaczyć, zaczynacie od Berlina, potem lecicie do Skandynawii a stamtąd do Paryża. Z Paryża do Madrytu, a z Hiszpanii do Włoch. Naprawdę wiele europejskich krajów trzeba przejechać, by nabrać jako takiego oglądu sztuki nowoczesnej. A teraz zmiana. Siedzicie w nowojorskim central parku i myślicie sobie – chciałbym zobaczyć światową i europejską awangardę sztuki nowoczesnej. Robicie listę dzieł i nazwisk i… jedziecie metrem do MoMA. Nowojorskie Museum of Modern Art ma pod jednym dachem zgromadzoną taką ilość sztuki, że naprawdę zapiera do dech w piersiach.

Jednym z powodów, dla których postanowiłem do MoMA zawitać, jakkolwiek śmiesznie to może zabrzmieć, był fakt, iż pół roku wcześniej, będąc w Oslo, nie mogłem zobaczyć słynnego Krzyku Muncha, który na stałe rezyduje w Norwegii. Nic jednak w naturze nie ginie, i w końcu udało mi się Muncha dorwać, właśnie podczas pobytu w Nowym Jorku, w którym tymczasowo Krzyk przebywa.

Z MoMA wyszedłem niezwykle zadowolony, powiedziałbym – zaspokojony! Moje ochy i achy nie miały końca i nazwę tego muzeum wypowiedziałem w następnych dniach chyba setki razy. Z tego muzeum pozostały mi nie tylko świetne wspomnienia, ale także wspaniale wydana książka o najważniejszych eksponatach oraz pare niezłych magnesów na lodówce.

Wspaniałe muzeum! MoMA – Polecam!

 

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

1 comment on “USA | MoMA – o sztuce w podróży

  1. Pingback: Rachunek Sumienia 2013 | marcin wesołowski

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s