Armenia Azja

Armenia | podróże po kraju

Armenia to kraj kościołów i krajobrazów. Po pobycie w stolicy – Erywaniu, oraz po błogiej ciszy nad jeziorem Sevan, przyszedł czas na przemierzanie skalistych szlaków, oglądanie świątyń, a wszystko to, by jeszcze bardziej poczuć ducha tego kraju.

Po raz pierwszy stanąłem w progu ormiańskiej, niezwykle starej świątyni, gdy byłem we Lwowie, na Ukrainie. Ciemna nawa z niewielką ilością ozdób rozbrzmiewała magicznym śpiewem ormiańskiego chóru, który celebrował początek niedzielnej mszy. Było to na długo przed wyjazdem do Armenii, lecz bardzo szybko przeniosło mnie w wyobraźni do tych kamiennych świątyń rozrzuconych po kraju otoczonym prawie zewsząd przez muzułmańskich sąsiadów.

Ruszyłem więc dalej w głąb kraju, by odwiedzić najbardziej znane przykłady architektury sakralnej. A pierwszym miejscem, do którego dotarłem w tej swojej sakralnej odysei była niechrześcijańska świątynia w Garni z której roztaczał się przepiękny widok na rzekę Azat.

Dolina rzeki Azat

Świątynia w Garni powstała w pierwszym wieku po Chrystusie dla uczczenia wcielenia Armenii jako prowincji do granic Imperium Rzymskiego. Przez długi czas czczono w niej Boga Słońca. W chwili, gdy dojechałem do Garni, po kompleksie spacerowała grupa młodych ludzi z Iranu. Przytuleni, roześmiani, wyglądali na niesamowicie szczęśliwych. Na tyle świątyni młoda para namiętnie całowała się i nawet, straszliwi wandale, pozostawili ślad swojej miłości wyrysowany flamastrem na mających dwa millenia murach świątyni. Podejrzewam, że irańska gwardia rewolucyjna szybko zajęłaby się nimi, gdyby miało to miejsce w Teheranie.

Świątynia w Garni

Kilkanaście kilometrów na północ od Garni znajduje się pierwszy spory monastyr, który podczas swojego pobytu w Armenii miałem okazję odwiedzić. Geghard to miejsce szczególne. To w tym miejscu według wierzeń chrześcijańskich przechowywano włócznię, którą przebito ciało Chrystusa, a która w ostateczności trafić miała do armeńskiego centrum wiary – Eczmiadzynu. W Geghard zasiadłem na ławce tuż przed wejściem do świątyni i obserwowałem tłum lokalnych, którzy przyjechali powierzyć swoje intencje we wnętrzach mrocznej świątyni. Po chwili usiadł obok mnie przysadzisty mężczyzna i zapytał się, czy pracuję dla National Geographic. Zauważył zapewne logo na mojej nerkówce. Wytłumaczyłem, że jestem jedynie turystą, że odpoczywam, że przyjechałem na wakacje. A skąd jesteś – zapytał. Gdy usłyszał, że z Krakowa, z Polski, od razu się poruszył. Jak się okazało jego znajomy z uniwersytetu zajmował się badaniami nad rzezią Ormian, która miała miejsce na początku XX wieku i swego czasu  przebywał także w Krakowie. Opowiadał o naszym pięknym rynku i o cudownej majowej pogodzie, jednak gdy ja zacząłem zmierzać do swoich pytań, mężczyzna przywołany przez żonę, przeprosił grzecznie i pożegnał się, po czym zniknął we wnętrzu świątyni.

Chaczkary koło monastyru Geghard
Monastyr Geghard
Mroczne wnętrza monastyru Geghard

W Geghard spędziłem chwilę na spacerach po otaczających monastyr gajach, jednak przede mną była dalsza droga, tym razem do serca Kościoła ormiańskiego.
Eczmiadzyn to swoisty Watykan tego kraju. Najlepiej wybrać się do niego w niedzielę, i tak też uczyniłem. Dzień zapowiadał się pochmurny i deszczowy, a moim głównym celem było dojechanie do granicy tureckiej, by stamtąd podziwiać niesamowity majestat góry Ararat. Nic jednak nie zapowiadało, że miało to być mi dane. Odrobina nadziei pojawiła się, gdy podjechałem pod katedrę, w której ormiański Katholikos odprawiał niedzielną mszę. Deszcz mijał, a zza chmur wyzierało niebieskie niebo, wokół rozbrzmiewały zaś  śpiewy ormiańskiego chóru kościelnego. Ormianie to pobożny naród, który tego dnia przybywa dużą masą modlić się ze swoim pasterzem. Skutkiem tego, bardzo trudno zaparkować w bezpośredniej bliskości katedry. Gdy w końcu się to udaje, mogę spokojnie wkroczyć do najważniejszej dla Ormian świątyni.

