Armenia Azja

Armenia | Erywań

fdf5f-meczeterewan25cc2581

Szykuję się do wyjazdu do Gruzji. Nie będzie to wyjazd długi i wakacyjny, gdyż kraj ten przyjdzie mi odwiedzać w nieprzyjaznym okresie zimowym. Nie zobaczę więc tych pięknych, zielonych przełęczy i wspaniałych szczytów ukrytych w Swanetii. Ale też w tym zimowym właśnie okresie postanowiła zamieszkać tam moja siostra, którą zaplanowałem odwiedzić. Większość znajomych myśli, że w Gruzji już byłem nieopatrznie myląc ją z Armenią, gdzie udałem się w 2011 roku. Do ponownych odwiedzin na Kaukazie szykuję się czytając książki i artykuły, staram się przygotować do rozmów z jej mieszkańcami i do poznania tego tak bardzo popularnego w ostatnich latach celu podróży Polaków. O Gruzji opowiem więc wkrótce, teraz zaś wrócę wspomnieniami do podróży do Armenii, krainy, która sprawiała wrażenie zupełnie innej planety. Na początek zapraszam do Erywania.

Widok na pięciotysięcznik – górę Ararat

Swego czasu, za komuny, popularne były żarty z serii ‚Radio Erewań’:

P: – Jakie jest najpiękniejsze miasto w ZSRR ?
O: – Erewań.
P: – Ile bomb atomowych potrzeba, aby zniszczyć Erewań ?
O: – Moskwa to też piękne miasto.

(pisownia Erewań ma etymologię w czasach radzieckich, obecnie stosuje się nazwę Erywań)

Erywań to z pewnością nie jest najpiękniejsze miasto byłego ZSRR. Na terenie byłych republik sowieckich można by wyliczyć przynajmniej kilka, kilkanaście, które są o wiele ładniejsze, jednakże nie można powiedzieć, że jest to miasto zupełnie brzydkie. Przylatując do Armenii, podobnie jak przybywając do Gruzji, ma się świadomość, że to nie stolice tych państw stanowią główną atrakcję. To co najpiękniejsze znajduje się bowiem poza miastami: wspaniałe szczyty, klasztory ukryte na wzniesieniach, cudowne, lazurowe jeziora, po prostu piękno natury naznaczone historią człowieka.

