Azja Gruzja

Gruzja | Mccheta i Ananuri

5e18a-gr004
Widok na Mcchetę z monastyru Jvari

Wracam jeszcze na chwilę do Gruzji. Bo Gruzja to nie tylko gwarne Tbilisi. To także masa absolutnie niezwykłych krajobrazów, dla których do tego kraju walą tłumy turystów. Szczególnie w lecie, gdy można wybrać się do magicznej Swanetii czy regionu góry Kazbek. Ze względu na porę roku, a także ograniczony czas, nie mogłem planować nic więcej poza okolicami Tbilisi.

Na szczęście w całym tym naszym krótkim i napiętym czasowo pobycie, znalazła się chwila, a dokładniej rzecz ujmując, dwa dni podczas weekendu, gdy wraz z moją żoną, siostrą, Sabiną i Zwiadem, zapuściliśmy się odrobinę poza stolicę.
Podczas pierwszego spotkania ze Zwiadem zastanawialiśmy się, gdzie pojechać i co zobaczyć. Dylematy te nie są łatwe do rozstrzygnięcia podczas tej pory roku. W wysokie góry jechać nie możemy, bo śnieg i zaspy wszystko blokują – to uświadomiliśmy sobie dosyć szybko. To może Gori, miasto Stalina? – zastanawialiśmy się z Madzią. Jednak samo miasto nam odradzano. Nic poza muzeum słynnego tyrana tam nie ma. A że Gruzini rodaka swojego wielkiego zaciekle bronią, nie chciało mi się wdawać w jałowe rozmowy na temat prawdziwej oceny Józefa. Sami Gruzini doskonale wiedzą jaki do niego stosunek mają Polacy. Tak więc nici z Gori.

W końcu doszliśmy do wniosku, że poprzestaniemy na małych wypadach: w sobotę do Mcchety, dawnej stolicy Gruzji, oraz w niedzielę do twierdzy Ananuri w miejscowości znajdującej się kilkadziesiąt kilometrów na północ od Tbilisi.

W sobotę mieliśmy pochmurną pogodę. Nie było zimno, ale za to bardzo wietrznie. Dzień wcześniej oczywiście była okazaja do wznoszenia toastów, więc dosyć ciężko się rano wstawało. Wyszliśmy koniec końców z mieszkania i od złapaliśmy taksówkę. Siostrę oraz Sabinę spotkaliśmy na targu staroci przy Suchoj Most. Mieliśmy nadzieję, że jak zawsze podczas takich wyjazdów, uda się nam upolować coś małego, fajnego, innego, coś co przypominać nam będzie o tym miejscu. Jednak targ przy Suchoj moście nie oferuje nic ciekawego, a tymbardziej nic ciekawego w dobre cenie. Ruszamy więc do mieszkania siostry w okolice Marjanishvili. Na miejscu czeka już Zwiad.

Zaprasza nas do swojego idealnie wyczyszczonego mercedesa. Zauważyły to siostra i Sabina, które nie raz już jechały jego pojazdem. Zaiste pachniało w środku! Po chwili jedziemy już przez Tbilisi. I po raz kolejny przekonujemy się wszyscy na swojej skórze, że Gruzini to nerwowi kierowcy. Nie ma tam szans ten, który wchodzi na pasy i próbuje mieć nadzieję, że nadjeżdżający kierowca postanowi się zatrzymać.

Do Mcchety dojeżdżamy po jakiejś godzinie. Senne miasteczko ewidentnie odremontowano w ostatnich latach z myślą o przyjeżdzających turystach. W ciepłym sezonie, widzę to oczyma wyobraźni, po uliczkach walają się tłumy podróżnych. O ilości najeźdźców świadczy chociażby wybudowany dla odwiedzających gigantyczny parking, gdzie zostawiamy naszego mercedesa. Tego dnia niewiele się tam jednak dzieje. Pojedyncze osoby, głównie Chińczycy, walczą z silnymi porywami wiatru. Mocne podmuchy sprawiają, że powietrze jest inne niż to w Tbilisi, trochę bardziej górskie, świeże.

Mccheta to jedno z najstarszych miast Gruzji. Ma 8 tysięcy mieszkańców. Niewiele jak na nasze standardy. Jeszcze mniej jak na standardy zmarzniętych Chińczyków spacerujących obok. Przez osiem wieków aż do V wieku naszej ery, była to stolica Iberii. Do momentu, kiedy król Wachtang przeniósł stolicę do Tbilisi, gdzie z ziemi tryskały gorące źródła.
Głównym celem naszej wizyty jest katedra życiodajnej kolumny – Swet Cchoweli. Miejsce to było miejscem koronowania władców gruzińskich a obecnie jest siedzibą Gruzińskiego Prawosławnego Kościoła Apostolskiego. Sam kościół ma zaś prawie tysiąć lat.
Stojąć przed tym majestatycznym budynkiem dokonuję porównania z tym, co widziałem w Armenii. Podobna kopuła, podobna w zasadzie konstruckja i styl, a jednak jest to coś zupełnie innego. Z pozoru bratnie narody nie przepadają za sobą, choć ze wszystkich stron okrąża ich islam. Różnica między Gruzinami i Ormianami jest bowiem znacząca – Gruzini są prawosławni, Ormianie mają swój kościół autokefaliczny. Prawdziwą różnicę w stylach można dopiero zobaczyć w środku świątyni. W Armenii kościoły w środku są mroczne, ściany proste, ciemne. W Gruzji przyozdobione są one kusztownymi freskami. Niestety Sowieci znacznie przyczynili się do zniszczenia tych pięknych malunków. Opowiadał o tym Zwiad, który, gdy byliśmy w Ananuri, pokazywał nam przepiękne freski, które udało się uratować po tym, jak sowieci zamalowali całe wnętrze kościoła białą farbą.