W Eczmiadzynie – ormiańskim Watykanie

W głównej nawie zgromadziły się już tłumy oczekujące na rozpoczęcie się południowej ceremonii. W nawach bocznych panował odrobinę mniejszy ruch a rozmodleni Ormianie ciągle donosili świeczki, które stawiali w jakiejś znanej tylko sobie intencji.

Ludzie podczas modlitw stawiają świece wotywne

Po krótkim spacerze ustawiłem się w jednym miejscu w nawie głównej i spokojnie oczekiwałem na rozpoczęcie mszy. Nagle rozległ się śpiew chóru, który był po prostu tak piękny, że nie chciało mi się stamtąd wychodzić. Nagle podeszła do mnie znajoma, którą poznałem w hostelu, starsza kobieta objeżdżająca świat. „Zawsze kochałam te ich śpiewy” – powiedziała uśmiechnięta, po czym poszła w swoją stronę. Krótkie nagranie z mszy w Eczmiadzynie poniżej:

Nie zostałem na całej mszy. Choć coraz piękniejsze śpiewy chóru ciągle powstrzymywały mnie od wyjścia, wiedziałem, że w końcu muszę wyjść. Na zewnątrz robiło się coraz bardziej słonecznie i ciepło, a ja ciągle marzyłem o tym, by stanąć u stóp góry Ararat. W dniu, kiedy kupiłem bilet do Armenii, spojrzałem na artykuł na Wikipedii, aby szybko przeczytać sobie o tym, co mnie czeka w tym kraju. Znalazłem tam piękne zdjęcie, które towarzyszyło mi przez kilka miesięcy oczekiwania na wylot. Ten widok miał być ukoronowaniem mojego wyjazdu w ten region. Pozostawiłem więc za sobą centrum religijne kościoła ormiańskiego i ruszyłem do monastyru Khor Virap znajdującego się na granicy z Turcją, tuż u podnóża góry Ararat.
Góra Ararat, symbol Armenii. Jak pisze Wojciech Górecki w swojej książce Toast za Przodków: Nawet gdy zasłaniają go chmury, instynktownie wyczuwasz jego obecność. Gdy docieram do Khor Virap, monastyru znajdującego się na granicy z Turcją, wiem już, że nie mam co liczyć na to, że zobaczę ten masyw z bliska. Chmury zalegały na wysokości jakichś 2 tysięcy metrów, zaś pozostałe 3 tysiące pozostawały ponad nimi. Po rzezi Ormian na początku XX wieku, na tereny, gdzie położona jest góra napłynęła ludność turecka i kurdyjska. Sama góra znajduje się zaś na terytorium tureckim i jest strefą zmilitaryzowaną. Wejście na jej obszar wymaga specjalnych pozwoleń i może odbywać się jedynie w zorganizowanej grupie oczywiście po stronie tureckiej. Chociaż góra pozostaje poza terytorium Armenii, jest jej symbolem, na który wszyscy mieszkańcy spoglądają z nostalgią. Znajduje się w godle tego Państwa, jej nazwa widnieje w wielu oficjalnych nazwach – klubów, barów, restauracji, firm. Nawet najbardziej znany koniak produkowany w Armenii nazywa się Ararat.
po drodze do Khor Virap
Khor Virap, w tle góra Ararat schowana w chmurach
Khor Virap

Gdy przestałem wpatrywać się w masyw górski ukryty za chmurami, schowałem się na chwilę w świątyni. A ponieważ była to niedziela, ponownie trafiłem na mszę, która odbywała się w nawie tego starego kościoła.