Do Armenii wybrałem się we wrześniu 2011 roku. Piękna pora roku. Nie jest ani gorąco, ani zimno, po prostu w sam raz. Bezpośredni lot polskimi liniami z Warszawy do Erywania był bardzo przyjemną, sprawną podróżą. Po niecałych czterech godzinach wytoczyłem się z pokładu samolotu i wraz z innymi przybyszami skierowaliśmy się ku wyjściu. Przed nami było jeszcze wiele zabawy, zanim opuściliśmy terminal lotniska Zvartnos. W tym czasie od obywateli RP, podobnie jak innych przybyszy z Unii Europejskiej, wymagana była wiza. Na szczęście była to wiza, którą można było zakupić na lotnisku. Owo kupowanie nie było tak prostą czynnością jak chociażby w Turcji, gdzie płaci się w Euro i otrzymuje naklejkę w paszporcie. Ot tyle. W Armenii wyglądało to zgoła inaczej. Najpierw należało się udać do maszyny, która wymieniała obcą walutę na armeńskie dramy. Z określoną kwotą, 3000 AMD, należało się udać do okienka po odpowiedni formularz do wypełnienia. Następnie szło się do kolejnego okienka, gdzie urzędnik udzielał wizy, czyli drukował piękny, kolorowy kawałek papieru wklejany na całą stronę paszportu. Pomimo czasu, który należało spędzić na wykonywaniu wszystkich tych czynności, ucieszyłem się, bo wiza czy pieczątka w paszporcie to dla każdego zapaleńca najlepsza pamiątka z podróży. Z dniem 1 stycznia 2013 roku Armenia zniosła obowiązek wizowy dla obywateli Strefy Schengen.
Erywań, stolica republiki, stał się na kilka dni bazą wypadową, z której udawałem się w różne jednodniowe wyjazdy. Kraj to nie jest wielki, więc nie było potrzeby spania w innych miejscach.  Zawsze udawało się wrócić na noc do stolicy. Zanim dotarłem na miejsce, jeszcze w Polsce, starałem się wybrać jakiś logiczny nocleg. Okazało się to dosyć frustrującym procesem, ponieważ na Kaukazie panują dwa typy miejsc, w których można spać: bardzo drogie lub bardzo tanio. A co za tym idzie bardzo fajne lub bardzo kiepskie. W końcu znalazłem coś podstawowego, ale zarazem przyjemnego – Envoy Hostel. Envoy dostał jakiś czas temu nagrodę najlepszego hostelu w Armenii i jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego, na całym Kaukazie. W sumie nie zdziwiło mnie to, bo tak dobrze zorganizowanej firmy dawno nie widziałem. Obsługa mówiła świetnym angielskim i rosyjskim, pokoje były nieskazitelnie czyste a ludzie, którzy się przez to miejsce przewijali, okazali się bardzo ciekawymi osobnikami.
Wspomnę tutaj pewną kobietę. W pokoju, w którym się zatrzymywałem były oprócz mnie 2 osoby. Starszy Japończyk nie należał do specjalnie rozmownych. Wstawał o 5 rano, ruszał przed siebie i wracał na noc. Starsza kobieta z Szwecji wstawała trochę później, ale też wracała dosyć późno. Chyba drugiego dnia zamieniliśmy kilka słów po angielsku. Rozmowa potoczyła się ciekawie, bo okazało się, że Pani ta odwiedziła dosyć dużo krajów w swoim życiu. Było o czym rozmawiać, dyskutować, sprzeczać się i żartować. W pewnej chwili zapytała się skąd jestem. Odpowiedziałem, że z Polski. Wtedy idealną, płynną polszczyzną powiedziała, że bardzo miło spotkać rodaka na szlaku. Moja kiepska pamięć sprawiła, że nie mogę przypomnieć sobie imienia tej wspaniałej kobiety, ale trudno ją zapomnień jako człowieka. Na około miała koło osiemdziesięciu lat. Z Polski wyjechała wieki temu, za komuny. Całe życie spędziła w Szwecji, tam założyła rodzinę, tam robiła karierę, aż w końcu przeszła na szwedzką emeryturę. Już dawno zresztą. I wtedy stwierdziła, że warto zobaczyć świat. Podróżowała wcześniej, ale jak wiadomo, człowiek emerytowany ma więcej czasu. A jeśli jeszcze przy tym ma skandynawską emeryturę to cóż… żyć nie umierać. W tym kontekście dosyć smutno się robi, gdy pomyśli się o naszych poczciwych polskich emerytach. Ile jeszcze dziesięcioleci musi minąć, żeby nas było stać na to, by na emeryturze zwiedzać świat? Czy w ogóle to się kiedyś stanie? Wracając do poznanej kobiety – zanim wybrała się w swoją kolejną wyprawę, tym razem na granicę z Iranem, pokazała mi kilka zdjęć, notatki z wieloletnich podróży zapisane w zniszczonym i doświadczonym przez los notatniku, i opowiedziała o niektórych krajach i poznanych ludziach. I teraz wyobraźcie sobie że siedzicie w hostelu na Kaukazie i rozmawiacie ze starszą kobietą o polskich korzeniach, która pokazuje Wam zdjęcia i opowiada o: spotkaniu w bazie badawczej na Antarktydzie, o wycieczce koleją transsyberyjską w czasach, kiedy był to jeszcze totalny hardcore, o wspinaczkach w Andach, o spacerach po Nowej Zelandii, o kolacji z ambasadorem w jednym z krajów Azji południowo-wschodniej, czy o przejściach z rebeliantami w Republice Środkowoafrykańskiej. Spotykanie takich ludzi uskrzydla, buduje wiarę w ludzi, wciąga w odkrywanie świata. Gdy nastała godzina dziewiąta rano ona pojechała w swoją stronę, ja w swoją.
Pierwszy dzień pobytu w Armenii to czas poznawania stolicy. Kieruję się w kierunku słynnych Kaskad, które budowane są w stolicy od lat. Kaskady położone są w bezpośredniej bliskości słynnej Opery. Między oboma miejscami rozpościera się park rzeźb armeńskich i światowych artystów. We wnętrzu Kaskad kryje się zaś muzeum Cafesjian, które jest swoistym armeńskim Guggenheimem. Ze szczytu tego miejsca rozpościera się piękny widok na całe miasto oraz na położony w oddali symbol Armenii, czyli świętą górę Ararat, na której według Biblii opadła po czterdziestodniowym potopie Arka Noego. Ironią historii jest to, że symbol tego państwa znajduje się na terytorium Turcji, śmiertelnego wroga Ormian. Spoglądają więc na swoją górę, która jest tak blisko, a zarazem tak daleko.