Katedra Swet Cchoweli w Mcchecie
Wizerunek Chrystusa nad ikonostasem
Ikony – jedna z moich wielkich miłości
Madzia bardzo polubiła świeczki palone w cerkwiach i monastyrach
Tego dnia wiatr dosłownie nas przechylał

W Mcchecie nieźle nas przewiało, więc postanowiliśmy wyskoczyć na porządne chinkali do przydrożnej restauracji między Mcchetą a monastyrem Jvari. Ponieważ wiedzieliśmy, że gdzie jak gdzie, ale na położonym na wysokim wzniesieniu monastyrze Jvari przedmucha nas jeszcze bardziej, należało przygotować się odpowiednio jedząc porządną ciepłą strawę.
Chinkali to mój ulubiony przysmak w Gruzji. Chaczapuri, czyli coś w rodzaju gruzinskiej pizzy, w kazdym razie ciasto, nie przypadło mi specjalnie do gustu. Nigdy nie przepadałem za chlebopodobnymi produkatami oprócz samego chleba, oczywiście najlepiej polskiego. Za to chinkali, jak na mój gust, przebija wiele różnych ‚dumplings’, które jadłem w różnych zakątkach naszego ciekawego świata. Tajemnicą chinkali jest rosołowy wywar zamknięty w pierogu razem z mięsem. Chinkali jest pyszne, gdy jest gorące, potem z każdą chwilą traci idealny smak. Zamawiając więc większą ilość, dobrze jest poprosić by przynoszono je turami. Tego dnia po raz pierwszy mieliśmy z Magdaleną okazję by spróbować gruzińkich chinkali. Zwiad bacznie obserwował naszą technikę jedzenia, po czym pochwalił nas za umiejętność konsumowania. O co chodzi? Otóż chinkali nie je się nożem i widelcem, czy też samym widelcem. Chwyta się je w dłonie i gryzie się kawałek ciasta na rogu. Pierwszą rzeczą, którą należy zrobić to wyssać rosołopodobny wywar z środka. Dopiero potem zjadamy mięso wraz ciastem. Na talerzu pozostawiamy czubek chinkali, który jest miejscem jego zamknięcia. Nie jada się tego kawałka ciasta z prozaicznego powodu – jest on niedogotowany.

Zwiad sprawdza naszą technikę jedzenia. Sabina zresztą też 🙂
Madzia jako miłośnik jedzenia, bardzo łatwo dochodzi do istoty rzeczy

Po jakże sycącym obiedzie postanowiliśmy, że wjeżdżamy samochodem na wzniesienie, gdzie znajduje się monastyr Jvari, drugi najważniejszy monastyr w regionie Mcchety. Na górę prowadziłą kręta i średniej jakości droga, na której raz po raz mijaliśmy roztrąbione sznury samochodów eskotujących młode pary na krótką sejsę fotograficzną. Gdy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że trudno tam nawet spacerować. Wiał tak silny wiatr, że wszyscy musieliśmy dosłownie trzymać czapki na głowach.
Na chwilę zatrzymałem się i po prostu spoglądałem na okolicę. Ciągle każde z nas powtarzało niczym mantrę słowa – jak tu pięknie musi być latem! Moja siostra ciągle psioczyła, że żałują, iż pod koniec marca muszą już wyjechać. Sabina zaś bez przerwy upominała Aśkę, aby nie mówiła, jak to wszystko musi wyglądać podczas ciepłych miesięcy. A ja z doświadczenie wiem, że jeśli każde z nas zechce, kiedyś tam ponownie wrócimy.

Monastyr Jvari, z którego roztacza się piękny widok na Mcchetę.
Mccheta widziana z monastyru Jvari
Widoki w Jvari
Niezawodna Łada
Sesja ślubna przy wejściu do Jvari. Roztrąbione kawalkady ślubne mijaliśmy tej soboty co kilkanaście minut

