Ameryka USA

USA | amerykańskie seriale

Każdy lubi seriale. Przynajmniej tak mi statystycznie wychodzi z rozmów ze znajomymi. Każdy ma coś za czym przepada i w obecnych czasach nie jest problemem, by mieć to, co się chce. Ja lubię amerykańskie seriale. Z prostej przyczyny – są to najlepsze seriale na świecie, zrobione z reguły w sposób genialny a przy tym bardzo ładny. Są niezwykle wciągające i uzależniające a przy tym plastycznie piękne i technicznie dobrze zrobione. Serwowane są w zrozumiałej, amerykańskiej odmianie języka angielskiego, która bądź co bądź, jest prostsza od brytyjskiego angielskiego.

Moja przygoda ze Stanami nierozłącznie związana jest z filmami i serialami. Jeszcze w latach, gdy przez myśl mi nawet nie przeszło, że moja stopa stanie na amerykańskim lądzie, wyobrażałem sobie jak to naprawdę jest w tym USA. Czy samochody rzeczywiście mają tak wielkie a drogi tak szerokie? – zastanawiałem się. Marzyłem też, by zjeść kiedyś obiad w przydrożnym dinerze, gdzie co chwilę dolewają Ci kawę. W dzieciństwie okłamałem matkę mówiąc jej, że źle się czuje, tylko po to, by zobaczyć kolejny odcinek serialu Kojak (Kodżak – pamięta ktoś?). Czy ktoś teraz kojarzy nazwisko Telly Savalas? Dla młodego ucznia szkoły podstawowej ten łysy aktor radzący sobie z nowojorskimi bandziorami w latach siedemdziesiątych był prawdziwym bohaterem. Między 1990 a 1993 rokiem chyba każdy Polak oglądał Dynastię. W dzikich czasach transformacji niejeden  marzył, by kiedyś mieć taki żyrandol jak rodzina Carringtonów. Jako gówniarz zrywałem boki przy serialu Świat według Bundich, który stał się zapewne inspiracją dla naszych polskich Kiepskich. Po latach siedemdziesiątych w Kojaku fajnie było pooglądać sobie realia „standardowej amerykańskiej rodziny” w latach osiemdziesiątych. Wiedzę o Ameryce chłonęły nawet moje babcie, które od 1994 roku śledziły losy bohaterów Mody na Sukces. Jedna z babć odpadła koło 2005 roku gdy stwierdziła, że ona już z tego nic nie rozumie a wszyscy ze wszystkimi już wszystko robili. Gdy w okolicach końcówki jej przygody z serialem Moda na Sukces przyjechałem do niej w styczniu i Ridge wchodził do windy, wychodził z niej w okolicach marca. Myślę, iż trzeba kilku generacji, by poznać i zgłębić zawiłości Mody na Sukces. Ktoś kto zobaczyłby ten serial od początku do końca powinien dostać niemałą nagrodę za zmarnowanie dużej części swojego życia.

O USA z wielkiego i małego ekranu dowiedziałem się równie wiele jak z książek, gazet czy studiów. Dlatego też dzisiejszy post, pierwszy pisany po powrocie do kraju, chciałbym poświęcić kilku oglądanym przeze mnie serialom, które, jeśli nie widzieliście, bardzo serdecznie polecam!

Pomiędzy powrotem z wyjazdu do Gruzji a wyjazdem do USA, poświęcałem się oglądaniu trzynastu odcinków nowej amerykańskiej produkcji. Franka Underwooda, granego przez Kevina Specey, poznajemy na samym początku. Szef demokratycznej większości w Kongresie i świetny legislator oraz polityk, daje się poznać jako skuteczna i inteligentna osoba. Im więcej poznajemy Franka, tym bardziej budzi on w nas wstręt i zgrozę. Czy tak wygląda amerykańska polityka? – zastanawiam się od razu. Zapewne tak. Tylko naiwni ludzie wierzą bowiem, że Ameryka to ostoja demokracji, gdzie każdy jest wolnym człowiekiem. Ci bardziej zorientowani w życiu i polityce obywatele Stanów i świata, wiedzą, że w Imperium rządzą wpływy i pieniądze. Frank Underwood po wyborze nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych spodziewa się nominacji na stanowisko Sekretarza Stanu, które jednak otrzymuje ktoś inny. Zawiedziony i jeszcze bardziej wkurzony rozpoczyna realizację swojego politycznego planu zemsty. O tym opowiada jeden z najlepszych amerykańskich seriali ostatnich lat – House of Cards. Serial wyprodukowany za 100 milionów dolarów, który nie był emitowany przez żadną z wielkich amerykańskich stacji, został stworzony z przeznaczeniem na platformę filmową Netflix. Wszystkie trzynaście odcinków pojawiło się jednego dnia – 1 lutego tego roku. I jak to bywa w takich przypadkach, zajęło mi kilka dni, by cały sezon skończyć. Jak zawsze w moim przypadku, niezwykle pasjonujące są filmy, które dzieją się w miejscach, w których byłem. A sceną tego serialu jest Waszyngton, stolica największej potęgi świata, po której spacerowałem dwa lata temu.