Kaskady, a w nich muzeum sztuki nowoczesnej

Na schodach prowadzących na szczyt, z którego podziwiać można panoramę miasta, poznaję dwie Ormianki na stałe mieszkające w Nowym Jorku. Żywy przykład tego, jak bardzo światowi są Ormianie. Nie wiem jednak, czy słowo „światowi” pasuje do kontekstu. Ormianie, podobnie jak Żydzi, udawali się na emigrację z powodu prześladowań, które spotykały ich pod ottomańskim panowaniem. Uciekali też, podobnie jak Polacy, za chlebem i za lepszym życiem. W chwili obecnej poza granicami Armenii mieszka więcej Ormian niż w samym kraju. Praktycznie nie ma osoby, która nie miałaby członka rodziny na emigracji. Największym skupiskiem Ormian na świecie są zaś Stany Zjednoczone. W USA jest to bardzo bogata i bardzo wpływowa mniejszość. W tym kontekście Ormianie uważani są za zupełnie odmiennych od swoich sąsiadów Gruzinów. Ormianie-kosmopolici świetnie radzą sobie na emigracji, podczas gdy Gruzini niezwykle mocno przywiązani są do swojej ziemi, którą uważają za najlepszą na świecie. Swoista obrotność Ormian ma swoją genezę w czasach, gdy ziemią tą władali muzułmanie. Ormianie, by przetrwać, zajmowali się zawodami niezwykle ważnymi dla ottomańskiej administracji, lecz przede wszystkim pałali się handlem, przykładając się do ekonomicznego rozwoju tych terenów.
Dziewczyny, które spotkałem tego dnia, obywatelki USA, Zara oraz jej przyjaciółka, pracują w Nowym Jorku jako projektantki mody. Przyjechały do Erywania aby poznać miasto swoich rodziców i dziadków. Udajemy się na krótki spacer po okolicy w czasie którego ich znajomość ormiańskiego okazuje się  darmową przepustką do wielu miejsc. Udaje się nam wejść do budynku opery na koncert ormiańskiej muzyki narodowej. Do tej pory nie wiem, co powiedziały mężczyźnie pilnującemu wejścia do budynku, w którym rozpoczął się już koncert. Po muzycznej uczcie udajemy się razem na lunch, który także, zapewne z powodu ich znajomości języka, okazał się wielką ucztą a przy tym w dosyć atrakcyjnej cenie. Zara wymieniła miejsca, które powinienem odwiedzić, po czym rozchodzimy się w każdy swoje strony. W zamian za wiele cennych informacji zobowiązuję się wysłać im zdjęcia, które zrobiłem na schodach Kaskad.

Zara i jej przyjaciółka na Kaskadach, skąd rozpościera się widok na Erywań

Erywań w mojej ocenie nie jest jakoś szczególnie napakowany historią i architektonicznymi antykami. Te, jak wspominałem, znajdują się na prowincji, która zawsze powinna być głównym celem podróży. Dlatego na poznanie miasta, szczególnie, gdy jest się w tym kraju jedynie kilka dni, wystarczy dzień, maksymalnie dwa. Stolica Armenii nazywana jest Różowym Miastem. Nazwa ta pochodzi od specyficznie zabarwionego kamienia, który jest jego głównym budulcem. Pomimo faktu, że jest to jedno z najdłużej zamieszkałych miast na świecie, jest to w sensie architektonicznym miejsce dosyć młode. Pod koniec siedemnastego wieku ogromne trzęsienie ziemi praktycznie zmiotło je z powierzchni ziemi. Skutkiem tego podczas odbudowy zaczęło ono nabierać zupełnie nowego, klasycystycznego kształtu i charakteru. Obecnie uważane jest za perłę architektury sowieckiej, bowiem to właśnie Sowieci najbardziej wpłynęli na jego obecny kształt i charakter. Najlepszym miejscem to podziwiania sowieckiej architektury z ormiańskimi akcentami jest Plac Republiki, gdzie znajduje się siedziba rządu oraz wiele budynków rządowych. Przy okazji jest tam także okazała fontanna, która odgrywa wodne show co wieczór. Wtedy na placu gromadzą się tłumy ludzi oraz młodych zakochanych i obserwują wodne szaleństwa połączone z muzyką rodziaju ‚my heart will go on’ lecącą w tle.

 

Plac Republiki – przykład sowieckiej architektury

Z Placu Republiki udaje się w wąskie i stare uliczki Erywania, by miedzy kamienicami i blokami odkryć jeden z nielicznych pozostałości muzułmańskiej obecności w tym regionie – szyicki błękitny meczet. Niełatwo go znaleźć, gdyż jest skrzętnie schowany za fasadami wielkich budynków, jednak po dłuższym spacerze dostrzegam zaparkowane autokary z turystami z Iranu, którzy akurat wchodzili na teren meczetu. Erywań to imprezownia dla nie mogących pić alkoholu i żyjących w restrykcyjnym obyczajowo kraju Irańczyków. Co weekend do stolicy Armenii zwalają się tabuny młodych mężczyzn z Teheranu, którzy bawią się upojnie do rana i bynajmniej nie żałują sobie alkoholu, którego teoretycznie pić nie powinni. Ale jak to się mówi – czego oczy nie widzą, tego…