Po wizycie w monastyrze Jvari stwierdziliśmy, że już wystarczająca nam głowy przewiało i pora się napić. Wróciliśmy do Tbilisi, gdzie czekało nas przemiłe spotkanie w domu u gruzińskiej rodziny, którą poznaliśmy przez mieszkającą w USA mamę Magdy.
Następnego dnia ponownie wstawało się ciężko. Wino lekko szumiało w głowach, lecz musieliśmy sprawnie dotrzeć do siostry w okolice Marjanishvili. Zwiad wymyślił dzień wcześniej, że zrobimy sobie szaszłyki. O szaszłykach Zwiada słyszałem od dziewczyn, gdyż miały okazję te pyszności jeść, gdy były w rodzinnych stronach kolegi – w Kachetii. Skuszony perspektywą mięsnej uczty ucieszyłem się z tego pomysłu. Zanim wpakowaliśmy się do samochodu, poszliśmy ze Zwiadem po drzewo. W centrum miasta drzewo też musi być, jeśli się chce przyrządzać wykwintne jedzenie na piecu specjalnie do tego przygotowanym. Zabieramy więc drzewo z lokalu, gdzie pierwszego dnia piliśmy z Sashą Rusieckim i wkładamy wszystkie potrzebne nam rzeczy do bagażnika – rozpałka, papier, mięso, plastikowe kubki i butlę wina. A jak!
Ananuri, do którego się wybraliśmy musi – jak wiadomo – pięknie wyglądać w lecie. Gdy tam dotarliśmy nie było nam dane zobaczyć pięknego jeziora nad którym zlokalizowana jest twierdza, ponieważ… nie było wody. Żartowaliśmy, że to wszystko wina Miszy. Miszy Saakaszwili. Dziewczyny, w szczególności moja siostra, jakoś przebolały brak jeziora. Wybraliśmy się na chwilę do kompleksu, który wieki temu był świadkiem wielu bitew. Podziwialiśmy piękną architekturę oraz wnętrze kościoła znajdującego się w twierdzy. Na moment usiedliśmy przy wejściu ogrzewając się w mocnych promieniach górskiego słońca.

W drodze do Ananuri
Twierdza Ananuri
Wyschnięte jezioro
Asia i Magda zastanawiają się nad idealnym miejscem na robienie szaszłyków
wracamy z twierdzy

Zanim znaleźliśmy swoje miejsce na ucztę, Zwiad podjechał do kobiety, która w okolicy prowadzi pensjonat. Serdecznie zapraszała latem, kiedy, jak wiadomo, wokół jest tak pięknie, zielono, a woda jeziora leniwie szumi o poranku. Kobieta o ewidentnie dobrym sercu postanawia wesprzeć nas, niedoposażonych biwakowiczów, i podarowywuje nam drewno.
Chwilę póżniej jesteśmy gotowi do grilowania szaszłyków. Powiedzieliśmy chyba setny raz na przestrzeni ostatnich 2 dni, jak pięknie musi tu być latem. Siedząc w odkrytej przez nas swoistej altance nad (tego dnia wyschniętym) jeziorem obserwowaliśmy  otaczające nas góry i położoną w oddali twierdzę.
Zwiad rozłożył sprawnie wielkie kawałki drewna na małym ruszcie i zaczął bardzo sprawnie podpalać całą tą konstrukcję. Widać było, że chłopak robił to już nie raz. Gdy potrzebował czegoś do przerzucania palących się kawałków drewna, bardzo szybko odszukał w okolicy starą zardzewiałą kosę.
Czas mijał nam na rozmowach, lecz głód powoli się oddzywał, gdy zaczęliśmy nabijać kawałki zamarynowanego mięsa na metalowe kije przywiezione ze stolicy. Mięso pachniało aromatycznymi przyprawami i pięknie zaskwierczało, gdy Zwiad położył je na ruszcie. Cała okolica pokryła się nieziemskim aromatem, aż pojawiło się towarzystwo w postaci okolicznych psów zainteresowanych naszym kuchceniem.
Szaszłyki jedliśmy na płaskim pieczywie. Mięsko było z lekka chrupkie, wspaniale przyprawione i idealnie wysmażone. Popijaliśmy je winem domowej roboty nalewanym z plastikowej butelki do naszych eleganckich plastikowych kubeczków. Także Zwiad, pomimo tego, iż był naszym kierowcą, zgodził się za naszymi namowami, by jeden toast z nami wypić. W końcu to tylko wino! Po pierwszym łyku okazało się jednak, że wino to było wyśmienite i wyśmienicie mocne. W pewnej chwili przestałem liczyć toasty, choć potem w drodze powrotnej zdecydowanie tego żałowałem, gdyż pęcherz przypominał mi o tym niemiłosiernie.
Tak czy inaczej, były to zdecydowanie jedne z najlepszych, jeśli nie najlepsze szaszłyki jakie jadłem w życiu. Idealne mięso w górach Kaukazu z świetnymi ludźmi – cóż może być lepszego?

Miejsce naszej biesiady
Zwiad i jego „miecz”
Przepyszne szaszłyki
Widok w drodze powrotnej do Tbilisi.

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

3 comments on “Gruzja | Mccheta i Ananuri

  1. turluturlu

    piękne zdjęcia, pozdrawiam 😉

    Lubię

  2. Pingback: Rachunek Sumienia 2013 | marcin wesołowski

Podobał Ci się artykuł? Chcesz coś dodać? A może się nie zgadzasz? Zostaw komentarz, doceń pracę autora.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s