Trwa wojna w Iraku i Afganistanie. Giną amerykańscy chłopcy, Ci którzy trafią do niewoli nieczęsto z niej wychodzą. A jeśli już, to najczęściej w worku. Aż nagle po ośmiu latach niewoli jeden z takich zaginionych marines, zostaje odbity i wraca do USA. Dlaczego nie zginął, jakim cudem przeżył te osiem lat? Tego typu wątpliwości ma jedynie młoda agentka CIA Carrie Mathison. Przez kilka miesięcy poprzedzających wyjazd do USA z niecierpliwością czekałem na każdy nowy odcinek serialu Homeland, który jest czymś w rodzaju dobrego filmu sensacyjnego z domieszką polityki, a właściwie geopolityki. Mamy więc cudem ocalonego Marines, który wraca do kraju jako bohater, szybko wciągany jest do polityki, i nic w tej historii nie byłoby specjalnego gdyby nie fakt, że Nicholas Brody, wspomniany marines, został nawrócony przez islamistów i pozostawiony przy życiu dlatego, iż według nich stanowił klucz do wypełnienia misji, którą ma być zamach na najwyższe osoby w państwie. Scena w garażu jest jedną z moich ulubionych. Rodzina, na nowo oswajająca się z mężem i ojcem, który uważany był za zmarłego, układa się do snu. Brody wychodzi z domu, idzie do garażu, rozkłada dywan, dokonuje ceremonialnej ablucji, czyli obmycia, otwiera Koran i zaczyna modlitwę… Allah akbar. Serial ma obecnie dwa sezony i już z wielką niecierpliwością czekam na sezon trzeci.

Niejeden mężczyzna, gdyby przeczytał, co zaraz napiszę, pomyślałby – co za wariat z tego Wesołowskiego. A napisać chciałem o serialu, który w moim mniemaniu, nie ważne czy oglądany w Polsce czy w Wenezueli, w Afganistanie czy w Malezji, będzie swoistą esencją amerykańskości w codziennym wydaniu, w zupełnym oderwaniu od polityki i wielkich spraw. Desperate Housewives, w Polsce tłumaczone jako Gotowe na wszystko, dla mnie jest serialem kultowym. Gdy po raz pierwszy zetknąłem się z tą amerykańską produkcją, pomyślałem, iż jest to coś dla bab. I zupełnie o tym zapomniałem. Gdy w 2007 roku przeprowadziłem się do Chin, wybrałem się na targ, gdzie sprzedawano płyty DVD. Od kilku dni, ze względu na końcówkę pory deszczowej, siedziałem po pracy w mieszkaniu i nieco się nudziłem. W moim małym milionowym miasteczku niewiele było płyt bez chińskiego dubbingu, jednym z tytułów było Desperate Housewives. Tak właśnie rozpoczęła się moja pięcioletnia przygoda z tym niesamowicie wciągającym serialem. I jeśli jest wśród Was ktoś, kto tego serialu do tej pory nie widział, niech was nie zmyli nazwa. Nie jest to bowiem historia kur domowych siedzących w domu i robiących ciasteczka. Owszem, główne bohaterki są poniekąd typowymi amerykańskimi kurami domowymi mieszkającymi na przedmieściach, jednak w szybko dowiadujemy się o ich nietypowych perypetiach. Film pełen jest intryg, dziwnych historii i zwrotów akcji, a nawet morderstw w nim nie brakuje. Ogląda się go jak dobry film sensacyjny i swoistym rytuałem było czekanie na każdy poniedziałek, gdy wychodził kolejny odcinek. Serial ten ma jeszcze jeden wielki plus. Język, amerykański angielski, którym posługują się bohaterowie, jest niezwykle prosty i przejrzysty, dla znających angielski w ogóle nie potrzebne są napisy, a przy okazji każdy, kto chce poprawić swój język mówiony, znajdzie w tym serialu niezłą szkołę w przyjemnym opakowaniu.