Msza w Khor Virap
Wkrótce nadeszła jednak pora obiadowa i wraz z przewodniczką pojechaliśmy do wioski położonej nieopodal klasztoru. Przed nami była jeszcze długa droga do ukrytego za skalistymi górami klasztoru Noravank. Trzeba było napełnić brzuchy, aby mieć siłę na dalszą wyprawę a także by przygotować się na wieczorne spotkanie przy winie, które zapowiadało się niezwykle ciekawie.
Na obiad pojechaliśmy do armeńskiej rodziny. Ot taki system, że każdy współpracuje z każdym. Wiedzieli, że będziemy jechać i wiedzieli o której mniej więcej się zjawimy, wiec przygotowali ucztę a przy uczcie jak wiadomo, najlepsze są rozmowy przepijane dobrym alkoholem. I choć pora była to wczesna, cóż, gości należy godnie przyjąć. Ormianie, podobnie jak Gruzini na północy, wyznają zasadę, że Gość w dom, Bóg w dom.  Z tego co wiem, nie wyznają tej wiary aż tak ekstremalnie jak Gruzini, ale bardzo im do nich blisko. Zresztą przekonam się wkrótce.
Ari, nasz gospodarz, przygotował obiad jakiego w Armenii jeszcze mój żołądek nie  doświadczył. Jadało się w restauracjach i kawiarniach w Erywaniu, ale przecież wiadomo, że to co najlepsze, zawsze wychodzi spod ręki gospodyni domowej. Ari obiad zrobił razem z żoną. Lubi gotować. Specjalnie rozwinął spory ogródek za domem, gdzie rosły świeże warzywa, a także, czego szczególnie mu zazdrościłem, piękne, dorodne granaty.Kuchnia to była niezwykle aromatyczna, pikantna, z dużą ilością przypraw, czosnku, papryki, kminku, kolendry. Wszystko to, jak mówił Ari, ma nie tylko podarować im aromaty, które najbardziej kochają, ale także zapewnić zdrowie, którego tak bardzo potrzebują. Przy zdrowiu miała nas także trzymać wielka butla wina zrobionego z rosnących w ogródku granatów. Przyznam, iż był to pierwszy raz, gdy piłem wino z tego owocu. Nie mogę powiedzieć, że należało do najpyszniejszych, jednakże bardzo dobrze wspomagało naszą polsko-ormiańską rozmowę.
Zanim jednak zgłębiliśmy historie rodzinne i państwowe, na stół po kolei wjeżdżały następujące wspaniałości: szaszłyki z baraniny, obok była dolma – gołąbki z przyprawionym mięsem zawinięte w liście winorośli, do którego dodatkiem był ryż z rodzynkami uformowany na kopkę w kształcie niczego innego jak góry Ararat. Zupełnie zapomniałbym o zupie gulaszowej, gdyż w okolicach jej podawania Ari zaprezentował coś naprawdę przykuwającego uwagę – wielki jak diabli tradycyjny chleb ormiański czyli lawasz. Wypiekany on jest w piecu zakopanym w ziemi. Ari tłumaczył, żebym się nie krępował i jadł śmiało, bo zapas u nich jest niemały. Jak się bowiem okazało, wraz z nadejściem jesieni, a wrzesień jest przecież przedsionkiem jesieni, niektóre armeńskie rodziny wypiekają lawasz na zapas. Tak zasuszony lawasz można w każdej chwili przywrócić do życia – należy go tylko skropić niewielką ilością wody i odstawić na chwilę zawinięty w serwetę. Żona Ariego raz po raz wnosiła różne pyszności i kładła jest wprost przede mną i jej mężem. Wszędzie wokół leżały warzywa, owoce oraz masa słodyczy.