W meczecie spotyka mnie śmieszna sytuacja. Strażnik podchodzi do mnie lekko zdenerwowany i mówi, że nie mogę tutaj robić zdjęć. Pytam dlaczego. On na to: masz pozwolenie dziennikarskie z ministerstwa? Jakie pozwolenie – myślę sobie. Nie, nie mam – odpowiadam. On spogląda na moją nerkówkę zapiętą wokół pasa, w której nosiłem zapasowe baterie i części do aparatu i powtarza raz jeszcze – pozwolenie! Przecież widzę, że pracujesz dla National Geographic – wskazuje na napis na mojej torbie. Kilka minut zajęło mi wytłumaczenie, że jest to po prostu torba na pas z serii National Geographic a ja jestem zwykłym turystą. W końcu odpuszcza i pozwala mi zwiedzić kompleks. Po chwili podchodzi ponownie i stwierdza, że w sumie fajnie byłoby sobie porozmawiać. Więc rozmawiamy o mieście, o islamie, o Polsce, o wszystkim w sumie. Cisza panująca na terenie meczetu oraz cień zasadzonych tam drzew pozwoliły mi odpocząć od panującego w mieście upału.

Błękitny Meczet w Erywaniu

Po wizycie w meczecie czekał mnie męczący spacer wielkimi arteriami miasta, które słońce porządnie już dogrzało. Ale było warto. Dotarłem bowiem do miejsca, gdzie produkuje się najlepszy armeński koniak – Ararat. Wielki budynek z tradycjami i zapach alkoholu unoszącego się w okolicy sprawiły, że zapragnąłem porządnego obiadu z dobrą popitką. Uczta była naprawdę przednia! Jeszcze dobrze po niej nie zgłodniałem, gdy trafiłem do wielkiego Bazaru ulokowanego w specjalnie wybudowanym do tego celu budynku. Wielka hala, w której powietrze gotowało się od panującego na zewnątrz skwaru, mogłaby być rajem dla niejednego łasucha. Na ogromnej powierzchni znajdowały się najwspanialsze owoce regionu oraz armeński specjał – owoce suszone, jedne z najlepszych jakie do tej pory próbowałem. To w tym właśnie kamiennym hangarze dorwałem jedno z najdziwniejszych win jakie piłem do tej pory – wino z granatów. W smaku niezwykle dziwne, ale za to jaka butelka! W kształcie granatu. Warto było.

Po lewej miejsce gdzie wytwarza się najlepszy koniak w Armenii – Ararat
Bazar pod dachem

Pierwszy dzień powoli dobiegał końca. Przede mną był wieczór planowania miejsc, do których się wybiorę, sposób dojazdu, czas, który musiałem przeznaczyć. Wziąłem więc taksówkę z końca miasta, dokąd dotarłem pieszo, by wrócić do hostelu. Taksówkarz w latach osiemdziesiątych był w Krakowie, więc bardzo ucieszył się na wieść o moim pochodzeniu. Ciągle wychwalał nasz Rynek Główny i jedzenie, wspomniał też o kilku dobrych imprezach, które odbył z polskimi towarzyszami. Gdy wysadził mnie pod noclegownią,  od razu wpadłem w ręce niezwykle gadatliwego policjanta, który przychodził do kolegi z hostelu na fajkę. Swoim świetnym rosyjskim tłumaczył mi co powinienem zobaczyć w jego kraju. Nie ukrywam, że trochę razem tych fajek spaliliśmy, ale za to jak wiele ciekawych rzeczy człowiek się dowiedział!
W następnej historii o wycieczkach po kraju, rozmowach z Ormianami na temat ich kraju oraz   opowieść o tym dlaczego Armenia żyje w ciągłym stanie napięcia z Turcją i Azerbejdżanem. Zapraszam!

Wierzę, że dla poznania świata równie ważne są historie, nie tylko przewodniki. Wierzę, że świat interesujących tekstów jest równie ciekawy, jak świat oglądany z bliska, na miejscu. Pochodzę z Krakowa, który jest dla mnie miejscem o niesamowitej energii. Lubię do niego wracać, nie tylko po to, by napisać historie z podróży, ale także po to, by docenić zwykłe życie pośród znajomych i przyjaciół.

1 comment on “Armenia | Erywań

  1. Tak gwoli ścisłości, na przedostatnim zdjęciu widnieje fabryka NOY, gdzie produkuje się koniak o tej samej nazwie, koniak Ararat produkowany jest w fabryce na przeciwko, po drugiej stronie rzeki Hrazdan,

    Lubię

Podobał Ci się artykuł? Chcesz coś dodać? A może się nie zgadzasz? Zostaw komentarz, doceń pracę autora.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s