O ile Desperatki można uznać za serial dla wszystkich, o tyle kultowy Sex and the City, czyli w naszym polskim tłumaczeniu Sex w wielkim mieście to serial babski na wskroś. A jednak mając wybór między operami chińskimi lecącymi w telewizji w czasach, gdy mieszkałem w Lishui, a tym serialem, wybrałem serial. Nie ukrywam, może nie wszystko w nim było niesamowicie wciągające, gdyż rozterki Carrie raczej nie były tym, z czym mogłem się utożsamiać, a jednak z wypiekami na twarzy śledziłem zawiłości życia czterech głównych bohaterek dziejące się w jednym z moich ulubionych miast – Nowym Jorku. To dzięki temu serialowi właśnie odbywałem swoje pierwsze spacery po Manhattanie i dowiedziałem się, że miejsca, która „występowały” w serialu, musiały za to słono zapłacić.

Dla wszystkich zainteresowanych światem mediów, Wesołowski także coś ma! Zastanawialiście się jak może wyglądać praca w amerykańskich mediach? Z odpowiedzią przychodzi, także całkiem nowy, a przy okazji bardzo dobry, serial o wymownym tytule Newsroom. Poznajemy w nim niezwykle szanowanego, choć także przy okazji nieco znienawidzonego, szefa i jednocześnie prowadzącego program informacyjny News Night – Willa McAvoya. Facet ma cięty język i w bardzo trafny sposób komentuje polityczną i ekonomiczną a także obyczajową, rzeczywistość w Stanach Zjednoczonych  i za granicą. Na sukces tego jednego, bardzo rozpoznawalnego człowieka, pracuje cały sztab ludzi zatrudnionych w redakcji. Każdy odcinek jest zdominowany przez jeden określony temat oparty na faktach, dla przykładu Arabska wiosna czy wyciek ropy w zatoce meksykańskiej. Chcesz wiedzieć jak działają amerykańskie redakcje telewizyjne, zacznij od tego serialu.

Seriale to ogólnie dobry sposób na to, by poznać kulturę i codzienne obyczaje kraju albo poszczególnych aspektów życia. Chcecie wiedzieć jak w USA robić pieniądze na niczym, jak zarabiać na mówieniu i to mówieniu totalnych bzdur? Albo po prostu jak ściągać kasę z bogatych ludzi jak z dojnych krów? W takim razie serialem dla Was jest House of Lies – serial o szeroko pojętym consultingu. Marty Kaan, główny bohater, gruba ryba i najbardziej dochodowy pracownik firmy consultingowej Galweather & Stern, to cwaniak nad cwaniaki, który zapewne potrafiłby sprzedać sprzęt do odśnieżania lotniskom w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Uczymy się od niego nie tylko sztuczek marketingowych ale też mętnego języka branżowego, którym posługują się konsultanci.

Języka młodej współczesnej Ameryki może nas także nauczyć sitcom 2 broke girls. Akcja toczy się w dinerze (szybka restauracja) na nowojorskim Williamsburgu. Max, wiecznie spłukana dziewczyna pochodząca z patologicznej rodziny o bardzo męskim podejściu do życia spotyka Caroline, dziewczynę z wyższych sfer, która na zabój potrzebuje pracy, gdyż jej ojciec został wsadzony do więzienia za malwersacje finansowe, zaś cały majątek przepadł. Caroline wpada na pomysł, by założyć z Max biznes polegający na robieniu i sprzedaży cupcaków, w czym bardzo dobra jest Max. Serial ten ma niezłe poczucie humoru i kultowe teksty ( i jedne z najlepszych żartów o hipsterach). Niech przytoczę:

Max: The apartment is two blocks away.

Caroline: Yes I know, two blocks and fifteen „hola chicas!” away.

 

Jako osoba absolutnie kochająca podróże lotnicze, nie mogę pominąć jednego serialu, który niestety na rynku nie podbił serc widzów i nie wygenerował wystarczającego ruchu, by postanowiono go kontynuować. Moje serce podbił jednak całkowicie i na chwilę pozwolił mi przenieść się we wspaniałe lata sześćdziesiąte, gdy na pokładach samolotów można było palić papierosy, a same samoloty przypominały latające salonki. O lotnictwie właśnie, i o jednym z ówczesnych symboli Ameryki, opowiada jeden z moich najbardziej ulubionych seriali – Pan Am. A teraz wyobraźcie sobie halę nowojorskiego lotniska. Idą po niej absolutnie piękne stewardesy i niezwykle przystojni piloci. Zabierają na pokład samolotu ludzi, których stać na ten ekskluzywny środek transportu. Wylatują z nimi na koniec świata robiąc międzylądowania by zatankować paliwo. Gdy docierają na miejsce załoga spędza tam kilka dni na wypoczynku i dobrej zabawie. Takie to były czasu. W tle polityka, szpiegostwo, zimna wojna i sprawy obyczajowe. Niezwykła gratka dla wszystkich miłośników lotnictwa!