Ari prezentuje swój lawasz

Po obiedzie wyszliśmy na werandę, z której mieliśmy idealny widok na nadal zasłonięty chmurami Ararat. Rozmawialiśmy o życiu w Polsce i życiu w Armenii. Ari zapytał się, czy wybieram się do Górnego Karabachu jak wielu turystów, którzy przyjeżdżają do Armenii. Wyjaśniłem, że jestem tutaj zbyt krótko, więc zwiedzam wyłącznie właściwą Armenię. Pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym zapytał, czy byłem w Gruzji. Wielu turystów przylatuje do Gruzji, spędza tam jakiś czas a potem odwiedzają nas. – powiedział. Armenia jest bowiem w dosyć specyficznej sytuacji geopolitycznej. Granice na zachodzie i wschodzie są zamknięte. Zachodnia granica z Turcją zamknięta jest z powodu wiadomego mordu na Ormianach. Granica wschodnia zamknięta jest ze względu na niedawną wojnę z Azerbejdżanem. Odpowiadam, że nie, nie przyjechałem z Gruzji. Wylądowałem na lotnisku Zvartnos w Erywaniu. To jedna z dwóch głównych dróg do ich kraju. Jedna prowadzi przez ląd z Gruzji, druga przez lotnisko. Przybysze z Zachodu nieczęsto przyjeżdżają od południowego sąsiada – Iranu. Wyjaśniłem, że na Gruzję przyjdzie czas osobno, kiedyś w przyszłości. Nie sądziłem, że na Kaukaz powrócę ponownie po ledwie półtorej roku. Ari wydawał się zadowolony, że tak po prostu wybrałem ich kraj na miejsce swoich krótkich wakacji. Pytałem o Karabach – mówił po angielsku – bo tam niebezpiecznie bywa. I nie wpuszczą Cię potem do Azerbejdżanu jeśli będziesz chciał tam pojechać. Zapytałem o jego stosunek do tego wszystkiego. Przechylił kielich z winem i powiedział spokojnie – With Georgians we like each other. With Azeri we kill each other. W wojnie z Azerbejdżanem Ari stracił kuzyna. O wszystkich stratach materialnych, które poniosła jego rodzina, nawet nie wspominał. Wszystko zaczęło się w 1988 roku. W Azerskiej SSR, wtedy części sowieckiego sajuza, zaczęły się pogromy Ormian. Ci zaczęli się bronić. Jedni, Azerowie, wyznający islam, drudzy, Ormianie, wyznający chrześcijaństwo. Sowiecka inżynieria społeczna przyczyniła się na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci do przemieszania różnych narodów żyjących w tamtym rejonie. I takim właśnie sposobem na terenie Azerów znalazło się sporo Ormian. Już po upadku Sajuza, w 1992 roku, walki przybrały na siłę i w regionie trwała już regularna i krwawa wojna. Karabascy Ormianie odnieśli szybko dosyć sporo zwycięstw. W ich wyniku Ormianie posuwali się szybko do przodu i przejęli inicjatywę. W 1994 roku zawarto porozumienie i zawieszeniu broni. Azerbejdżan stracił 20% swojego terytorium, które obecnie zwane jest Górnym Krabachem. Nie jest ono częścią Armenii, a de facto, niepodległym, choć nieuznawanym przez większość państwa krajem. Nie, nie jadę, przynajmniej nie tym razem – powiedziałem.

Czas nas zaczynał naglić, więc pożegnaliśmy się miło i oboje życzyliśmy sobie tego, że kiedyś ponownie się zobaczymy i że żyć będziemy w zdrowiu i spokoju.

Naszym ostatnim przystankiem tego dnia był położony nieopodal granicy irańskiej monastyr Noravank. Aby tam dotrzeć, przemierzaliśmy niesamowite szlaki przecinające szczyty skalistych gór. Gdy docieraliśmy na miejsce, minęliśmy jadący doliną orszak ślubny. Gdy moja uwaga przestała się skupiać na jadących i trąbiących samochodach, w oddali ukazał się ogromny masyw górski u stóp którego zlokalizowany jest kompleks świątyń, który swego czasu był miejscem kompletnie ukrytym od reszty świata.

Górski szlak wiodący do Noravank
Poniżej droga wiodąca do monastyru Noravank
Formacje skalne w dolinie Amaghu
Ukryty między skałami kompleks Noravank
Kościół św. Jana Chrzciciela
Kościół Surb Astvatsatsin
W Noravank odbył się tego dnia ślub

Ten intensywny dzień kończyłem w wiosce Areni, gdzie produkuje się jedne z najlepszych armeńskich win. Zajechaliśmy na miejsce późnym popołudniem i szybko przystąpiliśmy do konsumpcji lokalnych win. Ceny były aż nadto zachęcające, więc nie musiałem się zbytnio oszczędzać. Przede mną był jeszcze cały następny dzień w Erywaniu, więc zanim wróciłem do Polski, miałem jeszcze wystarczająco dużo czasu, aby dojść do siebie po nadmiernym spożyciu.

Minęło półtora roku i za 3 dni ponownie udaję się w podróż do tego regionu. Tym razem do sąsiadującej z Armenią od północy Gruzji. Ze względu na zimową aurę, nie będę skupiać się na zwiedzaniu, tak jak robiłem to w Armenii. Dla odmiany, chcę poznać ludzi, najlepiej wielu ludzi. A w tym wszystkim mam nadzieję, pomoże mi moja siostra, którą życie rzuciło na kaukaski front na okres trzech miesięcy. O tym opowiem Wam już wkrótce.

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

3 comments on “Armenia | podróże po kraju

  1. Świetny blog, dziękuję. Przeczytałam z przyjemnością, a za kilka dni wybieramy się z mężem do Armenii. Pozdrawiam

    Lubię

  2. Trafić dziś na prawdę dobrego bloga to rarytas, zatem cieszę się, że tu trafiłem

    Lubię

  3. Przez takie publikacje jak te na twojej stronie pokochałem wirtualne
    dzienniki

    Lubię

Masz pytania? Chcesz coś dodać? Skomentuj poniżej

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s