 

Każdy człowiek szuka w życiu jakichś inspiracji. Cztery seriale, które z wielkim zapałem oglądałem, sprawiły, że zastanawiałem się, kim z czterech głównych bohaterów chciałbym być. W dzieciństwie sprawa była prosta. Chciałem być supermanem, głównie dlatego, że potrafił latać. Jak widać miłość Wesołowskiego do latania ma już dosyć długie korzenie. Jako dorosły facet zastanawiam się, kim chciałbym bardziej być: Dexterem Morganem, Patrickiem Jane, Nealem Caffrey czy doktorem Walterem Bishopem? Doszedłem do wniosku, że Dexterem nie, bo w gruncie rzeczy zabijanie to rzecz zła. Patrickiem też nie, bo aby zostać kim jest musiał stracić rodzinę. Walterem też nie, bo nie chciałbym, żeby losy świata spoczywały w moich rękach. Wyszło mi więc, że chciałbym być Nealem Caffrey. Wprawdzie musiałbym chwilę w więzieniu odsiedzieć, ale za to jakbym wyglądał, jakie ciuchy bym nosił, jaką wiedzę bym miał!

 

Dexter Morgan to bohater serialu Dexter. Jest specjalistą od krwi w Miami Metro Homocide, czyli wydziale zabójstw. NIepozorny, spokojny człowiek, który w dzieciństwie stracił matkę w tragicznych okolicznościach. Wychowywał go ojciec policjant. Jesgo siostra także została policjantką. Nic nie byłoby ciekawego w tym serialu, gdyby nie to, że Dexter to człowiek uzależniony od zabijania. Na szczęście wychowany w odpowiedni sposób przez ojca zabija jedynie osoby złe, które popełniły zbrodnie, a których sprawiedliwość stanu Floryda nie mogła dorwać oficjalnymi kanałami.

 

W klimatach policyjnych i ciepłych pozostajemy oglądając The Mentalist, którego akcja dzieje się w Kalifornii. Patrick Jane był kiedyś człowiekiem sukcesu. Fortunę zbijał na dawaniu ludzi złudnych nadziei jako mentalista, czyli ktoś, kto udaje, że widzi przyszłość, że komunikuje się ze zmarłymi. Pewnego dnia seryjny zabójca, Red John, postanawia pokazać mu, że nie wszystko może przewidzieć. Brutalnie morduje jego żonę i córkę. Patrick, po początkowym totalnym załamaniu, postanawia zemstę. Aby spełnić swoją żądzę wendetty, zatrudnia się jako konsultant w CBI (California Bureau of Investigation).

 

Moim wielkim idolem jest bohater serialu White Collar – Neil Caffrey. Ponadprzeciętnie inteligentny, cholernie przystojny i świetnie ubrany specjalista od fałszowania wszystkiego, co się da, głównie dzieł sztuki. Złapany przez równie inteligentnego detektywa FBI, ma do wyboru – spędzić wiele lat w więzieniu lub pomóc wydziałowy FBI do spraw białych kołnierzyków. Wybiera to drugie. Z elektroniczną obrożą na nodze, ograniczony do małego wycinka Manhattanu, sprawdza się jako konsultant FBI. Jednocześnie ciągle szargają nim wątpliwości, czy to jest rzeczywiście to, co chce robić.

 

Ostatnim serialem o którym chcę wspomnieć jest Fringe – nie jest to serial służący do poznawania amerykańskich realiów, bo scenarzyści, którzy pisali odcinki tej serii musieli nieźle się w życiu napalić. Doktor Walter Bishop jest największym umysłem świata, który swoimi umiejętnościami ma ocalić ludzkość od kompletnej destrukcji, do której niejako sam doprowadził błędami, które popełnił w swojej karierze naukowej. Jeśli chcecie się mocno nadziwić wyobraźni amerykańskich producentów, serdecznie to polecam!

 

Amerykańskie seriale oglądają ludzie na całym świecie. I właśnie to jest jednym z wyznaczników, dlaczego ten kraj nadal jest uważany za hegemona, i jeszcze przez bardzo długi czas jego kulturalna dominacja na globie nie będzie zagrożona.

1 comment on “USA | amerykańskie seriale

  1. Trudno było znaleźć ten artykuł w google, strona ciekawa, zasługuje na lepsze pozycje w wyszukiwarkach. Pozycjonowanie w 2015 stało się skomplikowane, jest coś co ci się napewno przyda, poszukaj sobie w google – niezbędnik dla każdego webmastera

    Polubienie

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s